Przeciwnicy:
Marszałek Dystans i generał Czas. Groźna i bardzo niebezpieczna para przeciwników, walcząca zawsze razem. Dodatkowo często podczas walki doskwiera V kolumna „Tłok”.
Dywizja „Ragozd” armii „Schenker”: Jednostka po półtoramiesięcznej przerwie w walkach wyszła trochę z wprawy, testowe poligony potwierdziły że przygotowanie nie jest wzorowe. Uzbrojenie jednostki jest uniwersalne, choć świeżo wymienione – napęd i opony Racing Ralph mają za sobą niecałe 800 km walk.
Miejsce bitwy:
Powerade MTB Maraton, Międzygórze, Front Giga: 82 km, 2520m przewyższeń (oficjalnie, ponoć było więcej). Trasa średnio trudna, z długimi, wymagającymi podjazdami. Pogoda sprzyjająca planowanej operacji, bez upałów i bez deszczu. Nawierzchnia głównie szutrowa, luźna.
Przebieg starcia:
Dowództwo zdając sobie sprawę z większych wymagań na froncie Giga postanowiło za zadanie pokonanie Dystansu, bez specjalnego przejmowania się Czasem. Przy okazji można było wykorzystać sprzyjającą okoliczność, że w tym roku działalność V kolumny „Tłok” na tym odcinku została znacznie zniwelowana. Wątpliwości czy jednostka poradzi sobie przed takim wyzwaniem jednak pozostały i były praktycznie do końca, jednak nawet pogoda nie dała pretekstu by przesunąć oddział na łatwiejszy odcinek Mega.
W okolice działań dywizja została przerzucona wraz z dwiema innymi I korpusu „BZ” – „Daniel” i „Palec” dzień wcześniej. Tutaj w ośrodku Gigant nastąpiła koncentracja armii z dywizją „Magda” II korpusu „Poznań”. Oczywiście nastąpiła wymiana doświadczeń między jednostkami i opracowanie planu ataku następnego dnia, uwzględniając dywizję „Robert” II korpusu która miała dołączyć już przed startem. Armia postanowiła skoncentrować się na odcinku Mega, wykorzystując odwrócenie uwagi przeciwnika moim atakiem na Giga.
By uprzedzić V kolumnę, atak na froncie Giga zaczynały się tym razem pół godziny wcześniej. Przygotowania trwały od rana – czyszczenie sprzętu, kontrola ciśnienia, uzupełnianie zapasów. Te mogłem zabrać mniejsze, bo odpuszczenie Czasu by skupić się na Dystansie daje możliwość skorzystania z punktów zaopatrzenia na planowanej trasie ataku. Nieokreślona pogoda była powodem że zdecydowałem się na walkę w długim rękawie, biorąc ze sobą też krótki i kurtkę przeciwdeszczową. Zarówno bluza jak i pogoda okazały się cieplejsze niż się wydawało i zmiana wyposażenia została dokonana na pierwszym punkcie zaopatrzenia.
Początek natarcia był świetny – do boju zagrzewały jednostki uderzające dopiero w drugim rzucie na froncie Giga, można było się nie obawiać ataku V kolumny – atak zaczynał się długim podjazdem. Zgodnie z taktyką rozważnego korzystania z sił moja dywizja posuwała się a ariergardzie natarcia, jednak po kilkunastu minutach okazało się że mimo wszystko optymalne tępo ataku jest szybsze niż kilku innych oddziałów. Niestety, na samym początku zawiodła kompania zwiadowcza „Pulsometr” – okazało się że skończyło się zasilanie i pododdział do końca walk pozostał bezużyteczny. Dokuczliwy było zwłaszcza brak ciągłej informacji o przeciwniku „Czas”. Druga kompania zwiadu „Sigma” przejęła częściowo te obowiązki, ale kosztem zwiększonego bałaganu logistycznego.
Atak rozwijał się pomyślnie nawet mimo próby uderzenia V kolumny. Już po nieco ponad godzinie pojawiły się pierwsze jednostki frontu Mega, atakujące na wspólnym tu jeszcze odcinku. Posuwały się co prawda pojedynczo, ale podczas zjazdu jedna z nich tylko o 1-2 sekundy zdążyła uprzedzić atak sabotażystów wyprzedzając mnie tuż przed zwalonym przez nich drzewem który zwężał trasę zjazdu do single-tracka. Mogąc pominąć Czas, a uwzględniając ostrzeżenia o niestabilnych szutrach na zjazdach, jeszcze większy nacisk na nich kładłem na bezpieczeństwo niż szybkość.
Pierwsze problemy zaczęły się ok 36 kilometra, podczas najdłuższego z podjazdów. Kompania „Kolano” batalionu „Lewa Noga” zaczęła sygnalizować kłopoty. Po jakimś czasie podobne sygnały dochodziły również z kompanii „Kolano” drugiego batalionu. Problem narastał – jednostki te słynęły w całej armii jako wyjątkowo problemowe, ale tym razem charakter kłopotów był trochę inny. Niestety, zatrzymało to na kilka minut natarcie całej dywizji, z czego były jednak zadowolone kompanie „Krzyż” i „Tyłek” z batalionu zaopatrzenia. Atak szybko został wznowiony, jednakże do momentu pokonania całego podjazdu niezbędny był jeszcze jeden postój.
Niedaleko za szczytem był kolejny punkt zaopatrzeniowy i miejsce, gdzie oba fronty się rozdzielały. Dywizja uzupełniała zapasy nieśpiesznie, dając dłuższą chwilę wytchnienia najbardziej utrudzonym pododdziałom. Po dłuższej chwili nadciągnęła też dywizja „Palec” i po szybkiej wymianie doświadczeń bojowych kontynuowała natarcie. A w dowództwie mojej dywizji trwał dylemat – czy jednostka podoła trudom Giga, czy też złamać rozkazy i zjechać na front Mega. Gdyby, jak wcześniej, rozkazy pozostawiały dowolność wyboru, fatalne morale dywizji by przeważyło. Tym razem jednak sztab uznał że atak jeszcze jest możliwy, a ew. wycofanie będzie możliwe przecież w każdej chwili.
Natarcie zostało więc wznowione w kierunku Giga, i od razu cała dywizja tego pożałowała. Równie długi zjazd co podjazd był po mocno wystających kocich łbach, i jednostka od razu zaczęła marzyć o przezbrojeniu w sprzęt amortyzowany również z tyłu. Jest to jednak równie realne jak zamiana wszystkich Hummerów na Rosomaki w Afganistanie ;) Atak trwał jednak cały czas mimo stosunkowo żałosnego tempa, by w końcu teren zrobił się bardziej sprzyjający – malownicze trawersy z pięknymi widokami. Dobre zaopatrzenie dało znać o sobie i od razu morale dywizji wzrosło a natarcie nabrało animuszu, zwłaszcza na w końcu wspaniałym zjeździe. Szuter poprzecinany drewnianymi belkami odpływów pozwalał na osiągnięcie wspaniałego tempa ataku, całe szczęście że kontrwywiad działał lepiej niż w Afganistanie i oznaczył taśmami niebezpieczne miejsca gwałtownych zakrętów. Odpowiednio wcześnie wyhamowywały one tempo natarcia pozwalając bezpiecznie zmienić jego kierunek.
Następny podjazd koło Jaskini Niedźwiedziej mimo dotychczasowych kłopotów dywizja pokonywała powoli, z przestojami, ale już rutynowo, docierając w końcu do trzeciego i ostatniego punktu zaopatrzenia. Tam była kuszona zabronionym przez Konwencje Genewską podczas działań zbrojnych paliwem „Piwo”, ale własne zapasy innego wysokowydajnego paliwa „Born” pozwoliły nie ulec tej pokusie. Dywizja pobrała więc tylko standardowe uzupełnienie do własnych zapasów i pokrzepiona informacjami że został tylko jeden nieduży podjazd a potem już tylko w dół, ponowiła atak.
I wtedy dowództwo zmroził sygnał z plutonu „Ścięgno” kompanii Kolano batalionu „Prawa Noga” – jest źle. Ten oddział miał już na sumieniu kilkumiesięczne przerwy w działaniach bojowych całej dywizji, na szczęście faktycznie został już tylko jeden podjazd, a raczej podejście. W tej formie ataku pluton nie protestuje, tak jak i podczas zjazdu. Niestety, bez niego natarciu ciężko nabrać impetu i tylko w sprzyjającym terenie toczy się głównie siłą rozpędu. I gdy pozostałe pododdziały raportowały wysoką skuteczność nowego paliwa i pełną gotowość bojową, skuteczny szybki atak nie był możliwy. W końcu dywizja osiągnęła cel, w stanie krańcowo różnym – dwie straszliwie wyczerpane kompanie i reszta jednostek na ich tle wyglądająca jak po lekkim poligonie. Z jednej strony sukces i zrealizowanie planów, z drugiej rozczarowanie niewykorzystanym potencjałem.
Po zakończeniu działań bojowych na odprawie i podsumowaniu działań okazało się że dywizja „Magda” została wyróżniona, jako druga w swojej klasie, awansując do grona elitarnych, gwardyjskich oddziałów. Mimo tego i mimo wszelkich problemów, najlepiej został doceniony wysiłek mojej dywizji, która po raz kolejny okazała się najbardziej efektywna, ale po raz pierwszy na tle całej armii a nie jednej czy dwu dywizji.
planszówki, bitewniaki, rekonstrukcje, koszykówka, rowery i wszelkie inne atrakcje tego świata
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maraton. Pokaż wszystkie posty
sobota, 19 lipca 2008
niedziela, 1 czerwca 2008
Szybkie numerki w Nałęczowie
1 czerwca – dzień dziecka. Niektórzy uważają, że powinien być do dzień wyjątkowy. Dla mnie wyjątkowy jest każdy dzień z moją córką, więc pozwoliłem tego dnia wykazać się dziadkom. 2,5 latka fascynuje wszystko, słoń w oddali jest mniej ciekawy niż barierka w zasięgu ręki, a większym świętem od taty jest babcia :) Pojechałem więc jak zwykle pod prąd, do Nałęczowa, namówiony przez Palca – 150 km, niedaleko, szybki numerek.
Faktycznie, Palec prowadzi szybko, na miejscu byliśmy o 9:30. Standardowe przygotowania, i ustawiamy się w sektorach. Palec w D, ja w E – w sumie może 20 osób łącznie w tych dwu, pustki. Przed nami trochę więcej kolarzy w A,B,C, ale widać linie startu. A za nami tłumy – w tym momencie przestałem myśleć o jeździe turystycznej – druga taka okazja może się nie powtórzyć. Przed startem połykam żela Borna – opakowanie jest nieużyteczne dla mnie w trasie, sprawdzam więc czy zadziała przed. Chyba tak, bo cały czas trzymam pozycje w peletonie, najpierw w rundzie honorowej, potem na trasie.
Na pierwszym podjeździe mijam Palca, ten rewanżuje się na zjeździe. Kolejny podjazd i znów go wyprzedzam, wjeżdżamy w lessowe pola, kurzy się niemiłosiernie. Czasami ledwo co widać osobę jadącą tuż przede mną. Dobrze że nie założyłem soczewek – w kurzu od razu wtedy oczy bolą, bo on dostaje się wszędzie. Jedzie mi się dobrze aż w wąwozie nagle blokuje mi się przednie koło. Muszę stanąć, ciemna rynna, nie ma gdzie zejść na bok, co chwila ktoś mnie mija w pełnym pędzie. Powtarzam jak katarynka UWAGA! i patrzę co się stało – linka od hamulca weszła w tarczę. Jakim cudem nie wiem, ręką nie dałem rady wyciągnąć, użyłem kluczy – poszło łatwo i jadę dalej – szybki numerek na szczęście.
Mimo to minęło mnie sporo osób które wcześniej pracowicie wyprzedzałem na podjazdach – m.in. Palec, którego znów dopadam w Kazimierzu na podjeździe. Noga podaje dalej, Palec zostaje po raz ostatni z tyłu, już do końca. Trasa jest szybka, dużo asfaltu, szutru, podjazdy symboliczne. W końcu opony pokazują co potrafią – na asfalcie pomykam jak na kolarzówce. To i gorąco to idealne warunki dla mnie – na bufetach się nie zatrzymuje (a te ponoć były kiepskie, brakowało wody), upał przeszkadza mi mniej niż innym. Odcinki po łąkach, po muldowych ścieżkach dają trochę po rękach, całe szczęście że są bo inaczej kolarzówka byłaby chyba najlepszym rowerem na ten wyścig.
Tempo jest bardzo szybkie, w pewnym momencie zastanawiam się czy nie warto jechać tylko na 2 żelki, stwierdzam jednak że zjem 3, tylko trochę częściej. Chyba dobrze, bo jednak jechało się intensywnie. Na kolejnym asfalcie podczepiam się pod szybki pociąg – ktoś chyba gonił po złapaniu kapcia bo ciągnął jak dwa parowozy, zrobił się mały peletonik i kilometry padały jeden po drugim w niesamowitym tempie. Niestety, przy odbiciu na szuter jakiś idiota złapał skurcze i naciągał mięśnie. Idiota, bo zostawił rower na środku drogi w poprzek! Pierwszy w peletonie hamował delikatnie, kolejny bardziej, ja już musiałem dać mocno po heblach – szybki numerek, zarzuciło mi tył i gleba.
Powiedziałem idiocie co o nim myślę, sprawdzam rower, wygląda OK, więc jadę dalej. Niestety, wypadłem z rytmu, a łańcuch zaczął tańczyć po kasecie. Na szczęście udało się go jako tako podregulować, ale ochota do ścigania się gdzieś odjechała. Usadowiłem się w aktualnej stawce i tak już jechałem aż do mety. A tu jeszcze zaczęli się maruderzy z Mini. Tym razem był to spory, 34 km dystans, całe szczęście że nie było najmniejszych problemów z wyprzedzaniem – grzecznie ustępowali drogi lub było miejsce. Na sam koniec jeszcze trasa była kiepsko oznaczona – ja zjechałem kilkaset metrów, ci co zawracali przede mną na pewno sporo więcej. Kolejny minus dla orgów – 2 metry taśmy załatwiłyby sprawę, a słyszałem że sporo osób tam się zgubiło – Palec błądził kilkanaście minut.
Całe szczęście, że przynajmniej były tabliczki z odległością do mety – jechałem w ciemno, nie znałem trasy i tylko orientacyjną długość. Kończyłem w dziwnym stanie – niby nogi nie bolały, nie czułem zmęczenia mięśni, ale nie miałem woli jazdy. Nie potrafiłem się zmobilizować by przyspieszyć, a rezerwy chyba miałem. Dobrze że przede mną jechali niezłym tempem, więc przynajmniej nie traciłem. Na metę wpadało się z sporej górki po prostej, niezbyt bezpiecznie rozwiązanie. Już na finiszu spostrzegłem przede mną dziewczynę, wyprzedziłem ją o włos rzutem na taśmę – okazało się że była z Mini i chyba była mocno zdziwiona takim traktowaniem ;) – różnica prędkości pewnie przekroczyła 30 km/h.
Na mecie w bufecie tylko woda i resztki jedzenia na ziemi. Trudno, idę do punktu medycznego. Ręka nie wygląda najgorzej, spore ale płytkie obtarcie, podobnie biodro. Gorzej z nadgarstkiem – ten boli, na szczęście nie puchnie. Spodnie porwane, brudne, więc dostaję opatrunek na biodro aż to wszystko przyschnie po jodynie. Potem odbieram reklamówkę z jak zwykle bogatymi gratisami (plecak, czapeczka, odblaski rowerowe) i przede wszystkim kuponem na posiłek – jak zwykle u Langa nie kolarski – golonka, karkówka lub kiełbasa. Porcje tym razem mniejsze niż w Szczawnie, ale moja była wystarczająca. Szukając Palca zobaczyłem wyniki – szok – 92 miejsce, gdyby nie incydent z hamulcem byłbym w ósmej dziesiątce – 20 miejsc wyżej dzieliły tylko dwie minuty. Najlepszy wynik procentowy ze wszystkich startów – 76%. Oj, warto było popełnić taki szybki numerek w Nałęczowie :)
Potem czas zwolnił – odpoczynek w cieniu, piwko z sokiem, czekanie na losowanie nagród, dekoracje – bardzo przyjemna atmosfera pomaratonowa. Wielki plus dla orgów za atrakcje dla dzieci – dmuchany zamek do skakania, coś w rodzaju squasha, tylko że piłka na sznurku lata dookoła kija, malowanie twarzy i wiele innych. Gdyby nie nadgarstek, to pokręciłbym się trochę na rowerze po okolicy, ten niestety z każdym ruchem przypominał o sobie. Wyjazd też się opóźnił – Palec zaparkował na głazie, coś z podwozia mu częściowo odpadło i musiał to zdemontować do końca :)
Faktycznie, Palec prowadzi szybko, na miejscu byliśmy o 9:30. Standardowe przygotowania, i ustawiamy się w sektorach. Palec w D, ja w E – w sumie może 20 osób łącznie w tych dwu, pustki. Przed nami trochę więcej kolarzy w A,B,C, ale widać linie startu. A za nami tłumy – w tym momencie przestałem myśleć o jeździe turystycznej – druga taka okazja może się nie powtórzyć. Przed startem połykam żela Borna – opakowanie jest nieużyteczne dla mnie w trasie, sprawdzam więc czy zadziała przed. Chyba tak, bo cały czas trzymam pozycje w peletonie, najpierw w rundzie honorowej, potem na trasie.
Na pierwszym podjeździe mijam Palca, ten rewanżuje się na zjeździe. Kolejny podjazd i znów go wyprzedzam, wjeżdżamy w lessowe pola, kurzy się niemiłosiernie. Czasami ledwo co widać osobę jadącą tuż przede mną. Dobrze że nie założyłem soczewek – w kurzu od razu wtedy oczy bolą, bo on dostaje się wszędzie. Jedzie mi się dobrze aż w wąwozie nagle blokuje mi się przednie koło. Muszę stanąć, ciemna rynna, nie ma gdzie zejść na bok, co chwila ktoś mnie mija w pełnym pędzie. Powtarzam jak katarynka UWAGA! i patrzę co się stało – linka od hamulca weszła w tarczę. Jakim cudem nie wiem, ręką nie dałem rady wyciągnąć, użyłem kluczy – poszło łatwo i jadę dalej – szybki numerek na szczęście.
Mimo to minęło mnie sporo osób które wcześniej pracowicie wyprzedzałem na podjazdach – m.in. Palec, którego znów dopadam w Kazimierzu na podjeździe. Noga podaje dalej, Palec zostaje po raz ostatni z tyłu, już do końca. Trasa jest szybka, dużo asfaltu, szutru, podjazdy symboliczne. W końcu opony pokazują co potrafią – na asfalcie pomykam jak na kolarzówce. To i gorąco to idealne warunki dla mnie – na bufetach się nie zatrzymuje (a te ponoć były kiepskie, brakowało wody), upał przeszkadza mi mniej niż innym. Odcinki po łąkach, po muldowych ścieżkach dają trochę po rękach, całe szczęście że są bo inaczej kolarzówka byłaby chyba najlepszym rowerem na ten wyścig.
Tempo jest bardzo szybkie, w pewnym momencie zastanawiam się czy nie warto jechać tylko na 2 żelki, stwierdzam jednak że zjem 3, tylko trochę częściej. Chyba dobrze, bo jednak jechało się intensywnie. Na kolejnym asfalcie podczepiam się pod szybki pociąg – ktoś chyba gonił po złapaniu kapcia bo ciągnął jak dwa parowozy, zrobił się mały peletonik i kilometry padały jeden po drugim w niesamowitym tempie. Niestety, przy odbiciu na szuter jakiś idiota złapał skurcze i naciągał mięśnie. Idiota, bo zostawił rower na środku drogi w poprzek! Pierwszy w peletonie hamował delikatnie, kolejny bardziej, ja już musiałem dać mocno po heblach – szybki numerek, zarzuciło mi tył i gleba.
Powiedziałem idiocie co o nim myślę, sprawdzam rower, wygląda OK, więc jadę dalej. Niestety, wypadłem z rytmu, a łańcuch zaczął tańczyć po kasecie. Na szczęście udało się go jako tako podregulować, ale ochota do ścigania się gdzieś odjechała. Usadowiłem się w aktualnej stawce i tak już jechałem aż do mety. A tu jeszcze zaczęli się maruderzy z Mini. Tym razem był to spory, 34 km dystans, całe szczęście że nie było najmniejszych problemów z wyprzedzaniem – grzecznie ustępowali drogi lub było miejsce. Na sam koniec jeszcze trasa była kiepsko oznaczona – ja zjechałem kilkaset metrów, ci co zawracali przede mną na pewno sporo więcej. Kolejny minus dla orgów – 2 metry taśmy załatwiłyby sprawę, a słyszałem że sporo osób tam się zgubiło – Palec błądził kilkanaście minut.
Całe szczęście, że przynajmniej były tabliczki z odległością do mety – jechałem w ciemno, nie znałem trasy i tylko orientacyjną długość. Kończyłem w dziwnym stanie – niby nogi nie bolały, nie czułem zmęczenia mięśni, ale nie miałem woli jazdy. Nie potrafiłem się zmobilizować by przyspieszyć, a rezerwy chyba miałem. Dobrze że przede mną jechali niezłym tempem, więc przynajmniej nie traciłem. Na metę wpadało się z sporej górki po prostej, niezbyt bezpiecznie rozwiązanie. Już na finiszu spostrzegłem przede mną dziewczynę, wyprzedziłem ją o włos rzutem na taśmę – okazało się że była z Mini i chyba była mocno zdziwiona takim traktowaniem ;) – różnica prędkości pewnie przekroczyła 30 km/h.
Na mecie w bufecie tylko woda i resztki jedzenia na ziemi. Trudno, idę do punktu medycznego. Ręka nie wygląda najgorzej, spore ale płytkie obtarcie, podobnie biodro. Gorzej z nadgarstkiem – ten boli, na szczęście nie puchnie. Spodnie porwane, brudne, więc dostaję opatrunek na biodro aż to wszystko przyschnie po jodynie. Potem odbieram reklamówkę z jak zwykle bogatymi gratisami (plecak, czapeczka, odblaski rowerowe) i przede wszystkim kuponem na posiłek – jak zwykle u Langa nie kolarski – golonka, karkówka lub kiełbasa. Porcje tym razem mniejsze niż w Szczawnie, ale moja była wystarczająca. Szukając Palca zobaczyłem wyniki – szok – 92 miejsce, gdyby nie incydent z hamulcem byłbym w ósmej dziesiątce – 20 miejsc wyżej dzieliły tylko dwie minuty. Najlepszy wynik procentowy ze wszystkich startów – 76%. Oj, warto było popełnić taki szybki numerek w Nałęczowie :)
Potem czas zwolnił – odpoczynek w cieniu, piwko z sokiem, czekanie na losowanie nagród, dekoracje – bardzo przyjemna atmosfera pomaratonowa. Wielki plus dla orgów za atrakcje dla dzieci – dmuchany zamek do skakania, coś w rodzaju squasha, tylko że piłka na sznurku lata dookoła kija, malowanie twarzy i wiele innych. Gdyby nie nadgarstek, to pokręciłbym się trochę na rowerze po okolicy, ten niestety z każdym ruchem przypominał o sobie. Wyjazd też się opóźnił – Palec zaparkował na głazie, coś z podwozia mu częściowo odpadło i musiał to zdemontować do końca :)
niedziela, 25 maja 2008
Deszczowy Dancing w Supraślu
Niestety prognozy zmieniły się o 180 stopni i długi weekend na Podlasiu był deszczowy. Pierwszego dnia na 9 km czasówce nie robiło to wrażenia. Tylko mżyło, trasa krótka i w większości po asfaltowej ścieżce rowerowej – bułka z masłem. Na start poprowadził Grzesiek z Pawłem – dla nich to był debiut w maratonach. Zarejestrowaliśmy się, miałem startować pół godziny później – mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zostałem zgłoszony. Ale i tak nazwiska były z takimi błędami że Paweł nie wystartował – nie raczyli bowiem wywoływać również wg numeru. Zawodnicy startowali co kilkadziesiąt sekund, więc czekał ponad godzinę na ponowną kolej.
Trasa miała zostać skrócona do 8 km (mi wyszło 9,4 km), postanowiłem jechać szybko ale bez szaleństw. W połowie trasy mignęła mi z przodu sylwetka poprzedzającego zawodnika, powoli ją doganiałem, i przy znaku 500m do mety wyprzedziłem. Finisz był pod górkę, i w moim przypadku mocny bo 2 sekundy później kolega pokazał że łatwo wyprzedzić się nie da. Też musiałem przyspieszyć i pod górę mknąłem na przełożeniu na którym zwykle zjeżdżam :) Udało się, zarobiłem dzięki temu kilka sekund. Byłem co prawda w połowie stawki (53/106), ale nie dałem się żadnej dziewczynie :)
W sobotę pogoda była podobna, deszczyk mżył raz mocniej, raz słabiej. Do nas dołączył Marek i razem stanęliśmy w sektorze. Na szczęście zdecydowałem się zdjąć kurtkę przed startem – nie była potrzebna i tylko przeszkadzałaby. Spodziewałem się więcej asfaltu na początku – ten zaś szybko się skończył, a leśne ścieżki okazały się przeważnie błotniste. Szutru było niewiele, ale nie jechało się źle, choć cały rower tańczył w błocie. Pierwszy bufet w świetnym miejscu, ale trochę za daleko. Ja nie skorzystałem, ale dla tych z tyłu to chyba półtorej godziny jazdy.
Pierwsze podjazdy – nie było tłoku, do miejscowości Zasady podjechałem wszystko. Celowałem z czasem na sporo poniżej 3 godzin, i wtedy ujrzałem łąkę, a w oddali grupkę około 50 maratończyków. Nie spieszyłem się, powoli, po bagnisku podjechałem do mostku – zostało niewiele ponad 10 osób więc nie czekałem wiele. Ktoś przede mną o mało co nie wpadł do wody, strażacy którzy napinali liny robiące za barierki poradzili by iść lewą stroną. Potem było jeszcze kilka strumyczków, już bez mostków. Pierwszy za pomocą kęp trawy i roweru udało się przeskoczyć suchą stopą, w kolejnym rower schował całe przednie koło, i moją lewą nogę. Trudno, jeszcze była przeprawa po ogrodzeniu i piekielne bagna się skończyły. Na rowerze kupa błota, trawy, opony ważą chyba ze 2 kg każda – pomyślałem, najgorsze za mną. Zwłaszcza że gromadka dzieci dopingowała z ujmującą kartką z napisem „Kibicujemy wam” :)
Myliłem się. Kolejne kilometry przyniosły dużo krótkich, stromych, interwałowych podjazdów, odbierających motywację i siłę do dalszej jazdy. Znów taniec na oponach, Dancing Ralphy pokazały że takie warunki nie dla nich. Choć błota nie było dużo, i lepsze opony przy nieco lepszej technice pozwoliłyby wszystko przejechać, gdyby noga podawała. Ja potraktowałem to jako wymówkę, i podchodziłem z czystym sumieniem. Na jednym, na szczęście mało stromym zjeździe taniec przeszedł w poślizg i wylądowałem głową idealnie prostopadle w zbocze wąwoziku. Kolega który jechał za mną powiedział że wyglądało to bardzo efektownie i groźnie, na szczęście nie jechałem szybko i większość upadku zamortyzowałem ręką. Kask tylko głębiej osadził mi się na czole i pojechałem dalej.
Jadłem wg planowanego czasu jazdy max 3h, całe szczęście na drugim bufecie postanowiłem porwać batonik na wszelki wypadek. Przydał się idealnie, inaczej musiałbym sięgać do plecaka, a smakował wyśmienicie przyprawiony podlaskim błotem. Po upadku obie ręce miałem ubłocone, całe szczęście że deszczyk po jakimś czasie pozwolił zmyć to wszystko z kierownicy. Od Zasad jechałem już tylko by dojechać, na przetrwanie – ale tak jak większość, bo może 2-3 osoby mnie wyprzedziły, ja niewiele więcej, i to głównie po defektach. Nie było znaku 5 km do mety, ale obstawa trasy podała w pewnym momencie że tylko 2 km zostało – trochę przyspieszyłem, ale w stylu żółwia raczej. Nie miałem siły by finiszować na blacie, choć wynik nie był zły – niecałe 3:14 h, i 71% zwycięzcy.
Na mecie okazało się że nie działa mi chip – już na matach kontrolnych nie piskał. Sprawdziłem, jest, na szczęście sędziowie rejestrowali również wizualnie i byłem w wynikach. Nie chciało mi się go demontować do kontroli, skorzystałem z bufetu, załapałem się jeszcze na wodnisty makaron – na szczęście jestem wszystkożerny i nie przeszkadzała mi mierna jakość „dania”. Okazało się że firma cateringowa wystawiła orgów do wiatru i musieli coś organizować prawie w ostatniej chwili.
Grzesiek przyjechał szybciej niż się spodziewałem, i o wiele w lepszym humorze. W takich warunkach jego turystyczny rower ledwo co dojechał, tak jak i Pawła, ale obaj połknęli bakcyla, i stawią się też w Lublinie może już na nowym sprzęcie. Mój też był ubłocony, ale spisywał się dzielnie do końca – nie chciałem myć go w jeziorze – gdzieś w okolicy miał być Karcher, ale musiałem się zadowolić zwykłym kranem. Niestety nie umyłem butów i okazało się że nie mogę zdjąć jednego już przy aucie. Na szczęście niedaleko była kałuża i po kilkukrotnym przemyciu zapięcia w końcu puścił.
Start w niedziele odpuściłem, i okazało się że wyszło mi to na dobre. Już w poniedziałek jadąc do pracy okazało się że lewy bark nie jest w pełni formy. Rekreacyjny dojazd do pracy wytrzymał, ale w terenie byłoby gorzej. To pewnie przy tej wywrotce go nadciągnąłem.
Trasa miała zostać skrócona do 8 km (mi wyszło 9,4 km), postanowiłem jechać szybko ale bez szaleństw. W połowie trasy mignęła mi z przodu sylwetka poprzedzającego zawodnika, powoli ją doganiałem, i przy znaku 500m do mety wyprzedziłem. Finisz był pod górkę, i w moim przypadku mocny bo 2 sekundy później kolega pokazał że łatwo wyprzedzić się nie da. Też musiałem przyspieszyć i pod górę mknąłem na przełożeniu na którym zwykle zjeżdżam :) Udało się, zarobiłem dzięki temu kilka sekund. Byłem co prawda w połowie stawki (53/106), ale nie dałem się żadnej dziewczynie :)
W sobotę pogoda była podobna, deszczyk mżył raz mocniej, raz słabiej. Do nas dołączył Marek i razem stanęliśmy w sektorze. Na szczęście zdecydowałem się zdjąć kurtkę przed startem – nie była potrzebna i tylko przeszkadzałaby. Spodziewałem się więcej asfaltu na początku – ten zaś szybko się skończył, a leśne ścieżki okazały się przeważnie błotniste. Szutru było niewiele, ale nie jechało się źle, choć cały rower tańczył w błocie. Pierwszy bufet w świetnym miejscu, ale trochę za daleko. Ja nie skorzystałem, ale dla tych z tyłu to chyba półtorej godziny jazdy.
Pierwsze podjazdy – nie było tłoku, do miejscowości Zasady podjechałem wszystko. Celowałem z czasem na sporo poniżej 3 godzin, i wtedy ujrzałem łąkę, a w oddali grupkę około 50 maratończyków. Nie spieszyłem się, powoli, po bagnisku podjechałem do mostku – zostało niewiele ponad 10 osób więc nie czekałem wiele. Ktoś przede mną o mało co nie wpadł do wody, strażacy którzy napinali liny robiące za barierki poradzili by iść lewą stroną. Potem było jeszcze kilka strumyczków, już bez mostków. Pierwszy za pomocą kęp trawy i roweru udało się przeskoczyć suchą stopą, w kolejnym rower schował całe przednie koło, i moją lewą nogę. Trudno, jeszcze była przeprawa po ogrodzeniu i piekielne bagna się skończyły. Na rowerze kupa błota, trawy, opony ważą chyba ze 2 kg każda – pomyślałem, najgorsze za mną. Zwłaszcza że gromadka dzieci dopingowała z ujmującą kartką z napisem „Kibicujemy wam” :)
Myliłem się. Kolejne kilometry przyniosły dużo krótkich, stromych, interwałowych podjazdów, odbierających motywację i siłę do dalszej jazdy. Znów taniec na oponach, Dancing Ralphy pokazały że takie warunki nie dla nich. Choć błota nie było dużo, i lepsze opony przy nieco lepszej technice pozwoliłyby wszystko przejechać, gdyby noga podawała. Ja potraktowałem to jako wymówkę, i podchodziłem z czystym sumieniem. Na jednym, na szczęście mało stromym zjeździe taniec przeszedł w poślizg i wylądowałem głową idealnie prostopadle w zbocze wąwoziku. Kolega który jechał za mną powiedział że wyglądało to bardzo efektownie i groźnie, na szczęście nie jechałem szybko i większość upadku zamortyzowałem ręką. Kask tylko głębiej osadził mi się na czole i pojechałem dalej.
Jadłem wg planowanego czasu jazdy max 3h, całe szczęście na drugim bufecie postanowiłem porwać batonik na wszelki wypadek. Przydał się idealnie, inaczej musiałbym sięgać do plecaka, a smakował wyśmienicie przyprawiony podlaskim błotem. Po upadku obie ręce miałem ubłocone, całe szczęście że deszczyk po jakimś czasie pozwolił zmyć to wszystko z kierownicy. Od Zasad jechałem już tylko by dojechać, na przetrwanie – ale tak jak większość, bo może 2-3 osoby mnie wyprzedziły, ja niewiele więcej, i to głównie po defektach. Nie było znaku 5 km do mety, ale obstawa trasy podała w pewnym momencie że tylko 2 km zostało – trochę przyspieszyłem, ale w stylu żółwia raczej. Nie miałem siły by finiszować na blacie, choć wynik nie był zły – niecałe 3:14 h, i 71% zwycięzcy.
Na mecie okazało się że nie działa mi chip – już na matach kontrolnych nie piskał. Sprawdziłem, jest, na szczęście sędziowie rejestrowali również wizualnie i byłem w wynikach. Nie chciało mi się go demontować do kontroli, skorzystałem z bufetu, załapałem się jeszcze na wodnisty makaron – na szczęście jestem wszystkożerny i nie przeszkadzała mi mierna jakość „dania”. Okazało się że firma cateringowa wystawiła orgów do wiatru i musieli coś organizować prawie w ostatniej chwili.
Grzesiek przyjechał szybciej niż się spodziewałem, i o wiele w lepszym humorze. W takich warunkach jego turystyczny rower ledwo co dojechał, tak jak i Pawła, ale obaj połknęli bakcyla, i stawią się też w Lublinie może już na nowym sprzęcie. Mój też był ubłocony, ale spisywał się dzielnie do końca – nie chciałem myć go w jeziorze – gdzieś w okolicy miał być Karcher, ale musiałem się zadowolić zwykłym kranem. Niestety nie umyłem butów i okazało się że nie mogę zdjąć jednego już przy aucie. Na szczęście niedaleko była kałuża i po kilkukrotnym przemyciu zapięcia w końcu puścił.
Start w niedziele odpuściłem, i okazało się że wyszło mi to na dobre. Już w poniedziałek jadąc do pracy okazało się że lewy bark nie jest w pełni formy. Rekreacyjny dojazd do pracy wytrzymał, ale w terenie byłoby gorzej. To pewnie przy tej wywrotce go nadciągnąłem.
poniedziałek, 12 maja 2008
Oczko w Warszawie
Po dwóch górskich maratonach, z jednej strony forma wzrosła, z drugiej atrakcyjność płaskiego, piaszczystego ścigania po Kampinosie zmalała – na tyle że przystępowałem do startu mocno niewyspany i na pewno nie wg zaleceń przygotowań przed startem ;) Nie sprawdziłem nawet jak najlepiej dojechać autobusem na WAT, a że przesiadka się opóźniła dotarłem na miejsce tuż przed 11. Na szczęście do sektora nie było kolejki – skorzystałem więc z tego dobrodziejstwa bez problemu. A z tyłu jeszcze cała masa uczestników – w sumie maraton ukończyło ponad 1 tys. Uczestników, a startowało ponad 1200 ludzi.
To oznaczało korki, zwłaszcza na początku trasy – dlatego nawet 6 sektor był zbawie-niem. Pierwsze kilometry po asfalcie i szutrze troszkę rozciągnęły stawkę, ale ja nie lubię i też nie za bardzo mogę „dać do pieca” by jak najmniej się do korków załapać – trochę sprinterów mnie wyprzedziło. W lesie trochę się blokowało, nawet na kałużach, ale w sumie nie było źle – jechało się niezłym tempem, a że miejsc do wyprzedzania nie było zbyt wiele, więc pierw-szą połowę zawodów przejechałem spokojnie. Myślałem nad tytułem relacji – ten zawsze wybieram na trasie – w końcu stwierdziłem że 21 start trzeba jakoś uczcić :)
Błota, mino deszczu i zapowiedzi praktycznie nie było, piasek mokry i przejezdny, ko-rzenie przereklamowane, wzniesienia, zaraz – jakieś wzniesienia? Pogoda przepiękna – jecha-ło się sympatycznie. Zastanawiałem się nawet nad Giga, ale nie znalazłem motywacji, dodat-kowo obiecałem jak najwcześniej wrócić do domu. Na rozjeździe pojechałem więc na Mega, ale by uspokoić sumienie, przyspieszyłem. Trochę się rozluźniło, więc można było wyprze-dzać, zwłaszcza że „noga podawała”. W końcu znalazło się i błoto, drzewa na trasie, ale w sumie była to przyjemna odmiana. Nawet przejechałem jeden strumyczek i delikatnie się za-moczyłem :), kolejka pieszych przed resztą przeszkód pozwalała się również pieszo ominąć suchą nogą.
Niestety, podczas jednego z wyprzedzeń pojechałem mniej uczęszczaną ścieżką i za-kończyło się to atakiem sporej gałęzi najpierw na mój piszczel, potem na przednią przerzutkę i dopiero na koniec obręcz ze szprychami złamały atak. Całe szczęście że przestałem pedało-wać i straty polegały tylko na ocieraniu się łańcucha na blacie o przerzutkę. Na asfalcie ma-netką mogłem to korygować, w terenie starałem się ignorować. Ok. 12 km przed metą załapa-łem się na „pociąg”, jako czwarty wagonik. Jechało się raźniej no i trochę szybciej, ale jakoś kilka km przed metą pociąg zwolnił więc pognałem do przodu już sam. Okolica wskazywała na bliskość mety, noga dalej podawała, i zawodników coraz więcej było do wyprzedzenia – niestety fajny podjazd był zakorkowany i trzeba było iść :(
Na sam koniec zaliczyłem najlepszy z moich finiszów – na stadionie nie było żadnych udziwnień jak w Karpaczu i można się było rozpędzić – minąłem tam 9 zawodników (poli-czyłem oczywiście dopiero w wynikach) niestety na dwójkę przed sobą nie starczyło czasu i przełożeń w rowerze (ta sytuacja na płaskim po raz pierwszy) – niestety zbyt leniłem się w pierwszej połowie.
Szkoda, że nie mogłem zostać dłużej na WAT-ie – lubie tę pomaratonową atmosfere to-talnego odpoczynku, rower też nie wymagał mycia, niestety na makaron się nie załapałem, a szkoda, bo był wybór i pachniał przepysznie mimo małych porcji. A wynik mnie zaskoczył – nie dość że nie dałem się zdublować Gigowcom, to uzyskałem najlepszy % wynik w historii moich startów – z jednej strony szkoda więc wolniejszej pierwszej części, z drugiej nie wiem czy utrzymałbym szybsze tempo przez cały wyścig.
To oznaczało korki, zwłaszcza na początku trasy – dlatego nawet 6 sektor był zbawie-niem. Pierwsze kilometry po asfalcie i szutrze troszkę rozciągnęły stawkę, ale ja nie lubię i też nie za bardzo mogę „dać do pieca” by jak najmniej się do korków załapać – trochę sprinterów mnie wyprzedziło. W lesie trochę się blokowało, nawet na kałużach, ale w sumie nie było źle – jechało się niezłym tempem, a że miejsc do wyprzedzania nie było zbyt wiele, więc pierw-szą połowę zawodów przejechałem spokojnie. Myślałem nad tytułem relacji – ten zawsze wybieram na trasie – w końcu stwierdziłem że 21 start trzeba jakoś uczcić :)
Błota, mino deszczu i zapowiedzi praktycznie nie było, piasek mokry i przejezdny, ko-rzenie przereklamowane, wzniesienia, zaraz – jakieś wzniesienia? Pogoda przepiękna – jecha-ło się sympatycznie. Zastanawiałem się nawet nad Giga, ale nie znalazłem motywacji, dodat-kowo obiecałem jak najwcześniej wrócić do domu. Na rozjeździe pojechałem więc na Mega, ale by uspokoić sumienie, przyspieszyłem. Trochę się rozluźniło, więc można było wyprze-dzać, zwłaszcza że „noga podawała”. W końcu znalazło się i błoto, drzewa na trasie, ale w sumie była to przyjemna odmiana. Nawet przejechałem jeden strumyczek i delikatnie się za-moczyłem :), kolejka pieszych przed resztą przeszkód pozwalała się również pieszo ominąć suchą nogą.
Niestety, podczas jednego z wyprzedzeń pojechałem mniej uczęszczaną ścieżką i za-kończyło się to atakiem sporej gałęzi najpierw na mój piszczel, potem na przednią przerzutkę i dopiero na koniec obręcz ze szprychami złamały atak. Całe szczęście że przestałem pedało-wać i straty polegały tylko na ocieraniu się łańcucha na blacie o przerzutkę. Na asfalcie ma-netką mogłem to korygować, w terenie starałem się ignorować. Ok. 12 km przed metą załapa-łem się na „pociąg”, jako czwarty wagonik. Jechało się raźniej no i trochę szybciej, ale jakoś kilka km przed metą pociąg zwolnił więc pognałem do przodu już sam. Okolica wskazywała na bliskość mety, noga dalej podawała, i zawodników coraz więcej było do wyprzedzenia – niestety fajny podjazd był zakorkowany i trzeba było iść :(
Na sam koniec zaliczyłem najlepszy z moich finiszów – na stadionie nie było żadnych udziwnień jak w Karpaczu i można się było rozpędzić – minąłem tam 9 zawodników (poli-czyłem oczywiście dopiero w wynikach) niestety na dwójkę przed sobą nie starczyło czasu i przełożeń w rowerze (ta sytuacja na płaskim po raz pierwszy) – niestety zbyt leniłem się w pierwszej połowie.
Szkoda, że nie mogłem zostać dłużej na WAT-ie – lubie tę pomaratonową atmosfere to-talnego odpoczynku, rower też nie wymagał mycia, niestety na makaron się nie załapałem, a szkoda, bo był wybór i pachniał przepysznie mimo małych porcji. A wynik mnie zaskoczył – nie dość że nie dałem się zdublować Gigowcom, to uzyskałem najlepszy % wynik w historii moich startów – z jednej strony szkoda więc wolniejszej pierwszej części, z drugiej nie wiem czy utrzymałbym szybsze tempo przez cały wyścig.
sobota, 3 maja 2008
Długi górski weekend cz.2 - Szczawno
2 maja jest dzień przerwy – jedziemy do Szczawna na rejestrację robiąc skok w bok do Czech na piwo :) U Langa gadżety bogatsze – czapeczka i koszulka polo, bidon i parę innych – w porównaniu do GG czy Mazovii to full-wypas. Ale w końcu nie po to się startuję. Okazało się też, że pasują chipy z Mazovii – ale niestety nie mieliśmy ich przy sobie. Po rejestracji czekamy godzinę na spaghetti – kucharz nie nadawał się do niczego i przyjechał nowy. Typowa polska przypadłość ponoć :) ale przynajmniej kluchy były dobre :) Na koniec jeszcze szukaliśmy dętki po sklepach – wziąłem na wszelki wypadek dwie – całe szczęście , bo jak zajrzeliśmy po powrocie do rowerów, to tym razem z przodu flak. Kolejna wymiana dętki – ta tym razem pasuje do obręczy – widać inna metodologia dmuchania :)
Rano wcześniejsze śniadanie i jedziemy na start. Przebieramy się w aucie – chcąc dopompować opony odkręcam z przodu od razu cały wentyl – na szczęście spokojne wkręcił się na miejsce z powrotem :) bo już miałem przed oczami kolejna wymianę. Za to okazuje się że z tyłu na hamulcach zrobiły się rowki i nie zawsze puszczają obręcz. Trudno – do startu już niewiele, da się z tym żyć.
Jak to w Szczawnie, jest pętla honorowa na wzgórze Giedymina – okazało się że jednak nie mam świeżości i czułem w nogach Karpacz. Ale jakoś dawało radę – było tylko mokro – całą noc padał deszcz. Nie są to ulubione warunki dla moich opon, które mają wtedy wiele mówiącą ksywę „Dancing Ralph” :) Okazało się – w pełni zasłużenie. W ogóle nie kontrolowałem toru jazdy, z Chełmca profilaktycznie schodziłem, zaliczyłem też kilka upadków w błotnych koleinach – na szczęście niegroźnych. Błoto spowodowało, że było dużo trudniej niż w Karpaczu.
A podjazd na Chełmiec był rewelacyjny – trasa została poprowadzona zupełnie inaczej, klucząc i schodząc często z drogi – malowniczy był zwłaszcza fragment gdzie widziało się zjeżdżających już w dół. Niestety przede mną ktoś źle pojechał i musiałem się wracać niecały kilometr z kilkoma innymi pechowcami – instynkt stadny zadziałał. Na jednym ze zjazdów zaś zakleszczył mi się też łańcuch między kasetą a szprychami – niby człowiek wie że trzeba przed zjazdem ustawić biegi, no ale teraz wiem już lepiej :)
Trasa miała być stosunkowo krótka – 46 km i dwa główne podjazdy – o ile ten na Chełmiec dłużył się niesamowicie, to miałem wrażenie że na Mniszka nie wjeżdżaliśmy – a na pewno nie do końca. W zamian za to mordercza była końcówka – kombinacja kocich łbów i błotka była bardzo nieprzyjemna – niby płasko a jechało się jak pod górę. W Szczawnie ostatnie kilometry to już sama przyjemność – wykrzesałem ostatki sił dopingowany przez kibiców :)
Na mecie czekało już dwu Piotrków, Daniel też szybko dojechał – a na bufecie niestandardowo do wyboru golonka i karkówka w ilości takiej że nie trzeba było już iść na obiad – kolejny plus dla Langa. Zdałem chipa, umyliśmy rowery i trzeba już było się zbierać do Warszawy...
Rano wcześniejsze śniadanie i jedziemy na start. Przebieramy się w aucie – chcąc dopompować opony odkręcam z przodu od razu cały wentyl – na szczęście spokojne wkręcił się na miejsce z powrotem :) bo już miałem przed oczami kolejna wymianę. Za to okazuje się że z tyłu na hamulcach zrobiły się rowki i nie zawsze puszczają obręcz. Trudno – do startu już niewiele, da się z tym żyć.
Jak to w Szczawnie, jest pętla honorowa na wzgórze Giedymina – okazało się że jednak nie mam świeżości i czułem w nogach Karpacz. Ale jakoś dawało radę – było tylko mokro – całą noc padał deszcz. Nie są to ulubione warunki dla moich opon, które mają wtedy wiele mówiącą ksywę „Dancing Ralph” :) Okazało się – w pełni zasłużenie. W ogóle nie kontrolowałem toru jazdy, z Chełmca profilaktycznie schodziłem, zaliczyłem też kilka upadków w błotnych koleinach – na szczęście niegroźnych. Błoto spowodowało, że było dużo trudniej niż w Karpaczu.
A podjazd na Chełmiec był rewelacyjny – trasa została poprowadzona zupełnie inaczej, klucząc i schodząc często z drogi – malowniczy był zwłaszcza fragment gdzie widziało się zjeżdżających już w dół. Niestety przede mną ktoś źle pojechał i musiałem się wracać niecały kilometr z kilkoma innymi pechowcami – instynkt stadny zadziałał. Na jednym ze zjazdów zaś zakleszczył mi się też łańcuch między kasetą a szprychami – niby człowiek wie że trzeba przed zjazdem ustawić biegi, no ale teraz wiem już lepiej :)
Trasa miała być stosunkowo krótka – 46 km i dwa główne podjazdy – o ile ten na Chełmiec dłużył się niesamowicie, to miałem wrażenie że na Mniszka nie wjeżdżaliśmy – a na pewno nie do końca. W zamian za to mordercza była końcówka – kombinacja kocich łbów i błotka była bardzo nieprzyjemna – niby płasko a jechało się jak pod górę. W Szczawnie ostatnie kilometry to już sama przyjemność – wykrzesałem ostatki sił dopingowany przez kibiców :)
Na mecie czekało już dwu Piotrków, Daniel też szybko dojechał – a na bufecie niestandardowo do wyboru golonka i karkówka w ilości takiej że nie trzeba było już iść na obiad – kolejny plus dla Langa. Zdałem chipa, umyliśmy rowery i trzeba już było się zbierać do Warszawy...
Długi górski weekend cz.1 - Karpacz
Po kilku przymiarkach ustalił się 4-osobowy skład – oprócz mnie jeszcze Palec, Wilq i Daniel, który we wtorek 29 maja załadował się do nowego vana. Grand Voyager to rewelacyjne auto – 4 rowery wraz ze sporymi bagażami załadowały się bez problemu po położeniu 3 rzędu siedzeń, dla nas pozostało z przodu równie dużo miejsca. Do Karpacza dotarliśmy po północy, następnego dnia rano Piotrki wybrały się w góry rowerami, a ja z Danielem pieszo - spotkaliśmy się potem na szlaku, co zaowocowało kilkoma rowerowymi filmikami.
Po południu rejestracja – okazało się że od tego roku u GG chipy są wtopione w nr startowy – fajna sprawa, a europejski system identyfikacji pozwolił na robienie profesjonalnych zdjęć od razu identyfikowanych wg chipa przez specjalizowaną firmę. Wieczorem po maratonie można było sobie obejrzeć kilkanaście ikonek własnych zdjęć, a jeśli się spodobały – zakupić za jedyne 40 zł :) Po zarejestrowaniu zaplanowaliśmy obiad w Harrachovie, gdzie przebywała kolejna część naszej ekipy. Czeskie piwo i knedliki wspaniale się komponują :) Wracając zajrzeliśmy jeszcze na herbatkę do Magdy z Poznania – pracuje od niedawna i to jej pierwszy sezon rowerowy w Schenkerze.
Rano padało i było stosunkowo zimno :( Okazało się niestety że bluzę z długim rękawem zostawiłem w biurze i zamiast na cebulkę musiałem postawić na system 0-1 czyli polar. Nie było jednak źle – przed startem przestało padać, a jeszcze przed metą wyszło słońce. Strat prowadził ponad 5 km pod górę asfaltem – pozwoliło to rozciągnąć i ustawić stawkę. O dziwo, pod koniec podjazdu zobaczyłem i nawet wyprzedziłem Palca. Szybko mi się zrewanżował na zjeździe, więc pognałem za nim – niestety nie głównym torem jazdy co zakończyło się złapaniem snake’a tuż przed asfaltem :(
Wyciągnąłem więc dętkę, a tu zagwozdka – jest dłuższa o ponad 10 cm od obręczy. Ki diabeł – mam dętkę 28”? Wożę ją w plecaku już drugi rok, więc wszystko możliwe – ale sprawdzam – pisze na niej jak byk 26”. Nie mam wyjścia – zakładam – też po raz pierwszy od 2 lat, więc nie idzie mi to zbyt sprawnie – dobrze że przynajmniej zakładanie tylnego koła przećwiczone. Wsiadam na rower po ponad 20 minutach – nikogo na trasie. Doganiam parę gdzie ona ma już widocznie dosyć, potem kolejną parę, potem dojeżdżam na bufet razem z orgiem na quadzie, który mówi że z tyłu jeszcze 4 osoby. Znaczy się – byłem na samiutkim końcu. Stwierdzam więc że koniec ścigania, oszczędzam siły na Szczawno. Żele i batony energetyczne lądują w plecaku by nie kusiły, zajadam się bananami i morelami na bufecie i jadę dalej.
Słynny już śnieg na Dwu Mostach trochę przejeżdżony i zdecydowanie przereklamowany, ale poza tym trasa łatwa i raczej sucha – zastanawiam się czy dam radę kogoś wyprzedzić z drużyny. Postanawiam nie kalkulować tylko nie przekraczać tętna 175. Na podjazdach nie zawsze się udaje, ale w końcu na zjeździe widzę Magdę leżącą w objęciach pedałów SPD – pytam się czy wszystko OK. i po potwierdzeniu jadę dalej. Potem mijam Mariusza, chłopaków z Poznania, w końcu Daniela – nie jest jednak tak źle ze mną. Jednak podjazd w Miłkowie weryfikuje tą tezę – poddaję się i przy końcu asfaltu resztę pokonuję z buta. Na przedostatnim podjeździe już w Karpaczu mijam Krystiana, potem jeszcze gubię trasę razem z kilkoma osobami – ale tylko na moment, szybko się znajduje.
Na metę jest pod górę, ale jej bliskość dodaje sił. Jest stadion, wrzucam blat i przyspieszam ... prosto w barierkę. Hamulec, i zatrzymuję się 30 cm przed nią – ktoś postanowił uatrakcyjnić finisz prowadząc go po stoku nad bieżnią stadionu, a wcześniej 2-metrową chopką. Wsiadam na rower ale nie ruszam – oczywiście mam prawie najtwardsze przełożenia – ręcznie redukuje, chopkę schodzę, po stoku jadę jak na hulajnodze – całą radość finiszu szlag trafił.
Odpoczynek, jedzenie, picie – na kwatery jest 4km pod górkę, więc postanawiam zostać jeszcze na loterii - niestety nikt od nas nic nie wylosował. Wlokę się pod górę, szybki prysznic bo chłopaki zebrali się pół godziny wcześniej i jedziemy na kolację.
Po południu rejestracja – okazało się że od tego roku u GG chipy są wtopione w nr startowy – fajna sprawa, a europejski system identyfikacji pozwolił na robienie profesjonalnych zdjęć od razu identyfikowanych wg chipa przez specjalizowaną firmę. Wieczorem po maratonie można było sobie obejrzeć kilkanaście ikonek własnych zdjęć, a jeśli się spodobały – zakupić za jedyne 40 zł :) Po zarejestrowaniu zaplanowaliśmy obiad w Harrachovie, gdzie przebywała kolejna część naszej ekipy. Czeskie piwo i knedliki wspaniale się komponują :) Wracając zajrzeliśmy jeszcze na herbatkę do Magdy z Poznania – pracuje od niedawna i to jej pierwszy sezon rowerowy w Schenkerze.
Rano padało i było stosunkowo zimno :( Okazało się niestety że bluzę z długim rękawem zostawiłem w biurze i zamiast na cebulkę musiałem postawić na system 0-1 czyli polar. Nie było jednak źle – przed startem przestało padać, a jeszcze przed metą wyszło słońce. Strat prowadził ponad 5 km pod górę asfaltem – pozwoliło to rozciągnąć i ustawić stawkę. O dziwo, pod koniec podjazdu zobaczyłem i nawet wyprzedziłem Palca. Szybko mi się zrewanżował na zjeździe, więc pognałem za nim – niestety nie głównym torem jazdy co zakończyło się złapaniem snake’a tuż przed asfaltem :(
Wyciągnąłem więc dętkę, a tu zagwozdka – jest dłuższa o ponad 10 cm od obręczy. Ki diabeł – mam dętkę 28”? Wożę ją w plecaku już drugi rok, więc wszystko możliwe – ale sprawdzam – pisze na niej jak byk 26”. Nie mam wyjścia – zakładam – też po raz pierwszy od 2 lat, więc nie idzie mi to zbyt sprawnie – dobrze że przynajmniej zakładanie tylnego koła przećwiczone. Wsiadam na rower po ponad 20 minutach – nikogo na trasie. Doganiam parę gdzie ona ma już widocznie dosyć, potem kolejną parę, potem dojeżdżam na bufet razem z orgiem na quadzie, który mówi że z tyłu jeszcze 4 osoby. Znaczy się – byłem na samiutkim końcu. Stwierdzam więc że koniec ścigania, oszczędzam siły na Szczawno. Żele i batony energetyczne lądują w plecaku by nie kusiły, zajadam się bananami i morelami na bufecie i jadę dalej.
Słynny już śnieg na Dwu Mostach trochę przejeżdżony i zdecydowanie przereklamowany, ale poza tym trasa łatwa i raczej sucha – zastanawiam się czy dam radę kogoś wyprzedzić z drużyny. Postanawiam nie kalkulować tylko nie przekraczać tętna 175. Na podjazdach nie zawsze się udaje, ale w końcu na zjeździe widzę Magdę leżącą w objęciach pedałów SPD – pytam się czy wszystko OK. i po potwierdzeniu jadę dalej. Potem mijam Mariusza, chłopaków z Poznania, w końcu Daniela – nie jest jednak tak źle ze mną. Jednak podjazd w Miłkowie weryfikuje tą tezę – poddaję się i przy końcu asfaltu resztę pokonuję z buta. Na przedostatnim podjeździe już w Karpaczu mijam Krystiana, potem jeszcze gubię trasę razem z kilkoma osobami – ale tylko na moment, szybko się znajduje.
Na metę jest pod górę, ale jej bliskość dodaje sił. Jest stadion, wrzucam blat i przyspieszam ... prosto w barierkę. Hamulec, i zatrzymuję się 30 cm przed nią – ktoś postanowił uatrakcyjnić finisz prowadząc go po stoku nad bieżnią stadionu, a wcześniej 2-metrową chopką. Wsiadam na rower ale nie ruszam – oczywiście mam prawie najtwardsze przełożenia – ręcznie redukuje, chopkę schodzę, po stoku jadę jak na hulajnodze – całą radość finiszu szlag trafił.
Odpoczynek, jedzenie, picie – na kwatery jest 4km pod górkę, więc postanawiam zostać jeszcze na loterii - niestety nikt od nas nic nie wylosował. Wlokę się pod górę, szybki prysznic bo chłopaki zebrali się pół godziny wcześniej i jedziemy na kolację.
wtorek, 15 kwietnia 2008
Otwock – Reaktywacja!
Przed maratonem wszystko szło nie tak. Wystarczy powiedzieć że mimo nastawionego budzika na 7 rano obudziłem się o 8:35. Panika i szybki telefon do kolegi który miał po mnie przyjechać by był choć 10 minut później. Pośpieszne śniadanie, pakowanie i wybiegam z rowerem trochę po 9:10. W samochodzie wymieniam baterie od licznika – jeszcze w środę działał. Na szczęście pamiętałem prawidłową wartość obwodu koła i miałem właściwe odczyty na trasie :)
No cóż – przyjąłem to za dobrą wróżbę i postanowiłem jechać turystycznie – bez bukłaka w plecaku, soczewek, w zwykłych okularach. Na bufetach grzecznie zatrzymać się na żarełko i picie, nie przemęczać, podziwiać widoki. Na miejscu rejestracja podtrzymała postanowienia – stałem prawie godzinę – między innymi dzięki burakowi, który nie dość że stanął cwaniacko przy innej literce, to nie miał pojęcia co jest grane – chciał zeszłoroczny numer nie zaglądając do netu i nie wypełniając kartki – Polak potrafi! Mnie załatwili szybko, ale numerki na sobie i rowerze zainstalowałem dopiero 5 minut przed 11.
Na starcie ustawiłem się prawie na końcu, pogoda była zdradliwa więc miałem bluzę. I gdy 10 po 11 miałem ją chować do plecaka – start. Trudno – zdejmę na bufecie – ale i tak dobre 3 minuty upłynęły zanim koniec się ruszył, na początku metodą na hulajnogę bo tłok się nie rozładował. Wilq od razu znalazł jakąś lukę i zniknął z przodu, ja zgodnie z turystycznym założeniem nie chciałem się przemęczać – po minucie jednak atmosfera wyścigu się udzieliła i zacząłem przesuwać się do przodu.
Na początku było szeroko, potem trasa przeważnie miała dwa twarde ślady z piachem pomiędzy. Po pewnym czasie stwierdziłem, że wyprzedzam bardziej głową niż nogami. Uważam że technicznie kiepsko u mnie z jazdą, ale dookoła ludzie radzili sobie jeszcze gorzej. Dodatkowo schodzenie z roweru bez zjechania na bok, jazda równoległa z tą samą prędkością – nie każdy jest Kajzerem i może wyprzedzać po piachu środkiem. Kilkanaście km jechałem z zawodnikiem Cyklozy – wyprzedzaliśmy jednym tempem i zauważyłem że jak byśmy nie wyprzedzali, czy ja lepiej w danym momencie czy też on – i tak co kilka minut lądowaliśmy razem za większą grupą na single-tracku.
Spodziewałem się że będzie bardziej mokro, ale poza sporadycznymi mokrymi miejscami było w sam raz. Kto chciał, mógł się utaplać jak świnia, dało się też przejechać o suchym bucie. Szybko zrobiło mi się gorąco i jeszcze przed pierwszym bufetem zdjąłem bluzę – w między czasie wyprzedziło mnie kilkudziesięciu zawodników – ponownie mijałem min Ole z Cyclistów – szacunek za taką jazdę! Bufet z założenia zatrzymałem się – a można było przejechać i dostać wszystko co potrzeba – na przestrzeni kilkuset metrów 3 grupy osób podających picie, batony i banany – ideał. Kolejne już jechałem oczywiście :)
Mijając rozjazd na Giga nawet pomyślałem czy by tam nie skręcić – ale profilaktycznie pojechałem prosto i to była dobra decyzja. Po 45 km zacząłem lekko czuć plecy, po 55 km zacząłem czuć że paliwo się kończy. W tym momencie minąłem Wilqa i to dodało mi trochę sił – ale ostatnie 3 km przejechałem już tylko by dojechać – finisz na stadionie 25 km/h świadczy o tym dobitnie :) Trochę czułem kolano, ale ono i tak bardziej bolało mnie ... w sobotę, gdy się pakowałem na maraton. Chyba zamiast do ortopedy pora na wizytę u ... psychologa.
Na mecie od razu bufet, ciasto, banany, picie – tuż za mną przyjechał Wilq i razem czekaliśmy na resztę zespołu – a trochę to trwało ;) Potem kluchy, czyli parodia spaghetti, mycie roweru, zespół się rozjechał a ja o włos nie załapałem się na rozdanie nagród – niby losowanie ale uczestników zostało chyba tyle samo co fantów. W wynikach najpierw słabe miejsce – ponad 300, ale potem okazało się że było ponad 1200 startujących, z czego 850 na Mega – szok – sądziłem że będzie max. 800 w sumie.
No cóż – przyjąłem to za dobrą wróżbę i postanowiłem jechać turystycznie – bez bukłaka w plecaku, soczewek, w zwykłych okularach. Na bufetach grzecznie zatrzymać się na żarełko i picie, nie przemęczać, podziwiać widoki. Na miejscu rejestracja podtrzymała postanowienia – stałem prawie godzinę – między innymi dzięki burakowi, który nie dość że stanął cwaniacko przy innej literce, to nie miał pojęcia co jest grane – chciał zeszłoroczny numer nie zaglądając do netu i nie wypełniając kartki – Polak potrafi! Mnie załatwili szybko, ale numerki na sobie i rowerze zainstalowałem dopiero 5 minut przed 11.
Na starcie ustawiłem się prawie na końcu, pogoda była zdradliwa więc miałem bluzę. I gdy 10 po 11 miałem ją chować do plecaka – start. Trudno – zdejmę na bufecie – ale i tak dobre 3 minuty upłynęły zanim koniec się ruszył, na początku metodą na hulajnogę bo tłok się nie rozładował. Wilq od razu znalazł jakąś lukę i zniknął z przodu, ja zgodnie z turystycznym założeniem nie chciałem się przemęczać – po minucie jednak atmosfera wyścigu się udzieliła i zacząłem przesuwać się do przodu.
Na początku było szeroko, potem trasa przeważnie miała dwa twarde ślady z piachem pomiędzy. Po pewnym czasie stwierdziłem, że wyprzedzam bardziej głową niż nogami. Uważam że technicznie kiepsko u mnie z jazdą, ale dookoła ludzie radzili sobie jeszcze gorzej. Dodatkowo schodzenie z roweru bez zjechania na bok, jazda równoległa z tą samą prędkością – nie każdy jest Kajzerem i może wyprzedzać po piachu środkiem. Kilkanaście km jechałem z zawodnikiem Cyklozy – wyprzedzaliśmy jednym tempem i zauważyłem że jak byśmy nie wyprzedzali, czy ja lepiej w danym momencie czy też on – i tak co kilka minut lądowaliśmy razem za większą grupą na single-tracku.
Spodziewałem się że będzie bardziej mokro, ale poza sporadycznymi mokrymi miejscami było w sam raz. Kto chciał, mógł się utaplać jak świnia, dało się też przejechać o suchym bucie. Szybko zrobiło mi się gorąco i jeszcze przed pierwszym bufetem zdjąłem bluzę – w między czasie wyprzedziło mnie kilkudziesięciu zawodników – ponownie mijałem min Ole z Cyclistów – szacunek za taką jazdę! Bufet z założenia zatrzymałem się – a można było przejechać i dostać wszystko co potrzeba – na przestrzeni kilkuset metrów 3 grupy osób podających picie, batony i banany – ideał. Kolejne już jechałem oczywiście :)
Mijając rozjazd na Giga nawet pomyślałem czy by tam nie skręcić – ale profilaktycznie pojechałem prosto i to była dobra decyzja. Po 45 km zacząłem lekko czuć plecy, po 55 km zacząłem czuć że paliwo się kończy. W tym momencie minąłem Wilqa i to dodało mi trochę sił – ale ostatnie 3 km przejechałem już tylko by dojechać – finisz na stadionie 25 km/h świadczy o tym dobitnie :) Trochę czułem kolano, ale ono i tak bardziej bolało mnie ... w sobotę, gdy się pakowałem na maraton. Chyba zamiast do ortopedy pora na wizytę u ... psychologa.
Na mecie od razu bufet, ciasto, banany, picie – tuż za mną przyjechał Wilq i razem czekaliśmy na resztę zespołu – a trochę to trwało ;) Potem kluchy, czyli parodia spaghetti, mycie roweru, zespół się rozjechał a ja o włos nie załapałem się na rozdanie nagród – niby losowanie ale uczestników zostało chyba tyle samo co fantów. W wynikach najpierw słabe miejsce – ponad 300, ale potem okazało się że było ponad 1200 startujących, z czego 850 na Mega – szok – sądziłem że będzie max. 800 w sumie.
piątek, 29 września 2006
2006 - Podsumowanie sezonu
To był bardzo wyjątkowy rok. Sezon rozpocząłem od radykalnych zmian – kupiłem nowy rower (mój pierwszy góral), trenażer ... i zostałem ojcem. Trenażer okazał się zdradliwy – te kilkadziesiąt godzin nań spędzonych zostało trochę zjedzone przez miesięczną przerwę kiedy pogoda była na tyle wiosenna że nie chciało się już kręcić w domu, a na tyle zimowa, że nie chciało się kręcić na zewnątrz. A że wysiedzieć można było maksymalnie 2 godziny, już podczas jazdy okazało się że po tym czasie odcinają prąd i tyłek zaczyna dokuczać.
LBM miał zacząć się w Otwocku – tłok i płaskie trasy spowodowały, że bez żalu w tym terminie zrobiłem chrzciny. Kolejny maraton – Karpacz – też był spod znaku mojej córki – pierwsza choroba i nici z wyjazdu. Do trzech razy sztuka – Nowin już nie mogłem odpuścić. Niestety, choroba tydzień przed i wielkie błoto na trasie odebrały wiele z przyjemności jazdy, ale za to satysfakcja z dojechania na metę wzrosła. Gdańsk – kolejny maraton który chciałem zaliczyć – i największy niedosyt z przejechanych. Byłem słaby, a to była idealna trasa na dwie pętle. Nie dałem rady. Poprawiłem się w Wałbrzychu. Mimo bolących pleców, i kiepskiej formy ukończyłem Mistrzostwa Polski. Największa satysfakcja, dodatkowo poznałem kieleckich maratończyków.
Murowana – drugi z maratonów który odpuściłem bez żalu. Kościelisko – najcięższa trasa, nie lubię takiej, deszcz, błoto i rozwolnienie. Start największych skrajności i pierwszy gdzie nie dałem wszystkiego z siebie. Całe szczęście że wszystkie problemy ustąpiły na BikeChallenge. Tegoroczna perełka, najlepsza impreza rowerowa w moim życiu. Przez trzy dni było wyśmienicie, piątego dnia dopadł mnie kryzys spotęgowany nawrotem starej kontuzji. Był to na szczęście tylko delikatny sygnał, ale rozwiał rozterki co do startu w Bardo. W Krakowie też nie pojechałem – kolejna choroba, tym razem żony. Istebna – tu musiałem wystartować, niestety z zatruciem. Przez to cała impreza straciła blask. Mimo to warto było.
Gdyby nie BCh, nie byłbym zadowolony. Ta jedna impreza gdzie w ostatniej chwili zadecydował się mój start, zamieniła cały sezon na udany. Również zmieniła moje podejście – bardziej będę się chciał skupić na startach wielodniowych, maratony zejdą na drugi plan. Mam nadzieję że nie powtórzę też wszystkich błędów okresu przygotowawczego, których skutki odczuwałem aż do Wałbrzycha.
LBM miał zacząć się w Otwocku – tłok i płaskie trasy spowodowały, że bez żalu w tym terminie zrobiłem chrzciny. Kolejny maraton – Karpacz – też był spod znaku mojej córki – pierwsza choroba i nici z wyjazdu. Do trzech razy sztuka – Nowin już nie mogłem odpuścić. Niestety, choroba tydzień przed i wielkie błoto na trasie odebrały wiele z przyjemności jazdy, ale za to satysfakcja z dojechania na metę wzrosła. Gdańsk – kolejny maraton który chciałem zaliczyć – i największy niedosyt z przejechanych. Byłem słaby, a to była idealna trasa na dwie pętle. Nie dałem rady. Poprawiłem się w Wałbrzychu. Mimo bolących pleców, i kiepskiej formy ukończyłem Mistrzostwa Polski. Największa satysfakcja, dodatkowo poznałem kieleckich maratończyków.
Murowana – drugi z maratonów który odpuściłem bez żalu. Kościelisko – najcięższa trasa, nie lubię takiej, deszcz, błoto i rozwolnienie. Start największych skrajności i pierwszy gdzie nie dałem wszystkiego z siebie. Całe szczęście że wszystkie problemy ustąpiły na BikeChallenge. Tegoroczna perełka, najlepsza impreza rowerowa w moim życiu. Przez trzy dni było wyśmienicie, piątego dnia dopadł mnie kryzys spotęgowany nawrotem starej kontuzji. Był to na szczęście tylko delikatny sygnał, ale rozwiał rozterki co do startu w Bardo. W Krakowie też nie pojechałem – kolejna choroba, tym razem żony. Istebna – tu musiałem wystartować, niestety z zatruciem. Przez to cała impreza straciła blask. Mimo to warto było.
Gdyby nie BCh, nie byłbym zadowolony. Ta jedna impreza gdzie w ostatniej chwili zadecydował się mój start, zamieniła cały sezon na udany. Również zmieniła moje podejście – bardziej będę się chciał skupić na startach wielodniowych, maratony zejdą na drugi plan. Mam nadzieję że nie powtórzę też wszystkich błędów okresu przygotowawczego, których skutki odczuwałem aż do Wałbrzycha.
piątek, 22 września 2006
Istebna
Nie mam w tym roku szczęścia do LBM. Tym razem niedyspozycja żołądkowa trwała cały maraton. Czymś się strułem w czwartek, wieczorem przed startem zapowiadało się dobrze, niestety następnego dnia żołądek znów odmówił współpracy. Na dodatek zapomniałem numeru i Palec musiał się wrócić po niego autem – w ostatniej chwili dopiero dopompowałem koła i ustawiłem się na starcie. Nie analizowałem zupełnie trasy – bufetów, profilu, przebiegu.
Pierwsze zaskoczenie – pod Kubalonkę nie jedziemy jak rok temu tylko znacznie węższą drogą. Startowy tłok się utrzymuje, zwłaszcza że nie mogę się zmobilizować do jazdy i ciągnąć do góry. Zdecydowanie zmiana na gorsze – dochodzę do wniosku że przestaje mnie to bawić – dopiero po ponad godzinie zaczyna się rozluźniać. Na pierwszym korku pod górę wyjaśnia się moja dyspozycja fizyczna – nie jestem w stanie również szybko podchodzić. Wlokę się 3-4 km/h zamiast standardowych 4-6. To na pewno więc nie spadek formy, tylko osłabienie.
Na szczęście na zjazdach jest dobrze – nie odstaję, ale cały czas hamuję przez tłok. Nie można rozwinąć skrzydeł (w moim wypadku nieopierzonych skrzydełek). Jak w Kościelisku dogoniłem Agę z Cyclistów, i o dziwo Andy’ego. Potem jednak mi odjechali. Po godzinie pierwszy i ostatni żel – lepiej było bez jedzenia jednak. Zastanawiałem się nawet nad zjechaniem z trasy, ale to była ostateczność.
Rok temu na kamienistej trasie podjąłem decyzje o kupnie górala, po siedmiu latach jazdy na crossach. Teraz na kamulcach jechałem 2 x szybciej, na tyle dobrze że nie myślałem tym razem o fullu. Na szybkim asfaltowym zjeździe miałem moment nieuwagi gdzie omc nie wylądowałem w rowie, generalnie jechało mi się ciężko – ale chyba jednak lepiej niż w Wałbrzychu. Tam plecy bolały, tu brzuch tylko osłabiał i otępiał.
Na drugim bufecie musiałem się zatrzymać po wodę – Powerade w bukłaku już nie gasiło pragnienia. Potem korzystałem z wody podawanej przez liczne, wspaniale dopingujące dzieci na trasie – to już firmowy znak tej imprezy. Niestety nie zaryzykowałem kompociku, pewnie nie zaszkodziłby bardziej. Trasa zrobiła się mniej ciekawa, ożywiłem się dopiero jak rozpoznałem ostatni podjazd. Pomogła w tym tabliczka 5 km do mety – niby drobiazg ale jak ciężki niektórym do powieszenia ...
Ożywił się i mój żołądek – wsparty co jakiś czas napędem odrzutowym kilometr przed metą zacząłem się ścigać. Usłyszałem kogoś za sobą i postanowiłem się nie dać – tuż przed metą minąłem Beatę z Kielc, Mazzich już się nie udało. Ale to nie było istotne – czułem tylko ulgę że to już koniec. I tak jak w Kielcach, okazało się że pojechałem lepiej niż odczucie – przed Mariuszem i Kajmanem. Ale największą satysfakcję miałem kilka dni po, kiedy zobaczyłem że osobnikiem który pobudził mnie do walki był sam DiStefano. Nie wiem czemu tak słabo jechał, ale odbiłem sobie Kościelisko, gdzie przegrałem z nim niewiele na własne życzenie.
Na mecie wmusiłem w siebie kluchy, zaryzykowałem z piwem i się opłaciło na tyle, że nie było gorzej. Nie miałem siły by popedałować na kwaterę, całe szczęście że mogliśmy poturlać się tam autem.
Pierwsze zaskoczenie – pod Kubalonkę nie jedziemy jak rok temu tylko znacznie węższą drogą. Startowy tłok się utrzymuje, zwłaszcza że nie mogę się zmobilizować do jazdy i ciągnąć do góry. Zdecydowanie zmiana na gorsze – dochodzę do wniosku że przestaje mnie to bawić – dopiero po ponad godzinie zaczyna się rozluźniać. Na pierwszym korku pod górę wyjaśnia się moja dyspozycja fizyczna – nie jestem w stanie również szybko podchodzić. Wlokę się 3-4 km/h zamiast standardowych 4-6. To na pewno więc nie spadek formy, tylko osłabienie.
Na szczęście na zjazdach jest dobrze – nie odstaję, ale cały czas hamuję przez tłok. Nie można rozwinąć skrzydeł (w moim wypadku nieopierzonych skrzydełek). Jak w Kościelisku dogoniłem Agę z Cyclistów, i o dziwo Andy’ego. Potem jednak mi odjechali. Po godzinie pierwszy i ostatni żel – lepiej było bez jedzenia jednak. Zastanawiałem się nawet nad zjechaniem z trasy, ale to była ostateczność.
Rok temu na kamienistej trasie podjąłem decyzje o kupnie górala, po siedmiu latach jazdy na crossach. Teraz na kamulcach jechałem 2 x szybciej, na tyle dobrze że nie myślałem tym razem o fullu. Na szybkim asfaltowym zjeździe miałem moment nieuwagi gdzie omc nie wylądowałem w rowie, generalnie jechało mi się ciężko – ale chyba jednak lepiej niż w Wałbrzychu. Tam plecy bolały, tu brzuch tylko osłabiał i otępiał.
Na drugim bufecie musiałem się zatrzymać po wodę – Powerade w bukłaku już nie gasiło pragnienia. Potem korzystałem z wody podawanej przez liczne, wspaniale dopingujące dzieci na trasie – to już firmowy znak tej imprezy. Niestety nie zaryzykowałem kompociku, pewnie nie zaszkodziłby bardziej. Trasa zrobiła się mniej ciekawa, ożywiłem się dopiero jak rozpoznałem ostatni podjazd. Pomogła w tym tabliczka 5 km do mety – niby drobiazg ale jak ciężki niektórym do powieszenia ...
Ożywił się i mój żołądek – wsparty co jakiś czas napędem odrzutowym kilometr przed metą zacząłem się ścigać. Usłyszałem kogoś za sobą i postanowiłem się nie dać – tuż przed metą minąłem Beatę z Kielc, Mazzich już się nie udało. Ale to nie było istotne – czułem tylko ulgę że to już koniec. I tak jak w Kielcach, okazało się że pojechałem lepiej niż odczucie – przed Mariuszem i Kajmanem. Ale największą satysfakcję miałem kilka dni po, kiedy zobaczyłem że osobnikiem który pobudził mnie do walki był sam DiStefano. Nie wiem czemu tak słabo jechał, ale odbiłem sobie Kościelisko, gdzie przegrałem z nim niewiele na własne życzenie.
Na mecie wmusiłem w siebie kluchy, zaryzykowałem z piwem i się opłaciło na tyle, że nie było gorzej. Nie miałem siły by popedałować na kwaterę, całe szczęście że mogliśmy poturlać się tam autem.
piątek, 21 lipca 2006
Nowe Miasto - Z drugiej strony lustra
Pierwsze słuchy o 24h wyścigu doszły do mnie wiosną. Nie pociągało mnie, więc odmówiłem jak Crensh robił zaciąg do zespołu. Jak dowiedziałem się ze w 4-osobowym zespole trzeba jeździć ok. 6 godzin tylko, to skład zespołu był już zamknięty. Kolejna czwórka nie powstawała, więc zadeklarowałem się jako rezerwowy i najwyżej pojechać na piknik i obiecanego grilla. Pogoda zapowiadała się super, namówiłem więc duch kolegów na dojazd z Tarchomina do Nowego Miasta rowerkiem, żony z dziećmi wyprawiły się samochodem.
Na miejsce dojechaliśmy tuż po starcie i przepadł nam sprint do rowerów zaczynający maraton. Pozostali zawodnicy byli podekscytowani i wyraźnie zajęci startem. Zero atmosfery pikniku. Grilla rozpalałem sam, całe szczęście że rodzinka i znajomi byli, to skorzystali. Zawodnicy tylko porównywali czasy, zastanawiali się kto kiedy przyjedzie i kto go zmieni. Po prostu inna bajka. Kusiło mnie by zostać z nimi, ale nie wypadało znajomych zostawić na lodzie wiec wróciłem w sam raz na drugą połowę meczu Francja-Brazylia. Ominęły mnie największe atrakcje – problemy z oświetleniem, obściskiwanie pola ziemniaczanego, walka z minutami by zdążyć na 12.00 z ostatnim kółkiem. Patrząc z boku, widzę że w 4-osobowym zespole niezbędny jest „coach” – ustalający i nadzorujący zmiany, dbający o wypoczynek zawodników a potem odwożący śpiących i zmęczonych kolarzy.
Na miejsce dojechaliśmy tuż po starcie i przepadł nam sprint do rowerów zaczynający maraton. Pozostali zawodnicy byli podekscytowani i wyraźnie zajęci startem. Zero atmosfery pikniku. Grilla rozpalałem sam, całe szczęście że rodzinka i znajomi byli, to skorzystali. Zawodnicy tylko porównywali czasy, zastanawiali się kto kiedy przyjedzie i kto go zmieni. Po prostu inna bajka. Kusiło mnie by zostać z nimi, ale nie wypadało znajomych zostawić na lodzie wiec wróciłem w sam raz na drugą połowę meczu Francja-Brazylia. Ominęły mnie największe atrakcje – problemy z oświetleniem, obściskiwanie pola ziemniaczanego, walka z minutami by zdążyć na 12.00 z ostatnim kółkiem. Patrząc z boku, widzę że w 4-osobowym zespole niezbędny jest „coach” – ustalający i nadzorujący zmiany, dbający o wypoczynek zawodników a potem odwożący śpiących i zmęczonych kolarzy.
sobota, 8 lipca 2006
Kościelisko - Im gorzej, tym lepiej
Przebite dętki, rozwolnienia, wymioty, hufnal w oponie, rozbity bark i złamany kciuk i demotywujące "coś" w powietrzu - najbardziej wymagający maraton w którym jechałem
Zacznę tym razem od śniadania, bo miało ono znaczenie na trasie. Było pieczywo z wędliną i pomidorem, biały ser, wyśmienita jajecznica. I ja to wszystko zjadłem. Czułem, że dużo, ale do startu były 3 godziny. Tym razem pojechaliśmy tam autem, na miejscu uzupełnianie picia, tabliczki, regulacja siodełka. Nawet śniadanie przestało ciążyć w żołądku. Pogoda słoneczna, ale na horyzontach chmury zapowiadające burze. Mokro po wczorajszej ulewie zapowiadało błotko na trasie.
Start i podjazd pod Butorowy to wymarzony dla mnie początek. 5 km asfaltem pod górę pozwoliło zająć dobre miejsce w peletonie. Zjazd i tłumy z kapciami na poboczach – w tym Palec – jak się go pytałem myślał że tylko jeden flak – a były dwa. Do pierwszego bufetu jechało się świetnie – zjazdy dawałem rade w peletonie, na podjazdach trochę wyprzedzałem. Dogoniłem Agę z cyclistów, jak rozprawiała z kolegą nt. oszczędzania sił na długi dystans. Później na forum okazało się jak modny był to temat w peletonie. Aga była pierwszą ze znanych mi osób które zwyczajowo są na mecie kiedy ja tam wjeżdżam, a którą zostawiłem w Kościelisku z tyłu.
Pierwszy bufet zwyczajowo przejechałem, choć liczyłem na wodę w kubku. Było gorąco i nie chciałem ryzykować ze 1,7l wystarczy do drugiego bufetu. Wchłonąłem i popiłem żel a w międzyczasie zebrały się chmury. Zaczęło padać i podjazd pod Magurę nabrał uroku. Stwierdziłem że nie będę zakładał kurtki czy peleryny i była to dobra decyzja. Lało co prawda mocno, ale potem człowiek szybko wysechł i tylko na moment okulary zaczęły parować. Problem zrobił się zaś z przyczepnością.
Zamiast błotka było Błoto – co prawda nie za dużo i mocny kolarz sam spokojnie by przejechał, ale w peletonie każdy schodzący robi reakcje łańcuchową. Ze względu na plecy i kilka lat chodzenia po górach nie przeszkadza mi to zbytnio, choć w końcu ktoś mnie wyprzedził na piechotę – biegł nadrabiając wcześniejszego flaka. Masa kamieni, korzeni, śliska i grząska trawa, błotko – to nie są moje ulubione warunki – ale chyba tak jak i upały – innym przeszkadzają dużo bardziej. Na podjeździe wyminąłem Wilqa – miał upadek i rozbity bark ale jechał dalej tylko troszkę wolniej niż zwykle.
Na szczycie Magury już osiągnąłem swoje miejsce w peletonie i jechało mi się świetnie ... aż śniadanie zaczęło dawać o sobie znać. Na początku nieśmiało, nie zwracałem uwagi zwłaszcza że z przodu zamajaczyła sylwetka Paleciaka. Nie dawałem temu wiary, bo on ma potencjał na walkę o sektor, ale systematycznie zbliżałem się do niego. Przypomniał mi się tekst z podróży, jak w żartach mówiłem że kiedy go prześcignę to dyplom w ramkach powieszę sobie na ścianie. I gdy tak o tych ramkach rozmyślałem żołądek sprowadził mnie na ziemie. Skok w bok połączony z zerwaniem kasku, koszulki, kto wymyślił te p$%&$#^% szelki ... ufff ... zdążyłem. Na szczęście w pobliżu były odpowiednie liście, od następnego razu papier w plecaku być musi. Jak już się zbierałem, minął mnie znów Wilq.
Ze 2 minuty później ruszyłem dalej, ale jechało mi się już znacznie gorzej. Wydawało mi się że grupka w którą trafiłem była gorsza, ale to raczej zrobiło się po prostu ciężej. Sporo szliśmy, sporo się wywracaliśmy. Na łączce o której było wiadomo że jedziesz po płaskim jak pod górę przede mną upadła koleżanka i powiedziała „ślisko”. Wyminąłem ją, upadłem, i powiedziałem – „bardzo”. Na szczęście upadki groźne nie były, nawet nie odczułem ich na swym nadwerężonym barku.
W końcu dojechaliśmy do potoku – ja, zajadły przeciwnik przeprawy w bród marzyłem by jednak była mokrą stopą. Ale nie – jechaliśmy górą do bufetów. Tam spotkałem znów Paleciaka – stracił wenę do jazdy, przekąpał się w potoku i korzystał w pełni z bufetu. Ja tylko uzupełniłem bukłak i jazda dalej. Podjazd po kamieniach bardzo mi nie pasował – noga podawała ale mózg mylony sprzecznościami między mocą na pedałach a szybkością jazdy zniechęcał do pedałowania. Wtedy minął mnie Palec – stracił 40 min na zmianie dwu dętek z poszukiwaniem tej drugiej ale jechał ostro do przodu. Dołożył mi 5 min na podjeździe i zjeździe z Butorowego. Ja trochę animuszu nabrałem jak tuż po tym znów wyprzedziłem Wilqa, ale nie starczyło go na długo i znów podchodziłem tam gdzie spokojnie mogłem jechać.
Końcówkę miałem jednak walki – niedługo przed szczytem dogoniłem kogoś kto wyraźnie miał mniej siły ode mnie, ale wyraźnie więcej ochoty do kręcenia pod górę. Minąłem go, ale jak zaczęły się kamieniste zjazdy, ja jak zwykle jadąc asekuracyjnie na koniec kamieni dałem się mu minąć. Jednak niedługo potem był asfalt, sił było aż za dużo więc na blacie i rozpędem minąłem go i z blatu zrzuciłem dopiero kilkadziesiąt m przed metą. Ciężki to był maraton, ale o dziwo, mimo że błota nie lubię wspominam go równie dobrze Danielki czy Istebną rok temu. Niestety inni nie mieli tyle szczęścia – Crensh złamał kciuk i sezon dla niego praktycznie się skończył.
Zacznę tym razem od śniadania, bo miało ono znaczenie na trasie. Było pieczywo z wędliną i pomidorem, biały ser, wyśmienita jajecznica. I ja to wszystko zjadłem. Czułem, że dużo, ale do startu były 3 godziny. Tym razem pojechaliśmy tam autem, na miejscu uzupełnianie picia, tabliczki, regulacja siodełka. Nawet śniadanie przestało ciążyć w żołądku. Pogoda słoneczna, ale na horyzontach chmury zapowiadające burze. Mokro po wczorajszej ulewie zapowiadało błotko na trasie.
Start i podjazd pod Butorowy to wymarzony dla mnie początek. 5 km asfaltem pod górę pozwoliło zająć dobre miejsce w peletonie. Zjazd i tłumy z kapciami na poboczach – w tym Palec – jak się go pytałem myślał że tylko jeden flak – a były dwa. Do pierwszego bufetu jechało się świetnie – zjazdy dawałem rade w peletonie, na podjazdach trochę wyprzedzałem. Dogoniłem Agę z cyclistów, jak rozprawiała z kolegą nt. oszczędzania sił na długi dystans. Później na forum okazało się jak modny był to temat w peletonie. Aga była pierwszą ze znanych mi osób które zwyczajowo są na mecie kiedy ja tam wjeżdżam, a którą zostawiłem w Kościelisku z tyłu.
Pierwszy bufet zwyczajowo przejechałem, choć liczyłem na wodę w kubku. Było gorąco i nie chciałem ryzykować ze 1,7l wystarczy do drugiego bufetu. Wchłonąłem i popiłem żel a w międzyczasie zebrały się chmury. Zaczęło padać i podjazd pod Magurę nabrał uroku. Stwierdziłem że nie będę zakładał kurtki czy peleryny i była to dobra decyzja. Lało co prawda mocno, ale potem człowiek szybko wysechł i tylko na moment okulary zaczęły parować. Problem zrobił się zaś z przyczepnością.
Zamiast błotka było Błoto – co prawda nie za dużo i mocny kolarz sam spokojnie by przejechał, ale w peletonie każdy schodzący robi reakcje łańcuchową. Ze względu na plecy i kilka lat chodzenia po górach nie przeszkadza mi to zbytnio, choć w końcu ktoś mnie wyprzedził na piechotę – biegł nadrabiając wcześniejszego flaka. Masa kamieni, korzeni, śliska i grząska trawa, błotko – to nie są moje ulubione warunki – ale chyba tak jak i upały – innym przeszkadzają dużo bardziej. Na podjeździe wyminąłem Wilqa – miał upadek i rozbity bark ale jechał dalej tylko troszkę wolniej niż zwykle.
Na szczycie Magury już osiągnąłem swoje miejsce w peletonie i jechało mi się świetnie ... aż śniadanie zaczęło dawać o sobie znać. Na początku nieśmiało, nie zwracałem uwagi zwłaszcza że z przodu zamajaczyła sylwetka Paleciaka. Nie dawałem temu wiary, bo on ma potencjał na walkę o sektor, ale systematycznie zbliżałem się do niego. Przypomniał mi się tekst z podróży, jak w żartach mówiłem że kiedy go prześcignę to dyplom w ramkach powieszę sobie na ścianie. I gdy tak o tych ramkach rozmyślałem żołądek sprowadził mnie na ziemie. Skok w bok połączony z zerwaniem kasku, koszulki, kto wymyślił te p$%&$#^% szelki ... ufff ... zdążyłem. Na szczęście w pobliżu były odpowiednie liście, od następnego razu papier w plecaku być musi. Jak już się zbierałem, minął mnie znów Wilq.
Ze 2 minuty później ruszyłem dalej, ale jechało mi się już znacznie gorzej. Wydawało mi się że grupka w którą trafiłem była gorsza, ale to raczej zrobiło się po prostu ciężej. Sporo szliśmy, sporo się wywracaliśmy. Na łączce o której było wiadomo że jedziesz po płaskim jak pod górę przede mną upadła koleżanka i powiedziała „ślisko”. Wyminąłem ją, upadłem, i powiedziałem – „bardzo”. Na szczęście upadki groźne nie były, nawet nie odczułem ich na swym nadwerężonym barku.
W końcu dojechaliśmy do potoku – ja, zajadły przeciwnik przeprawy w bród marzyłem by jednak była mokrą stopą. Ale nie – jechaliśmy górą do bufetów. Tam spotkałem znów Paleciaka – stracił wenę do jazdy, przekąpał się w potoku i korzystał w pełni z bufetu. Ja tylko uzupełniłem bukłak i jazda dalej. Podjazd po kamieniach bardzo mi nie pasował – noga podawała ale mózg mylony sprzecznościami między mocą na pedałach a szybkością jazdy zniechęcał do pedałowania. Wtedy minął mnie Palec – stracił 40 min na zmianie dwu dętek z poszukiwaniem tej drugiej ale jechał ostro do przodu. Dołożył mi 5 min na podjeździe i zjeździe z Butorowego. Ja trochę animuszu nabrałem jak tuż po tym znów wyprzedziłem Wilqa, ale nie starczyło go na długo i znów podchodziłem tam gdzie spokojnie mogłem jechać.
Końcówkę miałem jednak walki – niedługo przed szczytem dogoniłem kogoś kto wyraźnie miał mniej siły ode mnie, ale wyraźnie więcej ochoty do kręcenia pod górę. Minąłem go, ale jak zaczęły się kamieniste zjazdy, ja jak zwykle jadąc asekuracyjnie na koniec kamieni dałem się mu minąć. Jednak niedługo potem był asfalt, sił było aż za dużo więc na blacie i rozpędem minąłem go i z blatu zrzuciłem dopiero kilkadziesiąt m przed metą. Ciężki to był maraton, ale o dziwo, mimo że błota nie lubię wspominam go równie dobrze Danielki czy Istebną rok temu. Niestety inni nie mieli tyle szczęścia – Crensh złamał kciuk i sezon dla niego praktycznie się skończył.
piątek, 30 czerwca 2006
Wałbrzych - Prawdziwy maraton
Do Wałbrzycha jechałem z Kielc z mocnym postanowieniem jazdy na długiej trasie. Dojazd organizowałem bardzo naokoło, ostatecznie zabrałem się z sympatyczną ekipa ImageJet. W Szczawnie zakwaterowałem się z Crenschem i Wilqiem, a zmiana ich planów powrotu zagroziła 8 km podjazdem na Książ z torbą bagażu na plecach. Na szczęście znajomy Crenscha podwiózł nam bagaże autem, te od razu ulokowałem w samochodzie Przemka z którym miałem wracać do W-wy i udaliśmy się na start.
W warsztacie spotkałem MiTa – urwał manetkę od przedniej przerzutki i próbował coś kombinować. Tak był tym zaaferowany że potem ustawił się na starcie bez numeru i mocował go minuty przed startem. Ja nasmarowałem łańcuch, dopompowałem koła i ustawiłem się w cieniu na starcie. Tam natknąłem się na Krzyśka i Mariusza w barwach BGŻ, dołączył też Crensch. Wspominałem z rozrzewnieniem chwile gdy przed startem przejmowałem się jak przed matura, teraz, 10 już raz, rutyna brała górę. Niesamowity był moment wciągnięcia flagi i śpiewania hymnu. Mistrzostwa Polski!
Na rundzie horrorowej jechałem spokojnie po zapowiedziach orgów że potem będzie gdzie wyprzedzać na podjazdach. Po części nie było to dobre posunięcie, bo później po ostrym starcie od razu zrobił się korek na ostrej zawrotce, a stosunkowo krótki podjazd pod wzgórze Giedymina nie pozwolił na beztłokowy z niego zjazd. Z drugiej strony nie byłem jednak w formie, 5 zarwanych nocy w ostatnie 2 tygodnie nie pozostał bez efektu. Dodatkowo na podjeździe pod Chełmiec przyplątał się ból pleców. Na tyle dotkliwy, że w głowie zaczęły się pojawiać herezje „pojadę na krótki”. Na szczęście podejścia i zjazdy dawały trochę wytchnienia, planowany postój na drugim bufecie trochę wydłużyłem i bez wahania skręciłem na GIGA. W końcu tylko tam wiodła trasa Mistrzostw Polski!
Wcześniej miałem ciekawy epizod, na zjeździe ktoś wracał pod górę pytając, czy ktoś nie znalazł ... łańcucha. Za daleko zaszedł, bo minutę później ktoś za mną krzyknął „o, łańcuch”. Spinki bywają zdradliwe. A ile straciłem na rundzie honorowej pokazał Crensh, którego dogoniłem dopiero w połowie podjazdu na Chełmiec. Ile więcej można stracić na zjazdach, przekonał się Crensch zjeżdżając kiedy większość schodziła. Rozwalona noga i tylna tarcza hamulca – lepiej jednak stracić minutę schodząc niż ryzykując zjazd.
Dystans GIGA zaczął się gigantycznym podejściem. Moje plecy były szczęśliwe, a ja mam raczej niezłe tempo pieszo i podchodząc kilku zawodników zawsze „biorę”. Na szczycie Trójgarba widoki były na tyle piękne, że po raz pierwszy na maratonach zatrzymałem się na chwile by je podziwiać. W sumie to już przestałem się ścigać a zacząłem jechać do mety. Zrobiło się luźniej i zjechałem kilka fajnych trudniejszych zjazdów, było też bardzo dużo szybkich, długich i łatwiejszych zjazdów. Po łąkach śladami po peletonie przede mną, trawersami leśnych drużek – trasa była rewelacyjnie wytyczona i jeszcze się tyle nie nazjeżdżałem w życiu. Niestety nie zawsze mogłem dokręcać bo plecy upominały się o chwile dla siebie – pozycja „na galion” okazała się dlań najlepsza.
W połowie długiej pętli zrobiłem sobie też dwie przerwy na dłuższych choć mało stromych podjazdach na konsumpcje i ćwiczenia dla biednych pleców. Przed trzecim bufetem na stromym zjeździe minęła mnie jakaś bikerka, by potem niewiele dalej już na trawiastej łące polec na niewielkim zagłębieniu. Tuż za był bufet, i tam ona zrezygnowała z podejrzeniami złamanego obojczyka. Na tym bufecie też się nie spieszyłem – dogonili mnie państwo „Mazzi” z którymi jechałem do Wałbrzycha – Mirka jechała bez przedniego hamulca. Wcześniej wybyli z bufetu i nie dali się już dogonić. Na bufecie dowiedziałem się że trasa będzie 4 km krótsza – zwłaszcza moje plecy nie miały nic przeciw. Próbowałem gonić Mazzich, ale zawsze te 200m przewagi trzymali. W międzyczasie przegonił mnie gość w koszulce Transcarpatii z okrzykiem – „meta niedaleko, mam nowe siły”. Doszedłem go na ostatnim podjeździe przed metą – orgowie złośliwie na wzgórzu zamkowym poprowadzili agrafki w górę i w dół tak ze trzy razy. To było za dużo dla niego – nawet nie walczył. Ostatni podjazd, meta, ukończyłem prawdziwe GIGA. Czas nie był rewelacyjny, ale w końcu biesiadowanie na bufetach i plecy nie pozwalały się spodziewać nic więcej. Satysfakcja jednak ogromna, zwłaszcza że były to Mistrzostwa Polski!
W warsztacie spotkałem MiTa – urwał manetkę od przedniej przerzutki i próbował coś kombinować. Tak był tym zaaferowany że potem ustawił się na starcie bez numeru i mocował go minuty przed startem. Ja nasmarowałem łańcuch, dopompowałem koła i ustawiłem się w cieniu na starcie. Tam natknąłem się na Krzyśka i Mariusza w barwach BGŻ, dołączył też Crensch. Wspominałem z rozrzewnieniem chwile gdy przed startem przejmowałem się jak przed matura, teraz, 10 już raz, rutyna brała górę. Niesamowity był moment wciągnięcia flagi i śpiewania hymnu. Mistrzostwa Polski!
Na rundzie horrorowej jechałem spokojnie po zapowiedziach orgów że potem będzie gdzie wyprzedzać na podjazdach. Po części nie było to dobre posunięcie, bo później po ostrym starcie od razu zrobił się korek na ostrej zawrotce, a stosunkowo krótki podjazd pod wzgórze Giedymina nie pozwolił na beztłokowy z niego zjazd. Z drugiej strony nie byłem jednak w formie, 5 zarwanych nocy w ostatnie 2 tygodnie nie pozostał bez efektu. Dodatkowo na podjeździe pod Chełmiec przyplątał się ból pleców. Na tyle dotkliwy, że w głowie zaczęły się pojawiać herezje „pojadę na krótki”. Na szczęście podejścia i zjazdy dawały trochę wytchnienia, planowany postój na drugim bufecie trochę wydłużyłem i bez wahania skręciłem na GIGA. W końcu tylko tam wiodła trasa Mistrzostw Polski!
Wcześniej miałem ciekawy epizod, na zjeździe ktoś wracał pod górę pytając, czy ktoś nie znalazł ... łańcucha. Za daleko zaszedł, bo minutę później ktoś za mną krzyknął „o, łańcuch”. Spinki bywają zdradliwe. A ile straciłem na rundzie honorowej pokazał Crensh, którego dogoniłem dopiero w połowie podjazdu na Chełmiec. Ile więcej można stracić na zjazdach, przekonał się Crensch zjeżdżając kiedy większość schodziła. Rozwalona noga i tylna tarcza hamulca – lepiej jednak stracić minutę schodząc niż ryzykując zjazd.
Dystans GIGA zaczął się gigantycznym podejściem. Moje plecy były szczęśliwe, a ja mam raczej niezłe tempo pieszo i podchodząc kilku zawodników zawsze „biorę”. Na szczycie Trójgarba widoki były na tyle piękne, że po raz pierwszy na maratonach zatrzymałem się na chwile by je podziwiać. W sumie to już przestałem się ścigać a zacząłem jechać do mety. Zrobiło się luźniej i zjechałem kilka fajnych trudniejszych zjazdów, było też bardzo dużo szybkich, długich i łatwiejszych zjazdów. Po łąkach śladami po peletonie przede mną, trawersami leśnych drużek – trasa była rewelacyjnie wytyczona i jeszcze się tyle nie nazjeżdżałem w życiu. Niestety nie zawsze mogłem dokręcać bo plecy upominały się o chwile dla siebie – pozycja „na galion” okazała się dlań najlepsza.
W połowie długiej pętli zrobiłem sobie też dwie przerwy na dłuższych choć mało stromych podjazdach na konsumpcje i ćwiczenia dla biednych pleców. Przed trzecim bufetem na stromym zjeździe minęła mnie jakaś bikerka, by potem niewiele dalej już na trawiastej łące polec na niewielkim zagłębieniu. Tuż za był bufet, i tam ona zrezygnowała z podejrzeniami złamanego obojczyka. Na tym bufecie też się nie spieszyłem – dogonili mnie państwo „Mazzi” z którymi jechałem do Wałbrzycha – Mirka jechała bez przedniego hamulca. Wcześniej wybyli z bufetu i nie dali się już dogonić. Na bufecie dowiedziałem się że trasa będzie 4 km krótsza – zwłaszcza moje plecy nie miały nic przeciw. Próbowałem gonić Mazzich, ale zawsze te 200m przewagi trzymali. W międzyczasie przegonił mnie gość w koszulce Transcarpatii z okrzykiem – „meta niedaleko, mam nowe siły”. Doszedłem go na ostatnim podjeździe przed metą – orgowie złośliwie na wzgórzu zamkowym poprowadzili agrafki w górę i w dół tak ze trzy razy. To było za dużo dla niego – nawet nie walczył. Ostatni podjazd, meta, ukończyłem prawdziwe GIGA. Czas nie był rewelacyjny, ale w końcu biesiadowanie na bufetach i plecy nie pozwalały się spodziewać nic więcej. Satysfakcja jednak ogromna, zwłaszcza że były to Mistrzostwa Polski!
wtorek, 13 czerwca 2006
Gdańsk - 20 minut generałem.
Tydzień przed maratonem był u mnie pod znakiem prognoz pogody. W poniedziałek twierdziły one że od czwartku będzie lało nad Gdańskiem, więc chciałem zrezygnować z startu. Na szczęście prognozy się nie sprawdziły i mimo zmian obsady auta co parę minut, w czterech udaliśmy się do Gdańska. Na miejscu schronisko przywróciło wspomnienia z PRLu – „ostre” regulaminy, zamknięte od północy do szóstej rano, stołówka a głównie panie tam pracujące jak sprzed 20 lat. Kupa dzieciaków które później szły spać niż rano wstawały, rwetes, ale spało mi się dobrze, tylko że do szóstej rano. A do ósmej tylko drzemanie.
Rano przygotowania przebiegły wyjątkowo spokojnie, można powiedzieć że rutynowo – zero stresu. Na starcie ustawiliśmy się bardzo blisko sektorów, niestety nic to mi nie dało bo jazda w peletonie nie służy mi do przesuwania się na czoło tylko w drugim kierunku. Runda horrorowa to ciągłe pilnowanie hamulców, oczy dookoła głowy i jeden incydent,.Gdy Crensch znalazł się z przodu, to pragnąc do niego dołączyć ruszyłem w lukę która powstała między parą – ci zaś postanowili ją zlikwidować mimo mego „środek wolny” – otarcie rogów na szczęście nie było groźne, męska cześć pary użyła sobie kilkoma wiązankami i tyle. Na starówce zaczęły mi cierpnąc dłonie, ale jakoś dało rade. W sumie myślałem że będzie gorzej.
Przy wjeździe do lasu na pierwszym podjeździe zgubiłem Crenscha, minąłem Krzyśka, potasowałem się trochę z Naparzatorem i wtedy wyprzedziła mnie Kasia Marszałek. Pierwsze miejsce kobiet, i poziom który chciałem osiągnąć na trenarzeże. Kilka lat temu na zlocie precla odjeżdżała z kosmiczną dla mnie prędkością, w Bydgoszczy po minucie, a teraz usiadłem jej na koło i zaczęło się wyprzedzanie. Pierwsze zdziwienie – podchodzi jak ja, schodzi jak ja, na rower także nie wskakuje – generalnie jeździ asekuracyjnie. A ja daję rade. Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Poczułem się jak generał, wyprzedziliśmy kilkanaście osób i w końcu na którymś zjeździe odjechała. Trudno, jadę dalej, ale pozycja w peletonie jakby lepsza niż w Kielcach, a i jechało mi się zdecydowanie lepiej. Na bufetach standardowo wyciąłem kilkadziesiąt osób, w tym Mariusza i Michała. Po serwisie Marcelego w końcu byłem zadowolony z amorka, i na zjazdach jakoś mniej osób mnie mijało, niestety lewe kolano sygnalizowało coraz bardziej że siodełko odrobinę za nisko. Na szczęście plecy po przesunięciu siodełka przestały dokuczać (dzięki radom Marcelego) a i ręce w lesie odpoczęły od horrorowego hamowania. Na drugim bufecie kubek wody pomógł odsłodzić się od żelowo – poweradowego koncentratu, jednak powoli wkradało się zmęczenie. W pewnym momencie dogonił mnie na zjeździe Marceli – kilkanaście minut tasowaliśmy się razem – miał skurcze i jechał na jednej nodze. W końcu na podjeździe 5 km przed metą skapitulowałem i podszedłem a on uciekł. Meta okazała się być bliżej, trasa 8 km krótsza, a do Marcelego straciłem 20 sekund. Szkoda, bo byłem w stanie zmobilizować się bardziej na końcówce – stadion lekko mnie zaskoczył. Na mecie uczucie niespełnienia – to była idealna trasa na dwa kółka – niestety sił brakło. Dało o sobie znać marcowe lenistwo. Wilqowi nie dałem rady o osiem minut, i to musze poprawić, ale obroniłem swój „stan posiadania”. Może poza Michałem, który pojechał długi dystans, choć jego czas daje mi nadzieje na przyszłość.
Najważniejsze jednak że obyło się bez przygód, w przeciwieństwie do Marcina i Konrada którzy w tym samym miejscu koło kościoła leżeli przez ingerencje blachosmrodów. Marcin stracił przez to tylni hamulec i nie pojechał drugiego koła. No i wróciła cykloza, miałem nie jechać do Wałbrzycha, a wszystko wskazuje na to, że jednak pojadę. Zupełnie tak jak Paleciak.
Rano przygotowania przebiegły wyjątkowo spokojnie, można powiedzieć że rutynowo – zero stresu. Na starcie ustawiliśmy się bardzo blisko sektorów, niestety nic to mi nie dało bo jazda w peletonie nie służy mi do przesuwania się na czoło tylko w drugim kierunku. Runda horrorowa to ciągłe pilnowanie hamulców, oczy dookoła głowy i jeden incydent,.Gdy Crensch znalazł się z przodu, to pragnąc do niego dołączyć ruszyłem w lukę która powstała między parą – ci zaś postanowili ją zlikwidować mimo mego „środek wolny” – otarcie rogów na szczęście nie było groźne, męska cześć pary użyła sobie kilkoma wiązankami i tyle. Na starówce zaczęły mi cierpnąc dłonie, ale jakoś dało rade. W sumie myślałem że będzie gorzej.
Przy wjeździe do lasu na pierwszym podjeździe zgubiłem Crenscha, minąłem Krzyśka, potasowałem się trochę z Naparzatorem i wtedy wyprzedziła mnie Kasia Marszałek. Pierwsze miejsce kobiet, i poziom który chciałem osiągnąć na trenarzeże. Kilka lat temu na zlocie precla odjeżdżała z kosmiczną dla mnie prędkością, w Bydgoszczy po minucie, a teraz usiadłem jej na koło i zaczęło się wyprzedzanie. Pierwsze zdziwienie – podchodzi jak ja, schodzi jak ja, na rower także nie wskakuje – generalnie jeździ asekuracyjnie. A ja daję rade. Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Poczułem się jak generał, wyprzedziliśmy kilkanaście osób i w końcu na którymś zjeździe odjechała. Trudno, jadę dalej, ale pozycja w peletonie jakby lepsza niż w Kielcach, a i jechało mi się zdecydowanie lepiej. Na bufetach standardowo wyciąłem kilkadziesiąt osób, w tym Mariusza i Michała. Po serwisie Marcelego w końcu byłem zadowolony z amorka, i na zjazdach jakoś mniej osób mnie mijało, niestety lewe kolano sygnalizowało coraz bardziej że siodełko odrobinę za nisko. Na szczęście plecy po przesunięciu siodełka przestały dokuczać (dzięki radom Marcelego) a i ręce w lesie odpoczęły od horrorowego hamowania. Na drugim bufecie kubek wody pomógł odsłodzić się od żelowo – poweradowego koncentratu, jednak powoli wkradało się zmęczenie. W pewnym momencie dogonił mnie na zjeździe Marceli – kilkanaście minut tasowaliśmy się razem – miał skurcze i jechał na jednej nodze. W końcu na podjeździe 5 km przed metą skapitulowałem i podszedłem a on uciekł. Meta okazała się być bliżej, trasa 8 km krótsza, a do Marcelego straciłem 20 sekund. Szkoda, bo byłem w stanie zmobilizować się bardziej na końcówce – stadion lekko mnie zaskoczył. Na mecie uczucie niespełnienia – to była idealna trasa na dwa kółka – niestety sił brakło. Dało o sobie znać marcowe lenistwo. Wilqowi nie dałem rady o osiem minut, i to musze poprawić, ale obroniłem swój „stan posiadania”. Może poza Michałem, który pojechał długi dystans, choć jego czas daje mi nadzieje na przyszłość.
Najważniejsze jednak że obyło się bez przygód, w przeciwieństwie do Marcina i Konrada którzy w tym samym miejscu koło kościoła leżeli przez ingerencje blachosmrodów. Marcin stracił przez to tylni hamulec i nie pojechał drugiego koła. No i wróciła cykloza, miałem nie jechać do Wałbrzycha, a wszystko wskazuje na to, że jednak pojadę. Zupełnie tak jak Paleciak.
piątek, 26 maja 2006
Kielce - Pierwsze koty za płoty
Kielce – rodzinne strony, rok temu nie jechałem – ten maraton to było podwójne wyzwanie. Niestety, tydzień przed przyplątało się choróbsko. Niby w czwartek czułem się już prawie znakomicie, ale prawie robi różnice. Dodatkowo – Kielce w piątek przywitały nas deszczem od rana, a wieczorem szalały ulewne burze. Nie zapowiadało się dobrze. W międzyczasie pogoda się jednak poprawiła, zarejestrowałem zespół i na 6 kończyn dokonałem pieszego obchodu startu.
W sobotę rano okazało się że wziąłem puste pudełko bez soczewek – potraktowałem to jako dobry omen. Po szybkim wypadzie do Tesco dołączyłem do chłopaków w Nowinach, wykorzystałem perfidnie pompkę z manometrem i smar do łańcucha – miałem to zrobić w warsztacie, ale nie oparłem się pokusie skorzystania na miejscu. Na szczęście pogoda zapowiadała się dobrze, i humor zdecydowanie mi się poprawiał, mimo że błotne trasy nie są tym o czym marzę. A błoto było pewne.
Start opóźnił się trochę i zaczął korkiem już na wyjeździe z stadionu – malownicza kałuża błota prawie na całą szerokość wyjazdu. I pierwsza skucha – musiałem zsiąść i nadłamałem tylni błotnik. Miałem go zdjąć, ale widząc też błotniki u Konrada zrezygnowałem – i nie była to dobra decyzja. Błotnik odpadł na dobre przed pierwszym chodzonym podjeździe. Trudno, trzeba było kręcić dalej. A tu noga nie podaje. Tydzień temu jeździło mi się wyśmienicie, jednak start tuż po chorobie pokazał swoje minusy.
Po kilku kilometrach asfaltu wyprzedziła mnie główna ekipa która ustawiła się sporo dalej na starcie, a ja nie byłem w stanie wsiąść im na koło niestety. Ale jakoś szło do przodu. Pod Dominami minąłem Wilqa – miał problem z łańcuchem, ale szybko go skuł i jeszcze przed Skocznią mnie wyprzedził, tym razem na dobre. Na moim ulubionym asfalcie koło Posłowic nabrałem animuszu, by zdecydowanie stracić humor na podjeździe pod skocznie – nie dość że nie mam mocy, to nie wchodzą mi dwa ostatnie biegi – łańcuch tańczył na zębatkach jakby był gwiazdą w TVN. Był to znakomity pretekst by połowę tego podjazdu i sporo następnych pokonać „z buta”. Z drugiej strony krew mnie zalewała na single-tracku jak przede mną ktoś mielił na „żółwiu” a ja ledwo co przebierałem nogami nie mając gdzie wyprzedzić.
Dałem się nieść peletonowi, jechałem w stawce nie starając się zbytnio wyprzedzać. Przejazd wiaduktem po kamienistych muldach na góralu okazał się znacznie przyjemniejszy i szybszy niż na crossie, potem zarobiłem kilkadziesiąt miejsc wymijając pierwszy bufet. Plecak sprawował się rewelacyjne – już nie wyobrażam sobie startów bez niego. Pasmo Zgórskie okazało się znacznie bardziej błotniste od Posłowickiego – dodatkowo nie znałem go rowerowo, a pieszo ostatni raz byłem tam 15 lat temu. Z ciekawostek to WC w szczerym polu tuż przy trasie, i Grzegorz Golonko pracowicie spisujący numerki.
Do tej pory byłem zdecydowany mimo wszystko jechać duży dystans – ale notoryczne błoto szybko wybiło mi ten pomysł z głowy, choć rower spisywał się dzielnie – odczułem to zdecydowanie gdy minąłem zawodnika który nie dawał rady na 28” semi-slickach jak ja rok temu. Miałem kilka momentów gdy sprawny, techniczny (jak dla mnie) przejazd pozwolił mi minąć kilku zawodników, na kolejnym bufecie minąłem kilkudziesięciu, w tym jak się okazało Michała, ale nie obyło się bez asekuranckich zejść z roweru i największej wpadki – chcąc pokonać „siodło” z góry utwardziłem przełożenie by rozpędem wziąć krótki podjazd – niestety zawodnik przede mną postanowił się zatrzymać a ja zamiast zredukować to wrzuciłem blat i stanąłem również – straciłem tam dobre kilkadziesiąt sekund i kilkoro zawodników których tak pracowicie wymijałem przemknęło koło mnie. Na szczeście niedaleko dalej stał dopingując Mariusz z rodziną i dodali energii.
Potem było już tylko z górki, na mecie wyżarłem wszystkie pomarańcze, następnie kolejka z chipami, fotki z córeczką, karcher, makaron. Nowe spodnie pampersy sprawdziły się rewelacyjnie – o ile plecy czułem zdecydowanie, to poniżej było spoko. Ale największe zdziwienie przeżyłem sprawdzając czasy – tylko 4 min za Wilkiem, sporo przed Michałem i 4 miejsce w zespole. Przy tak fatalnym samopoczuciu jazdy zaskoczenie totalne, i chyba niezły prognostyk na Gdańsk :)
W sobotę rano okazało się że wziąłem puste pudełko bez soczewek – potraktowałem to jako dobry omen. Po szybkim wypadzie do Tesco dołączyłem do chłopaków w Nowinach, wykorzystałem perfidnie pompkę z manometrem i smar do łańcucha – miałem to zrobić w warsztacie, ale nie oparłem się pokusie skorzystania na miejscu. Na szczęście pogoda zapowiadała się dobrze, i humor zdecydowanie mi się poprawiał, mimo że błotne trasy nie są tym o czym marzę. A błoto było pewne.
Start opóźnił się trochę i zaczął korkiem już na wyjeździe z stadionu – malownicza kałuża błota prawie na całą szerokość wyjazdu. I pierwsza skucha – musiałem zsiąść i nadłamałem tylni błotnik. Miałem go zdjąć, ale widząc też błotniki u Konrada zrezygnowałem – i nie była to dobra decyzja. Błotnik odpadł na dobre przed pierwszym chodzonym podjeździe. Trudno, trzeba było kręcić dalej. A tu noga nie podaje. Tydzień temu jeździło mi się wyśmienicie, jednak start tuż po chorobie pokazał swoje minusy.
Po kilku kilometrach asfaltu wyprzedziła mnie główna ekipa która ustawiła się sporo dalej na starcie, a ja nie byłem w stanie wsiąść im na koło niestety. Ale jakoś szło do przodu. Pod Dominami minąłem Wilqa – miał problem z łańcuchem, ale szybko go skuł i jeszcze przed Skocznią mnie wyprzedził, tym razem na dobre. Na moim ulubionym asfalcie koło Posłowic nabrałem animuszu, by zdecydowanie stracić humor na podjeździe pod skocznie – nie dość że nie mam mocy, to nie wchodzą mi dwa ostatnie biegi – łańcuch tańczył na zębatkach jakby był gwiazdą w TVN. Był to znakomity pretekst by połowę tego podjazdu i sporo następnych pokonać „z buta”. Z drugiej strony krew mnie zalewała na single-tracku jak przede mną ktoś mielił na „żółwiu” a ja ledwo co przebierałem nogami nie mając gdzie wyprzedzić.
Dałem się nieść peletonowi, jechałem w stawce nie starając się zbytnio wyprzedzać. Przejazd wiaduktem po kamienistych muldach na góralu okazał się znacznie przyjemniejszy i szybszy niż na crossie, potem zarobiłem kilkadziesiąt miejsc wymijając pierwszy bufet. Plecak sprawował się rewelacyjne – już nie wyobrażam sobie startów bez niego. Pasmo Zgórskie okazało się znacznie bardziej błotniste od Posłowickiego – dodatkowo nie znałem go rowerowo, a pieszo ostatni raz byłem tam 15 lat temu. Z ciekawostek to WC w szczerym polu tuż przy trasie, i Grzegorz Golonko pracowicie spisujący numerki.
Do tej pory byłem zdecydowany mimo wszystko jechać duży dystans – ale notoryczne błoto szybko wybiło mi ten pomysł z głowy, choć rower spisywał się dzielnie – odczułem to zdecydowanie gdy minąłem zawodnika który nie dawał rady na 28” semi-slickach jak ja rok temu. Miałem kilka momentów gdy sprawny, techniczny (jak dla mnie) przejazd pozwolił mi minąć kilku zawodników, na kolejnym bufecie minąłem kilkudziesięciu, w tym jak się okazało Michała, ale nie obyło się bez asekuranckich zejść z roweru i największej wpadki – chcąc pokonać „siodło” z góry utwardziłem przełożenie by rozpędem wziąć krótki podjazd – niestety zawodnik przede mną postanowił się zatrzymać a ja zamiast zredukować to wrzuciłem blat i stanąłem również – straciłem tam dobre kilkadziesiąt sekund i kilkoro zawodników których tak pracowicie wymijałem przemknęło koło mnie. Na szczeście niedaleko dalej stał dopingując Mariusz z rodziną i dodali energii.
Potem było już tylko z górki, na mecie wyżarłem wszystkie pomarańcze, następnie kolejka z chipami, fotki z córeczką, karcher, makaron. Nowe spodnie pampersy sprawdziły się rewelacyjnie – o ile plecy czułem zdecydowanie, to poniżej było spoko. Ale największe zdziwienie przeżyłem sprawdzając czasy – tylko 4 min za Wilkiem, sporo przed Michałem i 4 miejsce w zespole. Przy tak fatalnym samopoczuciu jazdy zaskoczenie totalne, i chyba niezły prognostyk na Gdańsk :)
piątek, 30 września 2005
I po sezonie - kolory motyla
Na początku był rower. Zawsze dużo jeździłem, choć ostatnimi laty coraz mniej. Potem był Piotrek, którego namowy na starty w maratonach postanowiłem wykorzystać by odwrócić tą tendencję. Na pierwszy maraton w Łomiankach udałem się z marszu – wsiadłem na rower tydzień wcześniej i łącznie przejechałem mniejszy dystans niż 45 km na maratonie. Ale nie przejmowałem się tym bo miałem jechać turystycznie. Tuż po starcie zmieniłem zdanie – jadę na maxa! Poszło aż za dobrze, brak przygotowania zaowocował odnowioną kontuzją. Następne 5 maratonów musiałem odpuścić. Byłem na dwu jako kibic, bez startów, i głód rowerowania narastał. Byłem już uzależniony.
Kolejny start – Istebna. Pierwsze góry, radość z samego faktu że mogę już jeździć, że dojechałem, że nie dałem się błotu i ciężkiej trasie. Następne maratony – Olsztynek i Danielki – pierwsze drobne problemy techniczne, złe rozłożenie sił lub niedocenienie warunków w górach i mimo wszystko dobre wyniki pokazały, że trzeba zmienić podejście. Z żółtodzioba stałem się amatorem. Przez siedem lat się zastanawiałem, w końcu podjąłem decyzje o zakupie butów SPD (system pozwalający na wpięcie się w pedały, pozwalający na bardziej efektywne pedałowanie), kolejny lekarz w końcu pozwolił upewnić się że kontuzja należy do przeszłości. Z poczwarki stałem się motylem, a raczej czarno-białą ćmą, bo siły i umiejętności nie te. Ale mogłem przycisnąć na pedał.
Kolejne maratony – Kraków, Przesieka, Bydgoszcz – to coraz większa przyjemność z jazdy, odkrywanie nowych możliwości i ograniczeń jakie dają SPD, pierwsze wyzwanie dłuższego dystansu, pierwsze poważniejsze awarie roweru który coraz bardziej odstawał od wyzwań jakim musiał sprostać. Wpadłem już bez reszty. I nagle koniec sezonu, który dla mnie zaczął się tak naprawdę dopiero w połowie. Mieszane uczucia – ulga, że już koniec, że można odpocząć, i trochę niedosytu, że brak przygotowania, praktycznie ominięcie pierwszej połowy sezonu. Ale przede wszystkim – nowe wyzwanie – kolejny rok, kolejne maratony. Dbać o kondycje, przygotować się do startów już zawsze na długim dystansie. Nabrać kolorów motyla. Już nie mogę się doczekać :)
Kolejny start – Istebna. Pierwsze góry, radość z samego faktu że mogę już jeździć, że dojechałem, że nie dałem się błotu i ciężkiej trasie. Następne maratony – Olsztynek i Danielki – pierwsze drobne problemy techniczne, złe rozłożenie sił lub niedocenienie warunków w górach i mimo wszystko dobre wyniki pokazały, że trzeba zmienić podejście. Z żółtodzioba stałem się amatorem. Przez siedem lat się zastanawiałem, w końcu podjąłem decyzje o zakupie butów SPD (system pozwalający na wpięcie się w pedały, pozwalający na bardziej efektywne pedałowanie), kolejny lekarz w końcu pozwolił upewnić się że kontuzja należy do przeszłości. Z poczwarki stałem się motylem, a raczej czarno-białą ćmą, bo siły i umiejętności nie te. Ale mogłem przycisnąć na pedał.
Kolejne maratony – Kraków, Przesieka, Bydgoszcz – to coraz większa przyjemność z jazdy, odkrywanie nowych możliwości i ograniczeń jakie dają SPD, pierwsze wyzwanie dłuższego dystansu, pierwsze poważniejsze awarie roweru który coraz bardziej odstawał od wyzwań jakim musiał sprostać. Wpadłem już bez reszty. I nagle koniec sezonu, który dla mnie zaczął się tak naprawdę dopiero w połowie. Mieszane uczucia – ulga, że już koniec, że można odpocząć, i trochę niedosytu, że brak przygotowania, praktycznie ominięcie pierwszej połowy sezonu. Ale przede wszystkim – nowe wyzwanie – kolejny rok, kolejne maratony. Dbać o kondycje, przygotować się do startów już zawsze na długim dystansie. Nabrać kolorów motyla. Już nie mogę się doczekać :)
wtorek, 27 września 2005
Bydgoszcz - Własna klątwa
Po Przesiece obiecałem sobie że w Bydgoszczy pojadę dystans PRO. Wieść o jego skróceniu o 50 km o dziwo nie wprawiła mnie w dobry nastrój, a wręcz przeciwnie. Miałem już rozpisane dwie treningowe jazdy powyżej 100 km – drugą skróciłem więc do 75 km. Resztę urlopu poświęciłem na odpoczynek i wypoczęty a na pewno wyspany udałem się z Kielc przez Warszawę do Bydgoszczy. W stolicy dołączyli Palec i Łasica, a dając odpocząć krzyżowi pozwoliłem Palcowi poszaleć za kołkiem. Na miejscu, pięknym Starym Rynku rejestracja, spaghetti i oglądanie nowych strojów rowerowych. Przez to u gościnnego Roberta zjawiliśmy się dopiero po 23 – a i wtedy przed snem obejrzeliśmy filmy z Przesieki i Transcarpatii niepomni przestrogi, ze o 7 rano zjawia się ekipa remontowa ocieplająca budynek. I faktycznie – pobudka była jak z filmu Dzień Świra, mimo najszczerszych chęci dospania do planowanej ósmej, z wiertarką udarową nie wygrasz :(
Robert z dziewczyną postanowili nam towarzyszyć i pilotowali na miejsce startu. Tam dokończyliśmy przygotowania, w punkcie serwisowym pompowanie opon i smarowanie i na start. Runda honorowa rozlała się z jezdni na chodniki, potem w lesie minąłem MiTa czekającego na dętkę od Crenscha, by natknąć się na korek przed zamkniętym szlabanem. Potem już bez przeszkód jechało się bardzo dobrze aż do 34 km gdzie musiałem zawrócić kilkadziesiąt metrów bo okazało się że skręciłem na Amatora.
Droga na Pro wiodła pod wiatr na asfalcie. Przez pierwsze km dałem innym poznać przewagę 28” kół, potem stwierdziłem że nie warto się samemu męczyć i podczepiłem się do peletonu prowadzonego przez tą samą parę z WSÓŁ na koszulce co w Olsztynku. Z nimi przejechałem resztę pętelki Pro, i po bufecie niestety odpadłem – spełniła się moja klątwa z Przesieki. Tam nie pojechałem na Pro bo stwierdziłem że nie wytrzyma tego rower – i oczywiście 2 km powyżej dystansu Amator nie wytrzymała dętka w Bydgoszczy. Na szczęście – tyle mogę powiedzieć z perspektywy czasu.
Ja straciłem 13 min, inni łamali wtedy obojczyki – okazało się że kilkaset metrów dalej było bardzo niebezpieczne, nie oznakowane miejsce. Jak już tam dojechałem, to nie zdążyłem nabrać pędu no i jeden z zawodników ostrzegał wcześniej by ostrożnie jechać. W międzyczasie minął mnie MiT którego nie zauważyłem i Crensch którego nie zauważyć ciężko. Tego drugiego po kilkunastu minutach dogoniłem i przegoniłem na górkach fordońskich – po szybkich odcinkach okazało się że podjazdy grożą skurczem i lepiej podchodzić. Na dodatek na brukowym zjeździe okazało się że klekocze mi przedni hamulec – do mety nie było już daleko więc postanowiłem zobaczyć dopiero na mecie co jest grane.
Jeszcze na przeprawie przez tory wyprzedziłem kilkunastu bikerów czekających za zamkniętym szlabanem – ja wybrałem kładkę nad torami, dzięki informacjom z forum że to przejście jest zamknięte 45 min na godzinę. Za mną jechał Crensch – i jakimś cudem na metę dojechał pierwszy, mimo że mnie nie wyprzedził. On jechał wg strzałek, ja wg. wskazań policjantów kierujących ruchem. Tak – ruchem – ostatnie km to był wyścig w ruchu ulicznym, meta zaś była ... kilka km przed meta na Starym Rynku.
Te miejskie fragmenty to totalna porażka organizatorów. Na mecie nie było picia, jedzenia więc po paru fotkach z Cyklistami pojechaliśmy na tą drugą metę. Wcześniej dokręciłem hamulec tylko jedną śrubę – druga wyparowała. No i stwierdziłem że z tego ambarasu założyłem oponę kierunkową ... w drugą stronę. Tak to bywa kiedy łączna liczba zmiany opon w ostatnich 5 latach jest mniejsza niż 1 :(
Już po wszystkim okazało się, że dzięki kategorii mimo wszystko miałem więcej punktów niż Mit i Crensch, wyprzedziłem Paleciaka w generalce i brakło mi solidniejszej sztycy lub pewniejszej opony do pięknej sumy 2000 pkt. Za rok plany mam ambitne – tylko dystanse PRO i jeszcze piękniejsza suma 3000 pkt. w 7 startach.
Robert z dziewczyną postanowili nam towarzyszyć i pilotowali na miejsce startu. Tam dokończyliśmy przygotowania, w punkcie serwisowym pompowanie opon i smarowanie i na start. Runda honorowa rozlała się z jezdni na chodniki, potem w lesie minąłem MiTa czekającego na dętkę od Crenscha, by natknąć się na korek przed zamkniętym szlabanem. Potem już bez przeszkód jechało się bardzo dobrze aż do 34 km gdzie musiałem zawrócić kilkadziesiąt metrów bo okazało się że skręciłem na Amatora.
Droga na Pro wiodła pod wiatr na asfalcie. Przez pierwsze km dałem innym poznać przewagę 28” kół, potem stwierdziłem że nie warto się samemu męczyć i podczepiłem się do peletonu prowadzonego przez tą samą parę z WSÓŁ na koszulce co w Olsztynku. Z nimi przejechałem resztę pętelki Pro, i po bufecie niestety odpadłem – spełniła się moja klątwa z Przesieki. Tam nie pojechałem na Pro bo stwierdziłem że nie wytrzyma tego rower – i oczywiście 2 km powyżej dystansu Amator nie wytrzymała dętka w Bydgoszczy. Na szczęście – tyle mogę powiedzieć z perspektywy czasu.
Ja straciłem 13 min, inni łamali wtedy obojczyki – okazało się że kilkaset metrów dalej było bardzo niebezpieczne, nie oznakowane miejsce. Jak już tam dojechałem, to nie zdążyłem nabrać pędu no i jeden z zawodników ostrzegał wcześniej by ostrożnie jechać. W międzyczasie minął mnie MiT którego nie zauważyłem i Crensch którego nie zauważyć ciężko. Tego drugiego po kilkunastu minutach dogoniłem i przegoniłem na górkach fordońskich – po szybkich odcinkach okazało się że podjazdy grożą skurczem i lepiej podchodzić. Na dodatek na brukowym zjeździe okazało się że klekocze mi przedni hamulec – do mety nie było już daleko więc postanowiłem zobaczyć dopiero na mecie co jest grane.
Jeszcze na przeprawie przez tory wyprzedziłem kilkunastu bikerów czekających za zamkniętym szlabanem – ja wybrałem kładkę nad torami, dzięki informacjom z forum że to przejście jest zamknięte 45 min na godzinę. Za mną jechał Crensch – i jakimś cudem na metę dojechał pierwszy, mimo że mnie nie wyprzedził. On jechał wg strzałek, ja wg. wskazań policjantów kierujących ruchem. Tak – ruchem – ostatnie km to był wyścig w ruchu ulicznym, meta zaś była ... kilka km przed meta na Starym Rynku.
Te miejskie fragmenty to totalna porażka organizatorów. Na mecie nie było picia, jedzenia więc po paru fotkach z Cyklistami pojechaliśmy na tą drugą metę. Wcześniej dokręciłem hamulec tylko jedną śrubę – druga wyparowała. No i stwierdziłem że z tego ambarasu założyłem oponę kierunkową ... w drugą stronę. Tak to bywa kiedy łączna liczba zmiany opon w ostatnich 5 latach jest mniejsza niż 1 :(
Już po wszystkim okazało się, że dzięki kategorii mimo wszystko miałem więcej punktów niż Mit i Crensch, wyprzedziłem Paleciaka w generalce i brakło mi solidniejszej sztycy lub pewniejszej opony do pięknej sumy 2000 pkt. Za rok plany mam ambitne – tylko dystanse PRO i jeszcze piękniejsza suma 3000 pkt. w 7 startach.
środa, 14 września 2005
Przesieka - Mocniejszy od roweru
We wtorek przed maratonem kumpel namówił mnie na rowerowanie – efekt to 96 km, z czego większość w nocy po lesie, popuszczająca dętka z tylu i dzwoniące przednie koło. Dętkę wymieniam z definicji, oględziny tylnej opony zaowocowały decyzją o jej wymianie. Kupiłem najszerszą, 4,5 cm – koło ma już bliżej 29” niż 28”, a przy przedniej przerzutce luzu na milimetry, za to wg oznaczeń MTB 1.75” opona to już prawie góral. Dodatkowo Palec uświadomił mnie że jest to opona kierunkowa a takie zakłada się na przód ;) a nie tył.
Gorzej było z przednim kołem – tutaj niby wszystko wyglądało OK a dzwoniło czasem – dopiero po maratonie odkryłem ze to nie hamulec o szprychy, a najniższa jego część o tarcze lekko zawadzała, wydając hałasy dopiero po przekroczeniu 25 km/h. Tak więc po małej rewolucji, którą na szczęście dokonałem przed, a nie w trakcie maratonu, wstaję o 4 rano tylko po to by odebrać SMSa od Crenscha ze jedziemy nie o 6, a o 9 lub i później. Ubezpieczenie na auto się skończyło i musiał je zapłacić przed wyjazdem...
Przez to wszystko wyjechaliśmy po 11 – droga przez Częstochowę nie była na tyle szybka by nadrobić dłuższą trasę, a zostawiła tylko większą dziurę w kieszeni po tankowaniu. Przed Jelenią Górą Crenscha upolowali niebiescy i podarowali mu 10 pkt i kredytowy na 500 zł, informując również ze jutro koniec ważności przeglądu technicznego. A schowani byli tak, że strzelając z samochodu przez okno nie do wypatrzenia z obu stron. Na pocieszenie dodali ze będą jutro obstawiać maraton :)
W Przesiece zameldowaliśmy się niedługo przed ekipą z drugiego auta, pokoje nie były rewelacyjne, za to stołówka przyzwoita a i sklep zacnie wyposażony w chmielowe płyny. Po sutej kolacji gdzie przyprawiliśmy o ból głowy sympatyczną kelnerkę różnorodnością zamówień, przetestowaliśmy jakość lokalnych browarów i zadowoleni z wyniku udaliśmy się na spoczynek.
Rano pogoda zapowiadała się wyśmienicie, pełni sił przygotowaliśmy rowery i siebie. Mnie podkusiło jeszcze by iść do serwisu – tam sprawdzili że z przodu hamulec na pewno o szprychy nie uderza – ale że dzwoniło dalej – nie uwierzyłem. Doregulowali, a raczej przeregulowali mi też tylna przerzutkę. Jak wcześniej nie chciało mi wchodzić na przedostatnia tarczę, to po regulacji z tej tarczy chciało samo piąć się na największą z tyłu – nie przeszkadzało to jednak bo jazda na 2 czy 3 tarczy nie różni się u mnie zbytnio.
Minutę przed startem MiT zorientował się ze nie założył chipa – i tak lepiej wtedy niż w ogóle. Start ostry był na dole więc wiele nie stracił. Zjazd asfaltem w dół korkował się co jakiś czas przez samochody, potem zaczął się podjazd. Na nim jakoś dziwnie wszystkich wyprzedzałem – Mariusza, MiTa, nawet Palca. Tylko dziwiłem się trochę później ze jestem strasznie zmachany a podjazd był połową tego co Harkabuz na który co prawda wolniej, ale wjechałem bez problemów. Sprawa się wyjaśniła jak już wyczerpany zatrzymałem się na łyk wzmocnionego Powerade – jechałem cały czas na środkowej tarczy z przodu :) Zredukowałem i resztę podjazdu jechałem razem z peletonem, trochę jakby tylko mocniejszym niż zwykle ;)
Zjazdy okazały się bardzo kamieniste, tak jak w Krakowie, a ja i mój rower nie przepadamy za czymś takim. Dodatkowo, jakoś dziwnie chodziła mi kierownica – na mecie okazało się ze poluzowała się śruba od dołu – nawet nie wiedziałem że taką mam ;). Na boku co chwila ktoś z laczkiem był więc zjazdy miałem bardzo ostrożne, praktycznie w tempie podjazdu. Odbijałem to sobie na podjazdach gdzie wyprzedzałem z powrotem co najmniej połowę ludzi którzy na zjeździe mnie wyczesali. Czyli standard.
Bufety znów szybko jeden po drugim były, zapas w bidonie pozwolił nie zatrzymać się na żadnym. Nie forsowałem też tempa zbytnio i w sumie mogłem jechać na Pro, ale nie chciałem kusić losu i wjechać na „krakowski 58 km”, więc udałem się na metę, zmęczony, ale nie padnięty. Okazało się że z zespołu jestem pierwszy, a tylko Palec był przede mną. Zdziwiłem się ze MiTa jeszcze nie było – wyprzedził mnie na jednym z pierwszych zjazdów – okazało się ze na bufecie go minąłem. Mariusz zaś mimo że zjeżdża jak szatan nie doszedł mnie - maksyma że wygrywa się na podjazdach nie na zjazdach okazała się słuszna. Co prawda chłopaki jechali na Pro i inaczej rozkładali siły, ale mimo wszystko czułem się silniejszy :)
Na mecie uzupełniłem płyny i kalorie – najlepszy posiłek regeneracyjny w tej edycji – nie dość że najwięcej to smaczne kluchy z mięsem i wziąłem się za obserwacje zawodników. Słodkie lenistwo z dobrym piwem – najlepsza rzecz pod słońcem po maratonie. Po dekoracji zawodników szczęście się do nas nie uśmiechnęło i nic nie wylosowaliśmy, dodatkowo w końcu się rozpadało i pokrzyżowało to moje plany rowerowego dojechania na nowe miejsce noclegowe.
Następnego dnia we dwóch z Łasicą udaliśmy się rowerami do Przesieki podziwiać wodospady 500m od naszego poprzedniego noclegu, następnie pojechaliśmy na przełęcz Karkonoską – 1182 mnp – a startowaliśmy poniżej 600 – podjazd z maratonu stanowił może 1/3 tego na przełęcz – i to tę najłatwiejsza. Nie dałem rady – brakło mi mocy albo jeszcze jednego przełożenia. Na szczęście odpocząć można było przy jagodach. Z przełęczy pojechaliśmy na około doliny do miasta jakiś Młyn :). Najpierw postraszyło deszczem, potem chmury zakryły całą dolinę by na koniec ją na moment odsłonić.
Trasa wiodła w dół po wielkich głazach gdzie trzeba było prowadzić rower, potem szutrem. Rewelacyjne widoki zza chmur, świetna trasa. Z powrotem na przełęcz kolejne 600 przewyższenia pokonaliśmy już drogą z mniejszymi nachyleniami więc żółwia włączyłem dopiero na ostatnie 5 min z 45 minutowego podjazdu. Na przełęczy chwila oddechu i ostrożny zjazd asfaltem z nierównościami i głębszymi pułapkami do Przesieki i potem ścieżką ER-2 do Jagniątkowa. Tam spotkaliśmy chłopaków jadących do Czech wiec był jeszcze czas by podjechać parę km by zobaczyć świetny tunel nad drogą do Szklarskiej.
Gorzej było z przednim kołem – tutaj niby wszystko wyglądało OK a dzwoniło czasem – dopiero po maratonie odkryłem ze to nie hamulec o szprychy, a najniższa jego część o tarcze lekko zawadzała, wydając hałasy dopiero po przekroczeniu 25 km/h. Tak więc po małej rewolucji, którą na szczęście dokonałem przed, a nie w trakcie maratonu, wstaję o 4 rano tylko po to by odebrać SMSa od Crenscha ze jedziemy nie o 6, a o 9 lub i później. Ubezpieczenie na auto się skończyło i musiał je zapłacić przed wyjazdem...
Przez to wszystko wyjechaliśmy po 11 – droga przez Częstochowę nie była na tyle szybka by nadrobić dłuższą trasę, a zostawiła tylko większą dziurę w kieszeni po tankowaniu. Przed Jelenią Górą Crenscha upolowali niebiescy i podarowali mu 10 pkt i kredytowy na 500 zł, informując również ze jutro koniec ważności przeglądu technicznego. A schowani byli tak, że strzelając z samochodu przez okno nie do wypatrzenia z obu stron. Na pocieszenie dodali ze będą jutro obstawiać maraton :)
W Przesiece zameldowaliśmy się niedługo przed ekipą z drugiego auta, pokoje nie były rewelacyjne, za to stołówka przyzwoita a i sklep zacnie wyposażony w chmielowe płyny. Po sutej kolacji gdzie przyprawiliśmy o ból głowy sympatyczną kelnerkę różnorodnością zamówień, przetestowaliśmy jakość lokalnych browarów i zadowoleni z wyniku udaliśmy się na spoczynek.
Rano pogoda zapowiadała się wyśmienicie, pełni sił przygotowaliśmy rowery i siebie. Mnie podkusiło jeszcze by iść do serwisu – tam sprawdzili że z przodu hamulec na pewno o szprychy nie uderza – ale że dzwoniło dalej – nie uwierzyłem. Doregulowali, a raczej przeregulowali mi też tylna przerzutkę. Jak wcześniej nie chciało mi wchodzić na przedostatnia tarczę, to po regulacji z tej tarczy chciało samo piąć się na największą z tyłu – nie przeszkadzało to jednak bo jazda na 2 czy 3 tarczy nie różni się u mnie zbytnio.
Minutę przed startem MiT zorientował się ze nie założył chipa – i tak lepiej wtedy niż w ogóle. Start ostry był na dole więc wiele nie stracił. Zjazd asfaltem w dół korkował się co jakiś czas przez samochody, potem zaczął się podjazd. Na nim jakoś dziwnie wszystkich wyprzedzałem – Mariusza, MiTa, nawet Palca. Tylko dziwiłem się trochę później ze jestem strasznie zmachany a podjazd był połową tego co Harkabuz na który co prawda wolniej, ale wjechałem bez problemów. Sprawa się wyjaśniła jak już wyczerpany zatrzymałem się na łyk wzmocnionego Powerade – jechałem cały czas na środkowej tarczy z przodu :) Zredukowałem i resztę podjazdu jechałem razem z peletonem, trochę jakby tylko mocniejszym niż zwykle ;)
Zjazdy okazały się bardzo kamieniste, tak jak w Krakowie, a ja i mój rower nie przepadamy za czymś takim. Dodatkowo, jakoś dziwnie chodziła mi kierownica – na mecie okazało się ze poluzowała się śruba od dołu – nawet nie wiedziałem że taką mam ;). Na boku co chwila ktoś z laczkiem był więc zjazdy miałem bardzo ostrożne, praktycznie w tempie podjazdu. Odbijałem to sobie na podjazdach gdzie wyprzedzałem z powrotem co najmniej połowę ludzi którzy na zjeździe mnie wyczesali. Czyli standard.
Bufety znów szybko jeden po drugim były, zapas w bidonie pozwolił nie zatrzymać się na żadnym. Nie forsowałem też tempa zbytnio i w sumie mogłem jechać na Pro, ale nie chciałem kusić losu i wjechać na „krakowski 58 km”, więc udałem się na metę, zmęczony, ale nie padnięty. Okazało się że z zespołu jestem pierwszy, a tylko Palec był przede mną. Zdziwiłem się ze MiTa jeszcze nie było – wyprzedził mnie na jednym z pierwszych zjazdów – okazało się ze na bufecie go minąłem. Mariusz zaś mimo że zjeżdża jak szatan nie doszedł mnie - maksyma że wygrywa się na podjazdach nie na zjazdach okazała się słuszna. Co prawda chłopaki jechali na Pro i inaczej rozkładali siły, ale mimo wszystko czułem się silniejszy :)
Na mecie uzupełniłem płyny i kalorie – najlepszy posiłek regeneracyjny w tej edycji – nie dość że najwięcej to smaczne kluchy z mięsem i wziąłem się za obserwacje zawodników. Słodkie lenistwo z dobrym piwem – najlepsza rzecz pod słońcem po maratonie. Po dekoracji zawodników szczęście się do nas nie uśmiechnęło i nic nie wylosowaliśmy, dodatkowo w końcu się rozpadało i pokrzyżowało to moje plany rowerowego dojechania na nowe miejsce noclegowe.
Następnego dnia we dwóch z Łasicą udaliśmy się rowerami do Przesieki podziwiać wodospady 500m od naszego poprzedniego noclegu, następnie pojechaliśmy na przełęcz Karkonoską – 1182 mnp – a startowaliśmy poniżej 600 – podjazd z maratonu stanowił może 1/3 tego na przełęcz – i to tę najłatwiejsza. Nie dałem rady – brakło mi mocy albo jeszcze jednego przełożenia. Na szczęście odpocząć można było przy jagodach. Z przełęczy pojechaliśmy na około doliny do miasta jakiś Młyn :). Najpierw postraszyło deszczem, potem chmury zakryły całą dolinę by na koniec ją na moment odsłonić.
Trasa wiodła w dół po wielkich głazach gdzie trzeba było prowadzić rower, potem szutrem. Rewelacyjne widoki zza chmur, świetna trasa. Z powrotem na przełęcz kolejne 600 przewyższenia pokonaliśmy już drogą z mniejszymi nachyleniami więc żółwia włączyłem dopiero na ostatnie 5 min z 45 minutowego podjazdu. Na przełęczy chwila oddechu i ostrożny zjazd asfaltem z nierównościami i głębszymi pułapkami do Przesieki i potem ścieżką ER-2 do Jagniątkowa. Tam spotkaliśmy chłopaków jadących do Czech wiec był jeszcze czas by podjechać parę km by zobaczyć świetny tunel nad drogą do Szklarskiej.
czwartek, 1 września 2005
Kraków - Punkt siedzenia a punkt widzenia
Pogoda zapowiadała się świetna. Popedałowałem niecałe 5 km na Błonia, tam dosmarowałem i dopompowałem rower i razem z innymi członkami zespołu ustawiłem się na starcie. W ostatnich sekundach dostawił się Palec z Mariuszem i dosłownie tuż potem ruszyliśmy. Trawa nie jest tym co uwielbiam – czułem jakby rower stał w miejscu i oczywiście zostałem z tyłu. Na asfalcie podjeżdżając po pewnym czasie ujrzałem sylwetce Crensha, która przybliżała się z każdą minutą. Jak byłem 10 metrów za nim – zaczęły się terenowe zjazdy i tyle go widziałem. Pierwszy bufet tak jakoś nagle się pojawił – za szybko. Bidon w połowie pełny, pije nie uzupełniając go. Dalej cały czas coś nie tak – 30 km się zbliża a ja jeszcze nie szedłem. O ile potem w terenie zjazdy i śliskie podjazdy były jeszcze zbyt wymagające – to wzniesienia jako takie były już nijakie;) Dwa tygodnie ostrzejszej jazdy zrobiło swoje.
Z nowinek technicznych – pulsometr zapomniałem przełączać i straciłem 200 min średniego tętna – z pozostałych 55 min środka i końcówki wyszła średnia 168. Patrząc na wskazania, powyżej 175 to była norma raczej z całego dystansu. Teraz trzeba więc popracować by jedno bicie dawało więcej poweru. Geogre Podwójny Bush ma 47 spoczynkowe tętno jak przeczytałem wracając z Krakowa – a ma prawie 2x więcej lat. Czas zakasać rękawy, tfu, spodnie. SPD – nie było tragicznie. Nie wypiąłem się 2x – raz tworząc przekomiczną figurę wypiętą lewą nogą wspierając się z ... prawej strony roweru – osiągnąłem stabilność doskonałą i układ ten mogła zmienić tylko obca siła życzliwie przytrzymując rower. No i 2x zrezygnowałem ze zjazdu mając przed oczami wizje nie wypięcia się przy upadku. Bez unii z rowerem pojechałbym.
Tak jak w Olsztynku, od 30 km zacząłem się mijać z bikerką. Ja byłem lepszy na podjazdach i zjazdach asfaltowych – ona nadrabiała na zjazdach w terenie. Nasza grupka była trochę liczniejsza, ale kojarzę jeszcze tylko gościa na fullu w ochraniaczach który podczas zjazdów dziwnie majtał nogami jakby była to oceniana artystycznie konkurencja. A może po prostu chciał dać nam do zrozumienia ze te zjazdy to banał. A wracając do mojej rowerzystki, już zacząłem zbierać siły na finisz by przynajmniej jednej babie nie dać się wyprzedzić i wyrobić się w 4h, a tu jak coś nie trzaśnie, patrzę w dół a tam coś srebrnego rozpirzga się we wszystkie strony, rowerem zarzuciło i leżę. Jeszcze tylko ktoś mnie wyminął muskając nogą kask i kurz opadł ...
Wstaję, kask cały, siodełko całe tylko mocowania nie ma. Trudno, będę szedł, to tylko 10 km. Po minucie-dwu ochłonąłem trochę – przecież mogę jechać! Obniżam sztycę, siodełko za pomocą sakwy przypinam do kierownicy i jadę. Na płaskim da się wytrzymać, po górę stwierdzam że nie będę się zarzynał i idę, ale o ironio najgorsze są zjazdy – zwłaszcza te terenowe. Na asfalcie można jechać raz na jednej raz na drugiej nodze, w terenie jednak zaczęły łydki sygnalizować że niedługo odmówią posłuszeństwa i zaskurczują. Ale jakoś daję radę, mimo że znaki odległościowe mówią ze Orgowie 3 km dodali do tych obiecanych 65 – nic to, jadę.
W międzyczasie mija mnie motocykl spychając maruderów na prawo – jednemu się to nie spodobało i wyraził zdziwienie co na maratonie rowerowym robi motocykl. Został uświadomiony że zaraz będzie zdublowany i chyba głupio mu się zrobiło bo zamilkł. Niestety, więcej dublerów, zwłaszcza Bieniasza nie przyczaiłem – mimo że punkt widzenia miałem wyżej, to obserwacja innych nie była wtedy najlepszym pomysłem. Na szczęście kilka km przed metą stała Kasia której z ulgą oddałem siodełko, odmówiłem demonstracji jazdy bez i poszedłem dalej pod górkę. Na metę jak zwykle wpadłem z dużą prędkością – stojąc przełożenie jest większe, ale nogi wtedy jakoś same się kręcą zawsze.
Tam okazało się że trochę krwawię z łokcia który zdążył też troszeczkę spuchnąć, odkręcił się też jeden kolec z buta, no ale inni mieli gorzej. Nabrałem właściwego dystansu do sprawy i odebrałem kaucję przeznaczając ją od razu na wpisowe do Przesieki :)
A "moja" bikerka dała radę – 3 min przed limitem czterech godzin wjechała na metę...
Z nowinek technicznych – pulsometr zapomniałem przełączać i straciłem 200 min średniego tętna – z pozostałych 55 min środka i końcówki wyszła średnia 168. Patrząc na wskazania, powyżej 175 to była norma raczej z całego dystansu. Teraz trzeba więc popracować by jedno bicie dawało więcej poweru. Geogre Podwójny Bush ma 47 spoczynkowe tętno jak przeczytałem wracając z Krakowa – a ma prawie 2x więcej lat. Czas zakasać rękawy, tfu, spodnie. SPD – nie było tragicznie. Nie wypiąłem się 2x – raz tworząc przekomiczną figurę wypiętą lewą nogą wspierając się z ... prawej strony roweru – osiągnąłem stabilność doskonałą i układ ten mogła zmienić tylko obca siła życzliwie przytrzymując rower. No i 2x zrezygnowałem ze zjazdu mając przed oczami wizje nie wypięcia się przy upadku. Bez unii z rowerem pojechałbym.
Tak jak w Olsztynku, od 30 km zacząłem się mijać z bikerką. Ja byłem lepszy na podjazdach i zjazdach asfaltowych – ona nadrabiała na zjazdach w terenie. Nasza grupka była trochę liczniejsza, ale kojarzę jeszcze tylko gościa na fullu w ochraniaczach który podczas zjazdów dziwnie majtał nogami jakby była to oceniana artystycznie konkurencja. A może po prostu chciał dać nam do zrozumienia ze te zjazdy to banał. A wracając do mojej rowerzystki, już zacząłem zbierać siły na finisz by przynajmniej jednej babie nie dać się wyprzedzić i wyrobić się w 4h, a tu jak coś nie trzaśnie, patrzę w dół a tam coś srebrnego rozpirzga się we wszystkie strony, rowerem zarzuciło i leżę. Jeszcze tylko ktoś mnie wyminął muskając nogą kask i kurz opadł ...
Wstaję, kask cały, siodełko całe tylko mocowania nie ma. Trudno, będę szedł, to tylko 10 km. Po minucie-dwu ochłonąłem trochę – przecież mogę jechać! Obniżam sztycę, siodełko za pomocą sakwy przypinam do kierownicy i jadę. Na płaskim da się wytrzymać, po górę stwierdzam że nie będę się zarzynał i idę, ale o ironio najgorsze są zjazdy – zwłaszcza te terenowe. Na asfalcie można jechać raz na jednej raz na drugiej nodze, w terenie jednak zaczęły łydki sygnalizować że niedługo odmówią posłuszeństwa i zaskurczują. Ale jakoś daję radę, mimo że znaki odległościowe mówią ze Orgowie 3 km dodali do tych obiecanych 65 – nic to, jadę.
W międzyczasie mija mnie motocykl spychając maruderów na prawo – jednemu się to nie spodobało i wyraził zdziwienie co na maratonie rowerowym robi motocykl. Został uświadomiony że zaraz będzie zdublowany i chyba głupio mu się zrobiło bo zamilkł. Niestety, więcej dublerów, zwłaszcza Bieniasza nie przyczaiłem – mimo że punkt widzenia miałem wyżej, to obserwacja innych nie była wtedy najlepszym pomysłem. Na szczęście kilka km przed metą stała Kasia której z ulgą oddałem siodełko, odmówiłem demonstracji jazdy bez i poszedłem dalej pod górkę. Na metę jak zwykle wpadłem z dużą prędkością – stojąc przełożenie jest większe, ale nogi wtedy jakoś same się kręcą zawsze.
Tam okazało się że trochę krwawię z łokcia który zdążył też troszeczkę spuchnąć, odkręcił się też jeden kolec z buta, no ale inni mieli gorzej. Nabrałem właściwego dystansu do sprawy i odebrałem kaucję przeznaczając ją od razu na wpisowe do Przesieki :)
A "moja" bikerka dała radę – 3 min przed limitem czterech godzin wjechała na metę...
niedziela, 7 sierpnia 2005
Danielki - Boso, ale w ostrogach
Wyjechaliśmy ok 15, po drodze lało, jak nie wypadek to remont i korek za korkiem. W Szydłowcu nawet omijaliśmy go jakimś lasami - dobre 10 min zyskując, drugie tyle straciliśmy zanim zdecydowaliśmy sie na objazd. W Kielcach małe „machniom” - jeden rower „out”, jakiś posiłek - i zeszło ponad godzinę. Na szczęście przestało padać i korki się skończyły - niestety na 22 nie zdążyliśmy :(
Niedługo po nas zjawił się Crensh i Paleciak - jechali katowicką i mimo ze wyjechali 2-3 h później to nie mieli deszczu i korków. Na miejscu prawie godzinę szukanie lokum - w końcu babcia odbiera telefon i wysyła posłańca - ten zaś prowadzi w jakieś zakamarki Raby. Pod górę oczywiście - aż z przejęcia nieźle sprzęgło przyjarałem :).
Ranek przywitał nas słonecznie - chciałem się wyspać wiec jako odstani wstajemy. Stwierdzam że na słońce najlepsze będą sandały – niestety nie sprawdziłem pogody jaka była przez ostatni tydzień ...
Roweru już nasmarować nie zdążyłem, a kumple nie zaczekali z wyjazdem na mnie myśląc ze ich dogonię bo już na rower wsiadałem – a tu drobnostka - nosek spadł. Dokręcam szybko i gonie na start. Tam smaruje rower, moja "ekipa techniczna" dociera dopiero 5 min przed startem więc w ostatniej chwili dopijam Powerade z żelkiem i węgielkiem i ruszamy.
Czoło wyścigu było już daleko kiedy przekroczyliśmy start – najpierw Crenshowi coś rower zaczął stukać – Mit był z nim a że mogłem pomóc jedynie łyżkami do zmiany opony to pojechałem dalej. Ładny asfalt szybko przeszedł w bruk, a zerkając w tył za Crenshem zobaczyłem wykrzyknik. Pięknie – trasa będzie tędy wracać ma moje cienkie opony przejdą drogę krzyżową. No, ale dopiero za 40 km – więc pedałuje dalej, wyprzedzam Stolicę, potem Mit mnie i szybko znika z przodu. W międzyczasie rzucił klątwę na noski – że się urywają i dlatego nań nie jeździ – no i na 10 km nosek spadł. Na nieszczęście prawy, z nogi którą startuje. I od tej pory każdy miał polewkę obserwując jak chce ruszyć na rowerze próbując podciągnąć pedał na nieistniejącym nosku :(
Druga zagwozdka – tu jest mokro. Nawet bardziej niż mokro. Ale sandały wytrzymały i nie były nawet takie najgorsze – szybko noga schła i nie miałem oporów podczas wędrówki po rzekach. A te były dwie. Pierwsza, w poprzek, gdzie ktoś złośliwie zamknął mostek. Zobaczyłem Kasie robiącą zdjęcia i postanowiłem dać piękne ujęcia – szybka decyzja – o, ktoś się wywalił do wody – taranujemy! Szczęśliwie staranowanemu niewiele się stało - ja jednak ucierpiałem bardziej – moje przednie koło tak zakleszczyło się na jego pedale, że trzeba je było zdjąć. Co najgorsze, okazało się że potem Crensh miał jeszcze lepszy pomysł na super ujęcie i tą rywalizacje przegrałem z kretesem :(
Druga rzeka była już... wzdłuż, przez kilka km. Kilkanaście cm tylko wody, ale wystarczyło by nie było widać na dnie kamieni. I tu dowiedziałem się czemu większość zawodników godzinami debatuje jaka oponę wybrać. Moja się nie nadawała do takiego zjazdu. Nawet z zejściem miałem problem – na szczęście tu akurat sandały zdały świetnie egzamin. Całe szczęście że nowe siodełko pozwalało przyjąć lepszą pozycję podczas zjazdów i sam siebie zaskakiwałem gdzie mogłem zjechać. Reszta by się uśmiała, no ale oni mają 2x szersze opony i amor wybierający 2x więcej.
Pierwszy bufet to tylko kilka sekund – wypijam dwa kubki i nawet nie napełniam bidonu – odrabiam straty z taranowania. Koło na szczęście bije leciutko, ale z duszą na ramieniu czy wszystkie szprychy całe – jedziemy czy też często idziemy dalej. Po 35 km zaczynam czuć w kościach zmęczenie, i o dziwo zaczyna mnie boleć ... drugie kolano. Na szczęście niedługo potem widzę z daleka swojego psa przy żółtym pagórku – na odgłos paszczą pagórek staje się małżonką z aparatem – znów mnie nie doceniła i myślała że będę później ;) Kilka fotek udało się jej jednak zrobić, i z nową motywacją zegnany narzekaniem psa który za Chiny nie mógł zrozumieć czemu tym razem nie może za mną pobiec – pojechałem na drogę krzyżową, tfu, brukową. Dbając o całość szprych starałem się nie przekroczyć 20 km/h, a mimo to dostałem nieźle w kość. Najbardziej dołujące były fulle mknące kilkadziesiąt km/h, no ale po nieskończenie wielu sekundach nadszedł asfalt, a tam skończyła mi się zębatka – więc odpoczywałem jadąc 70 km/h, aż jakiś sadysta stwierdził że wystarczy i skierował .. na kamienie luzem. Na szczęście nie było tego dużo, i nie przejmując się już taką drobnostką jak schody, chyłkiem dotarłem na metę. I ktoś się dziwi że w W-wie ścieżki rowerowe prowadzą po schodach?
Na sam koniec Grzesiek zaprezentował mi swój firmowy manewr na nowym rowerze czyli pad na prawy bok w krzaki w SPD, by było efektowniej – mając w kieszeni jogurt, jak się okazało – fioletowy ;) A na drugi dzień cała ekipa lamersko postanowiła wracać od razu do W-wy, nie korzystając z uroku gór. A te z pieszej perspektywy były już dużo o bardziej przyjazne.
Niedługo po nas zjawił się Crensh i Paleciak - jechali katowicką i mimo ze wyjechali 2-3 h później to nie mieli deszczu i korków. Na miejscu prawie godzinę szukanie lokum - w końcu babcia odbiera telefon i wysyła posłańca - ten zaś prowadzi w jakieś zakamarki Raby. Pod górę oczywiście - aż z przejęcia nieźle sprzęgło przyjarałem :).
Ranek przywitał nas słonecznie - chciałem się wyspać wiec jako odstani wstajemy. Stwierdzam że na słońce najlepsze będą sandały – niestety nie sprawdziłem pogody jaka była przez ostatni tydzień ...
Roweru już nasmarować nie zdążyłem, a kumple nie zaczekali z wyjazdem na mnie myśląc ze ich dogonię bo już na rower wsiadałem – a tu drobnostka - nosek spadł. Dokręcam szybko i gonie na start. Tam smaruje rower, moja "ekipa techniczna" dociera dopiero 5 min przed startem więc w ostatniej chwili dopijam Powerade z żelkiem i węgielkiem i ruszamy.
Czoło wyścigu było już daleko kiedy przekroczyliśmy start – najpierw Crenshowi coś rower zaczął stukać – Mit był z nim a że mogłem pomóc jedynie łyżkami do zmiany opony to pojechałem dalej. Ładny asfalt szybko przeszedł w bruk, a zerkając w tył za Crenshem zobaczyłem wykrzyknik. Pięknie – trasa będzie tędy wracać ma moje cienkie opony przejdą drogę krzyżową. No, ale dopiero za 40 km – więc pedałuje dalej, wyprzedzam Stolicę, potem Mit mnie i szybko znika z przodu. W międzyczasie rzucił klątwę na noski – że się urywają i dlatego nań nie jeździ – no i na 10 km nosek spadł. Na nieszczęście prawy, z nogi którą startuje. I od tej pory każdy miał polewkę obserwując jak chce ruszyć na rowerze próbując podciągnąć pedał na nieistniejącym nosku :(
Druga zagwozdka – tu jest mokro. Nawet bardziej niż mokro. Ale sandały wytrzymały i nie były nawet takie najgorsze – szybko noga schła i nie miałem oporów podczas wędrówki po rzekach. A te były dwie. Pierwsza, w poprzek, gdzie ktoś złośliwie zamknął mostek. Zobaczyłem Kasie robiącą zdjęcia i postanowiłem dać piękne ujęcia – szybka decyzja – o, ktoś się wywalił do wody – taranujemy! Szczęśliwie staranowanemu niewiele się stało - ja jednak ucierpiałem bardziej – moje przednie koło tak zakleszczyło się na jego pedale, że trzeba je było zdjąć. Co najgorsze, okazało się że potem Crensh miał jeszcze lepszy pomysł na super ujęcie i tą rywalizacje przegrałem z kretesem :(
Druga rzeka była już... wzdłuż, przez kilka km. Kilkanaście cm tylko wody, ale wystarczyło by nie było widać na dnie kamieni. I tu dowiedziałem się czemu większość zawodników godzinami debatuje jaka oponę wybrać. Moja się nie nadawała do takiego zjazdu. Nawet z zejściem miałem problem – na szczęście tu akurat sandały zdały świetnie egzamin. Całe szczęście że nowe siodełko pozwalało przyjąć lepszą pozycję podczas zjazdów i sam siebie zaskakiwałem gdzie mogłem zjechać. Reszta by się uśmiała, no ale oni mają 2x szersze opony i amor wybierający 2x więcej.
Pierwszy bufet to tylko kilka sekund – wypijam dwa kubki i nawet nie napełniam bidonu – odrabiam straty z taranowania. Koło na szczęście bije leciutko, ale z duszą na ramieniu czy wszystkie szprychy całe – jedziemy czy też często idziemy dalej. Po 35 km zaczynam czuć w kościach zmęczenie, i o dziwo zaczyna mnie boleć ... drugie kolano. Na szczęście niedługo potem widzę z daleka swojego psa przy żółtym pagórku – na odgłos paszczą pagórek staje się małżonką z aparatem – znów mnie nie doceniła i myślała że będę później ;) Kilka fotek udało się jej jednak zrobić, i z nową motywacją zegnany narzekaniem psa który za Chiny nie mógł zrozumieć czemu tym razem nie może za mną pobiec – pojechałem na drogę krzyżową, tfu, brukową. Dbając o całość szprych starałem się nie przekroczyć 20 km/h, a mimo to dostałem nieźle w kość. Najbardziej dołujące były fulle mknące kilkadziesiąt km/h, no ale po nieskończenie wielu sekundach nadszedł asfalt, a tam skończyła mi się zębatka – więc odpoczywałem jadąc 70 km/h, aż jakiś sadysta stwierdził że wystarczy i skierował .. na kamienie luzem. Na szczęście nie było tego dużo, i nie przejmując się już taką drobnostką jak schody, chyłkiem dotarłem na metę. I ktoś się dziwi że w W-wie ścieżki rowerowe prowadzą po schodach?
Na sam koniec Grzesiek zaprezentował mi swój firmowy manewr na nowym rowerze czyli pad na prawy bok w krzaki w SPD, by było efektowniej – mając w kieszeni jogurt, jak się okazało – fioletowy ;) A na drugi dzień cała ekipa lamersko postanowiła wracać od razu do W-wy, nie korzystając z uroku gór. A te z pieszej perspektywy były już dużo o bardziej przyjazne.
czwartek, 28 lipca 2005
Olsztynek - Czasoprzestrzeń czyli odmienne stany świadomości
Tym razem jechaliśmy tego samego dnia na maraton. Ma to jedną zaletę – można się nieźle muzyką podkręcić. Na miejscu byliśmy przed dziesiątą, i w komfortowych warunkach dołączyliśmy do połowy ekipy. Drugą połowę spotkaliśmy na starcie. Tam kilkanaście fotek, profilaktyczny węgiel przed startem – okazało się ze ustawiliśmy się w środku stawki. Niestety w dwu grupach – część osób postanowiła o dwa metry mieć przewagę ustawienia ;)
Osiem lat jeździłem na rowerze, zrobiło się tego kilkanaście tysięcy km – i zawsze, powtarzam zawsze widziałem jaką mam prędkość i ile km przejechałem. Poczułem się więc trochę nieswojo, jak po starcie spoglądam na licznik i widzę zero. Testuje hamulce stając w miejscu i patrzę – magnes OK, niestety ale kabel licznika przerwany. Próbuję go skręcić – 2 min stracone. Trudno – zaczynam kalkulacje – przestrzeń zamieniam w czas – do bufetu 25 km, czyli myślę sobie jakoś ok. 12:20 będę na miejscu. Ustawiam licznik na jedyny sensowny wskaźnik czyli godzinę i okazuje się że za mną już prawie nikt nie jedzie. Na szczęście było szeroko i bez problemów można było wyprzedzać. Plan na dziś – dojechać i nie dać nowicjuszom powodów do satysfakcji.
Po kilku minutach doganiam Roberta – znaczy się nie jest źle. Trochę później mijam przed pierwszym podjazdem który trzeba przejść Marcina – prowadzenie roweru pod górę idzie mi lepiej niż podjazd. Około dwunastej dojeżdżam do Kasi, która była chyba zdziwiona ze ktoś z zespołu był za nią. Powiedziałem że jeszcze dwóch za nami jedzie, spytałem się który km i pojechałem dalej. Niedługo potem na bufecie uzupełniłem płyny – w przeciwieństwie do Istebnej, gdzie kazano mi samemu odkręcać i nalewać – tu miła pani zrobiła to sama w czasie który potrzebowałem na osuszenie 2 kubków Powerade. No ale ona była tam społecznie, jak powiedziała.
Po bufecie o mało co nie wpadłem na jakiegoś idiotę w Toyocie co zakopała się w błocie. Pryskała błotem z pod kół a wokół kręciło się kilku amatorów błotnych prysznicy, próbując wypchnąć nieboraka. Tam spotkałem Krystiana, który postanowił znaleźć świetne usprawiedliwienie faktu ze go wyprzedzam ;) Ja postanowiłem jednak pozwolić swym kolanom decydować czy i kiedy przerwa będzie potrzebna. Te jednak trzymały się dzielnie, i po dwu godzinach jazdy to nie one wymiękły, ale ja straciłem moc. Piasek lepił się do kół, które osiągnęły szerokość opon górali, i nawet z góry nie miałem siły jechać :(
I wtedy nadciągnął mini-peleton. Dwu kolarzy w koszulce Wsół ciągnęło kogoś, a na podczepce jechało kolejnych 3-4 zawodników – to dołączyłem i ja. Droga była twarda, czasem asfalt to stwierdziłem że nie będzie 26” pluł błotem memu krossowi w twarz. Piętnaście minut trzymałem tempo, potem na gorszej drodze stwierdziłem że nie dam rady. Podobnie stwierdziła dziewczyna z numerem 2704 i przez następne pół godziny ją goniłem – a to wszystko w żółwim tempem jak na wyścig rowerowy. Tylko myśl żeby nie być gorszym od dziewczyny trzymał mnie przy życiu. Inni chyba byli równie zmęczeni bo mało kto nas minął.
Na drugim bufecie dopadł mnie koleś ze Stolicy – trochę się wcześniej wymijaliśmy – on się pyta jak mi się jedzie. Daje radę – skłamałem i pojechałem – na szczęście on jeszcze na bufecie został bo przekonałby się że na prostej pod wiatr asfaltem można jechać na najmniejszym przełożeniu z przodu i trzecim z tyłu. Mając licznik to może 13-14 km/h by było. Żenada, ale wiedziałem że z bufetu tylko 11 km do mety – przeliczyłem to na 35 minut i wyszło ze dokładnie o drugiej powinienem być na mecie.
Nagle okazało się ze czas jest względny. Pół godziny do mety. Kręcę z dziesięć minut, patrzę – 25 minut do mety. Czas stanął w miejscu. Minuty płynęły jak godziny, a ja byłem tak słaby że już na najmniejszym podjeździe redukowałem strasznie przełożenia. 10 minut przed końcem stwierdziłem że tak dalej być nie może, i zacząłem jechać tempem które normalnie określam jako rekreacyjne. Czyli znacznie przyspieszyłem ;) Wyminąłem koleżankę 2704 (jak się okazało, Agata z Piaseczna) i potem już było z górki – nawet dosłownie. Pod koniec adrenalina pozwoliła nawet wrzucić środkową tarczę z przodu. Ostatnie kilkaset metrów rozpędziłem się tak że jadąc z taką prędkością byłbym na podium. I tak efekciarsko wjechałem na metę ... 45 sekund po czternastej. Niestety nie dałem rady zmieścić się 3 godzinach :(
Osiem lat jeździłem na rowerze, zrobiło się tego kilkanaście tysięcy km – i zawsze, powtarzam zawsze widziałem jaką mam prędkość i ile km przejechałem. Poczułem się więc trochę nieswojo, jak po starcie spoglądam na licznik i widzę zero. Testuje hamulce stając w miejscu i patrzę – magnes OK, niestety ale kabel licznika przerwany. Próbuję go skręcić – 2 min stracone. Trudno – zaczynam kalkulacje – przestrzeń zamieniam w czas – do bufetu 25 km, czyli myślę sobie jakoś ok. 12:20 będę na miejscu. Ustawiam licznik na jedyny sensowny wskaźnik czyli godzinę i okazuje się że za mną już prawie nikt nie jedzie. Na szczęście było szeroko i bez problemów można było wyprzedzać. Plan na dziś – dojechać i nie dać nowicjuszom powodów do satysfakcji.
Po kilku minutach doganiam Roberta – znaczy się nie jest źle. Trochę później mijam przed pierwszym podjazdem który trzeba przejść Marcina – prowadzenie roweru pod górę idzie mi lepiej niż podjazd. Około dwunastej dojeżdżam do Kasi, która była chyba zdziwiona ze ktoś z zespołu był za nią. Powiedziałem że jeszcze dwóch za nami jedzie, spytałem się który km i pojechałem dalej. Niedługo potem na bufecie uzupełniłem płyny – w przeciwieństwie do Istebnej, gdzie kazano mi samemu odkręcać i nalewać – tu miła pani zrobiła to sama w czasie który potrzebowałem na osuszenie 2 kubków Powerade. No ale ona była tam społecznie, jak powiedziała.
Po bufecie o mało co nie wpadłem na jakiegoś idiotę w Toyocie co zakopała się w błocie. Pryskała błotem z pod kół a wokół kręciło się kilku amatorów błotnych prysznicy, próbując wypchnąć nieboraka. Tam spotkałem Krystiana, który postanowił znaleźć świetne usprawiedliwienie faktu ze go wyprzedzam ;) Ja postanowiłem jednak pozwolić swym kolanom decydować czy i kiedy przerwa będzie potrzebna. Te jednak trzymały się dzielnie, i po dwu godzinach jazdy to nie one wymiękły, ale ja straciłem moc. Piasek lepił się do kół, które osiągnęły szerokość opon górali, i nawet z góry nie miałem siły jechać :(
I wtedy nadciągnął mini-peleton. Dwu kolarzy w koszulce Wsół ciągnęło kogoś, a na podczepce jechało kolejnych 3-4 zawodników – to dołączyłem i ja. Droga była twarda, czasem asfalt to stwierdziłem że nie będzie 26” pluł błotem memu krossowi w twarz. Piętnaście minut trzymałem tempo, potem na gorszej drodze stwierdziłem że nie dam rady. Podobnie stwierdziła dziewczyna z numerem 2704 i przez następne pół godziny ją goniłem – a to wszystko w żółwim tempem jak na wyścig rowerowy. Tylko myśl żeby nie być gorszym od dziewczyny trzymał mnie przy życiu. Inni chyba byli równie zmęczeni bo mało kto nas minął.
Na drugim bufecie dopadł mnie koleś ze Stolicy – trochę się wcześniej wymijaliśmy – on się pyta jak mi się jedzie. Daje radę – skłamałem i pojechałem – na szczęście on jeszcze na bufecie został bo przekonałby się że na prostej pod wiatr asfaltem można jechać na najmniejszym przełożeniu z przodu i trzecim z tyłu. Mając licznik to może 13-14 km/h by było. Żenada, ale wiedziałem że z bufetu tylko 11 km do mety – przeliczyłem to na 35 minut i wyszło ze dokładnie o drugiej powinienem być na mecie.
Nagle okazało się ze czas jest względny. Pół godziny do mety. Kręcę z dziesięć minut, patrzę – 25 minut do mety. Czas stanął w miejscu. Minuty płynęły jak godziny, a ja byłem tak słaby że już na najmniejszym podjeździe redukowałem strasznie przełożenia. 10 minut przed końcem stwierdziłem że tak dalej być nie może, i zacząłem jechać tempem które normalnie określam jako rekreacyjne. Czyli znacznie przyspieszyłem ;) Wyminąłem koleżankę 2704 (jak się okazało, Agata z Piaseczna) i potem już było z górki – nawet dosłownie. Pod koniec adrenalina pozwoliła nawet wrzucić środkową tarczę z przodu. Ostatnie kilkaset metrów rozpędziłem się tak że jadąc z taką prędkością byłbym na podium. I tak efekciarsko wjechałem na metę ... 45 sekund po czternastej. Niestety nie dałem rady zmieścić się 3 godzinach :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)