Wydanie - ładne pudełko, ale w środku zmieściłoby się ... co najmniej 5 kompletów gry więcej :) Innymi słowy potrzebne jest małe pudełeczko do transportu, bazowe może czekać na dodatki których powstanie jest więcej niż pewne. Żetony - to najsłabszy punkt 51st, dużo drobnych żetonów, a mimo to dalej za mało - ale te temat - rzeka został już wyjaśniony, dodatkowe żetony będą. Karty - piękne grafiki, mnóstwo symboli, ale można się z nimi oswoić szybko. Do mnie trafiły szybciej niż w RftG.
Klimat - niestety nie przepadam za "przyszłościowymi" tematami, ale potrafię ocenić że gra pod tym względem jest zrobiona wzorowo. Trochę niestety rażą mnie jednak nazwy jak Gangersi czy Mutki na kartach - może kiedyś Trzewik sprzeda licencję czy sam na tym silniku zrobi gre fantasy, to będę wniebowzięty :)
Instrukcja - mogłoby być gorzej, ale mogłoby być dużo lepiej. Raczej nie przeszła etapu "nieznający gry czyta i próbuje grać". Po próbie zapoznawczej partii - gdzie gra pokonała nas po pierwszej rundzie (tłumaczył zasady właściciel) i po 2-krotnej lekturze byłem przekonany że zagramy bez problemu. Efekt - błędna partia, w kolejnej, już prawidłowej kilkanaście min analizy tekstu na szczęście poprawnej. Zbyt mało przykładów, niepotrzebne próby opisywania mechaniki - klasycznym przykładem jest akcja zamiany lidera. Tu zamiast definitywnego za pistolet wymieniasz 1 lidera na 2 i kładziesz 2 PZ na bazie zbyt zagmatwane tłumaczenie że akcja zamiany daje 1 PZ a 1 PZ jest za już wyłożoną kartę.
Bardzo mylące są też otwarte lokacje - brakuje prostego zdania "Właściciel może korzystać tylko z swoich akcji, do swoich fabryk nie może wysyłać ludzi - one są tylko do innych graczy". Dla mnie właśnie te ikonki ludzików na kartach akcji i fabryk były najbardziej nieoczywiste i nie raz próbowałem wysłać człowieka do własnej fabryki :( Inną nieoczywistą rzeczą jest próba sumowania punktów co rundę na planszy. Tak - mając po pierwszej rundzie 2 pkt, a po drugiej 4 pkt, w komplecie chcieliśmy na torze zaznaczyć 6 pkt. Też brak jasnego postawienia sprawy :)
Mechanika To największa siła gry. Bardzo elegancka, bardzo ładnie wpisana w klimat, oparta na świetnym pomyśle. Szkoda tylko że gra nie jest dopracowana pod tym względem i musimy niepotrzebnie pamiętać kilka rzeczy. Pierwsza - brakuje mi oznaczenia darmowej akcji przebudowy - mamy 3 karty do oznaczenia podstawowych akcji, mnóstwo żetonów do oznaczenia dodatkowych, a o fakcie czy wykonaliśmy darmową przebudowę czy nie musimy pamiętać. Po prostu brakuje 4 karty akcji, takiej samej dla 4 frakcji - za 1 cegłę akcja przebudowy. Pewnie większość graczy powie że się czepiam, ale wspomniana elegancja powinna zobowiązywać ;) Trzy podstawowe karty kontaktu każdej strony można by np. zastąpić jedną. Tę podzieliłbym na 4 części - Podboju, Współpracy, Przyłączania i, nowość, Przebudowy. Aktualnie 3 różne karty niepotrzebnie tylko zajmują aż tyle miejsca na stole, a o przebudowie trzeba pamiętać.
Drugą sprawą są limity żetonów PZ na kartach. Niby to banał - na kartach lokacji 3, na liderach 5, na bazie bez ograniczeń - no to dlaczego ten banał nie przenieść na karty? Choćby na zasadzie oznaczeni rodzajów kart w lewym górnym rogu ilustracji - w prawym górnym dałbym 3 lub 5 symboli żetonów PZ. Grafik poradziłby sobie z tym bez trudu (koniczynka, stosik, prawie jak na 6 stronie instrukcji). No i jak łatwo to byłoby sprzedać w instrukcji :)
Trzecia sprawa - brak podpowiedzi dla graczy - karty z wymienieniem (nawet nie opisem) dostępnych akcji. To już spora bariera wejścia początkującego gracza w grę, niedostrzegalna dla graczy mających naście gier za sobą. Zaś na drugiej stronie opis przebiegi draftu - to zostało zrobione tak nieintuicyjnie, jak tylko można było. Zamiast sprawdzonego mechanizmu odwrotnej kolejności doboru drugich kart potworek kolejności dobierania i dociągania kolejnych kart ...
Przebieg rozgrywki - tutaj wydaje się że opcji jest multum. 4 różne frakcje, 3 sposoby zagrania każdej karty (a nawet 4 dla appalahów :)) i ... niestety mamy pasjans. Dlaczego niestety - bo ta mnogość po 5 partiach zaczęła się za mnie układać w jedyny optymalny układ do zagrania. Czy to w 5 czy 30 sekund wyznaczany - ale jedyny optymalny. Karty nie dawały mi wyboru. Sytuację ratuje trochę draft - 2 karty wybieramy, 1 losujemy - świetny pomysł, szkoda że wykonanie przekombinowane :(
Siłę dostępnych możliwości wydaje się że mam już wyrobioną - najważniejsze są dodatkowe karty, potem dodatkowe akcje zwłaszcza przyłączania i przebudowy, lokacje fabryczne i dające PZ-ty. Darmową, zbyt dużą wg mnie dopałką są liderzy - jeśli ułożą się nierównomiernie, gracz który dostanie ich więcej ma łatwiej. Argument że zamiast tego mogłaby to być inna, dająca równie wiele karta mnie nie przekonuje, bo równie dobrze mogłaby być to inna, niewiele dająca karta :)
Podsumowanie Czy mimo to 51st jest złą grą? Absolutnie nie. Jest jak narkotyk - krótka, stosunkowo łatwa w optymalizacji ręka pozwala na wysiłek intelektualny nie za duży, ale i nie za mały, który od razu ma przełożenie w wyniku. Jeśli jest dobry, można mieć sporą satysfakcję, jeśli zły to zawsze jest wina losu i złych kart ;)
Aktualnie bardzo ciekawi mnie czy powyższe wnioski są prawidłowe, i czy opisane przeze mnie zjawisko jest jak Dominionowy syndrom taktyki tylko na kasę która wykańcza wszystkich naiwnych próbujących kombinować inaczej ;) Gra niestety nie jest dopracowana, ma sztucznie zawyżony próg wejścia dla początkujących, i całe szczęście, bo działa jak narkotyk i po skończonej partii chcemy od razu zacząć kolejną :) W Dominionie kolejne dodatki zwiększyły interaktywność i zniwelowały taktykę samo złoto. Tak więc przed 51st perspektywy świetlane :)
Proponowane zmiany Poza wspominanymi korektami technicznymi, jedna, wzmiankowana nie tylko przeze mnie sprawa nie daje mi spokoju - liderzy. Zagrać ich łatwo, wnoszą zasoby, dają punkty, i co budzi najwięcej kontrowersji, ich wymiana jest dodatkowo punktowana. Cena tej akcji jest zbyt niska - rozważyłbym koszt 2 broni.
Druga sprawa - dałbym możliwość wysłania 3 ludzików po kartę
planszówki, bitewniaki, rekonstrukcje, koszykówka, rowery i wszelkie inne atrakcje tego świata
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą planszówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą planszówki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 1 listopada 2010
wtorek, 8 września 2009
Stronghold, czyli Kronikarz baja, a Eurogracz liczy
Moje pierwsze spotkanie ze Strongholdem to słowo pisane. Trzewik, autor gry, pióro ma lekkie, język sprawny, i cykl artykułów o grze stał się przebojem na skalę międzynarodową. Wśród opisywanych sukcesów i niepowodzeń jeden fakt przykuł moją uwagę – na pewnym etapie gry gracze byli zmuszani rozegrać kilka tur więcej, mimo że wynik był już oczywisty. Zwycięzca mógł się upajać swym tryumfem, pokonany doceniać klasę zwycięzcy – tylko jakoś nikt się tym nie zachwycił. Wprowadzono więc balans punktów zwycięstwa – i żyli długo i szczęśliwie.
Drugie spotkanie ze grą było już namacalne – piękna plansza, mnóstwo opcji, jedna lepsza od drugiej, a wybrać można tak niewiele – to już nie krótka kołderka, to gospodarka totalnego deficytu. Mechanika działa zgrabnie, zasady typu „dużo w tłumaczeniu, szybkie w stosowaniu” , pierwsze wnioski i doświadczenia generują potrzebę zagrana raz jeszcze by je potwierdzić. Po prostu świetna gra, dodatkowo wygrywamy.
OK., to wygrajmy jeszcze bardziej – ale jednak atakujący ciśnie. To „bardziej” jakoś się oddala, choć zwycięstwo niezagrożone. Sprytny plan obrońcy spali się dosłownie w katedrze, brakuje nań jednej klepsydry – trzeba bronić się na murach! Szybkie przeliczenie sił – nie obronimy się. Kolejne szybkie przeliczenie – poza jednym odcinkiem, obronimy się na pewno. To mały wyłom, nie odbierze nam zwycięstwa. Tylko zaraz – a co ten atakujący wykombinuje – jakieś rozkazy położył, może mu się uda zdobyć więcej niż jeden mur?
Niedoczekanie – na jednym odcinku i tak przegramy, trzeba zabrać stamtąd kostki i wzmocnić inne, moja natura eurogracza zoptymalizowała przewagi na odcinkach – wszędzie już bezpieczny zapas. Jest OK, a na jednym i tak się nie mogliśmy utrzymać.
Zaraz zaraz, powiedziała moja natura interesująca się wojskowością – przecież tak nie postąpiłby żaden szanujący się dowódca – odpuszczenie muru to podejrzenie o zdradę, zaprzeczenie sztuce wojskowej! Ale przecież musimy to wygrać, ten docinek musimy poświęcić, powiedział Eurogracz i postawił na swoim.
Niebroniony mur padł, pozostałe się utrzymały – liczymy punkty, wygrywamy 14:10 Sukces, grało się świetnie, chce się grać jeszcze. Ocena 9.5, jak to, tylko 9,5? Przecież wszystko takie naj, powiedział Eurogracz? Gracz - Oficer już nie odpowiedział – król ściął go za zdradę, opuszczenie stanowiska i poddanie twierdzy, czego kronikarze już nie opisali …
Choroba jest znana, więc trzeba ją leczyć, bo ocena gry spadła o 1. Diagnoza – opuszcza się mur atakowany przez wroga najbardziej, ponieważ niezależnie od siły ataku zawsze jest punktowany tak samo. Lekarstwo – uzależnić punkty zwycięstwa od siły, którymi atakujący zdobędzie mury. Eurogracz policzył – zadziała, wystarczy dać odpowiednią wagę. Im silniejszy atak, tym więcej da punktów, więc nie będzie można go bezkarnie odpuścić. Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy przyznały mu rację, ale życia oficerowi to nie wróciło.
Można jednak wrócić honor, który dla wojskowych jest cenniejszy niż życie. Tu jednak potrzeba coś więcej – może zlikwidować skutek, a nie przyczynę – powiedziały Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy, a Eurogracz zaczął od razu liczyć. Rozgrywka była wygrana już 2 tury wcześniej, mimo że atakujący zdobył w nich duże ilości punktów, nie miało to już znaczenia w wyniku. Zaraz zaraz – przecież ten problem miał być już rozwiązany, a rozstrzygnięte gry miały być kończone. A jednak nie, dodatkowo takie ciągnięcie na siłę wygranej partii kosztowało honor i życie Oficera. Życia się już nie wróci,
Eurogracz zaczął więc liczyć by odpracować swoje winy i zwrócić honor oficerowi. Wzór na zakończenie gry okazał się prosty, a Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy po usłyszeniu rozwiązania wykrzyknęły – właśnie mówisz o Honorowej Kapitulacji. Gdybym miał takie wyjście, byłbym bohaterem, nie zdrajcą! Zamiast opuścić stanowisko, poddałbym twierdze na korzystnych warunkach. No i można grać pół godziny krócej, czyli jest szansa na dwie partie jednego wieczoru :) - dodał Eurogracz
Drugie spotkanie ze grą było już namacalne – piękna plansza, mnóstwo opcji, jedna lepsza od drugiej, a wybrać można tak niewiele – to już nie krótka kołderka, to gospodarka totalnego deficytu. Mechanika działa zgrabnie, zasady typu „dużo w tłumaczeniu, szybkie w stosowaniu” , pierwsze wnioski i doświadczenia generują potrzebę zagrana raz jeszcze by je potwierdzić. Po prostu świetna gra, dodatkowo wygrywamy.
OK., to wygrajmy jeszcze bardziej – ale jednak atakujący ciśnie. To „bardziej” jakoś się oddala, choć zwycięstwo niezagrożone. Sprytny plan obrońcy spali się dosłownie w katedrze, brakuje nań jednej klepsydry – trzeba bronić się na murach! Szybkie przeliczenie sił – nie obronimy się. Kolejne szybkie przeliczenie – poza jednym odcinkiem, obronimy się na pewno. To mały wyłom, nie odbierze nam zwycięstwa. Tylko zaraz – a co ten atakujący wykombinuje – jakieś rozkazy położył, może mu się uda zdobyć więcej niż jeden mur?
Niedoczekanie – na jednym odcinku i tak przegramy, trzeba zabrać stamtąd kostki i wzmocnić inne, moja natura eurogracza zoptymalizowała przewagi na odcinkach – wszędzie już bezpieczny zapas. Jest OK, a na jednym i tak się nie mogliśmy utrzymać.
Zaraz zaraz, powiedziała moja natura interesująca się wojskowością – przecież tak nie postąpiłby żaden szanujący się dowódca – odpuszczenie muru to podejrzenie o zdradę, zaprzeczenie sztuce wojskowej! Ale przecież musimy to wygrać, ten docinek musimy poświęcić, powiedział Eurogracz i postawił na swoim.
Niebroniony mur padł, pozostałe się utrzymały – liczymy punkty, wygrywamy 14:10 Sukces, grało się świetnie, chce się grać jeszcze. Ocena 9.5, jak to, tylko 9,5? Przecież wszystko takie naj, powiedział Eurogracz? Gracz - Oficer już nie odpowiedział – król ściął go za zdradę, opuszczenie stanowiska i poddanie twierdzy, czego kronikarze już nie opisali …
Choroba jest znana, więc trzeba ją leczyć, bo ocena gry spadła o 1. Diagnoza – opuszcza się mur atakowany przez wroga najbardziej, ponieważ niezależnie od siły ataku zawsze jest punktowany tak samo. Lekarstwo – uzależnić punkty zwycięstwa od siły, którymi atakujący zdobędzie mury. Eurogracz policzył – zadziała, wystarczy dać odpowiednią wagę. Im silniejszy atak, tym więcej da punktów, więc nie będzie można go bezkarnie odpuścić. Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy przyznały mu rację, ale życia oficerowi to nie wróciło.
Można jednak wrócić honor, który dla wojskowych jest cenniejszy niż życie. Tu jednak potrzeba coś więcej – może zlikwidować skutek, a nie przyczynę – powiedziały Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy, a Eurogracz zaczął od razu liczyć. Rozgrywka była wygrana już 2 tury wcześniej, mimo że atakujący zdobył w nich duże ilości punktów, nie miało to już znaczenia w wyniku. Zaraz zaraz – przecież ten problem miał być już rozwiązany, a rozstrzygnięte gry miały być kończone. A jednak nie, dodatkowo takie ciągnięcie na siłę wygranej partii kosztowało honor i życie Oficera. Życia się już nie wróci,
Eurogracz zaczął więc liczyć by odpracować swoje winy i zwrócić honor oficerowi. Wzór na zakończenie gry okazał się prosty, a Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy po usłyszeniu rozwiązania wykrzyknęły – właśnie mówisz o Honorowej Kapitulacji. Gdybym miał takie wyjście, byłbym bohaterem, nie zdrajcą! Zamiast opuścić stanowisko, poddałbym twierdze na korzystnych warunkach. No i można grać pół godziny krócej, czyli jest szansa na dwie partie jednego wieczoru :) - dodał Eurogracz
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Kaszubkon 2009
Urlop, na który czekałem od roku mógł nie dojść do skutku. W firmie bardzo ważny projekt był opóźniony, a osoba zań odpowiedzialna zastępowała mnie podczas urlopu. Stanęło więc na tym, że będę się łączył i pilne sprawy realizował zdalnie. Lepsze to niż nic :)
Z W-wy na Kaszuby jechałem przez Kielce - wziąłem córkę i Agę, w W-wie psa i na miejscu byliśmy ok 13. Niestety, okazało się że jest tylko jedna osoba sprzątająca i domek odstaliśmy przed 17. Była w nim tylko jedna szafa na 5 osób, ale miłe towarzystwo szybko pozwoliło zapomnieć o tych niedogodnościach. Ale wielki głośnik na tarasie obok zapomnieć nie pozwalał - na szczęście jego właściciele wyprowadzali się dwa dni później.
Córka - było rewelacyjnie :) Polecam każdemu tatusiowi wybrać się z pociechą bez mamy. Ja co prawda miałem znaczną pomoc Zosi, Agi i Kasi, 3-6h dziennie w tym na obiedzie, ale wspólne śniadania, kolacje, spacery i wiele innych atrakcji - nie do ocenienia. Z drugiej strony wieczory do 22 były wyłączone z grania - następnym razem wezmę córkę na tydzień.
Pies - pierwszą noc spędził w domku, potem jednak lepsza lokalizacja było miejsce pod werandą na smyczy - sprawdziła się znakomicie. Psiarskie warunki były znośne - na ośrodku rządziły dwa jamniki atakujące z werwą każdego nowo przybyłego psa. Im nie ma się co dziwić, ale właściciele jak zwykle dużo gorsi - kusiło mnie by dać jamnikom nauczkę, ale jak to mówią "zabijesz szmatę a za człowieka pójdziesz siedzieć" i biedny Gandalf na smyczy przyjmował kolejne ataki jamników - wytrzymał dzielnie, a z tego co słyszałem podczas jednego śniadania jeden z jamników podszedł troszkę za blisko - i ataki straciły na intensywności ;)
Z drugiej strony rezydowało stadko 3 psów, szczekających na mojego na potęgę, więc integracji nie było. Ale problemów również - każdy miał swoją część jeziora i nie wchodziły sobie w paradę. A jezioro - psia rewelacja. Aportowanie patyka z wody - ściana ognia nie byłaby przeszkodą. Spacery po lesie, pływanie za rowerem wodnym - psi raj. Do pełni szczęścia brakowało drobnej inwestycji - małym nakładem można byłoby dokończyć ogrodzenie pod domkiem, dodać furtkę i przekształcić w psi kojec.
Siatka - późne śniadania zabierały mi początkowe sety, ale te 2-3h grania było :) Całe szczęście odbyło się bez poważniejszych kontuzji, nie licząc klika dziurek w stopach :) Rozkręcałem się z dnia na dzień :) - świetna sprawa :)
Kosz - niestety po 3 grach musiałem zrezygnować - tuż przed kolacją, wyczerpująca fizycznie, grożąca kontuzja, ale zadecydowało że nie za bardzo miałem wtedy z kim córki zostawić - ileż można było kombinować. Szkoda :( bo grało się rewelacyjnie, choć warunków czy umiejętności rewelacyjnych nie mam nawet na warunki Kaszubkonu - ujawniło się tam kilku naprawdę dobrych graczy. A zasłony Rysława to już był kosmos :) na tym poziomie :)
Na samym końcu planszówki - tu byłem najbardziej do tyłu. Czas na granie miałem de facto dopiero po 22 - czasami udawało się po obiedzie, ale pies + córka to niezbyt sprzyjająca konfiguracja :) Z drugiej strony dzięki temu nadrobiłem takie gry jak Agricola, czy moje odkrycie Kaszubkonu czyli Roll Through the Ages. Odświeżyłem Brass, Caylus, Wysokie Napięcie, niestety nie udało się poznać Le Havre i Imperial :(
Nie mogło też zabraknąć TtA, choć tylko 5 gier do kilka innych obserwowanych - gra genialna, cały czas nowe sytuacje, jak np. pełna armia pancerna (3 korpusy po 3 dywizje) czyli 6 czołgów i 3 kawalerie w taktyce heavy cavalry powstała by obronić wojnę i zapunktować z eventu tuż po niej. Licząc nietrafiony cel wojny Zbyszka stracił na tym ok 70-80 pkt :) Albo pakt naukowy Valmonta, który wyzerował sobie naukę a nie mająć po najeździe jej przyrostu zablokował Nataniela z nauką na 3 tury :)
Ośrodek - i łyżka dziegciu w beczce miodu - Rumcajs vel Voltomierz czyli nowy kierownik - wielka porażka. Nieprzyjemna persona z anty przykładem podejścia do klienta. Spowodował znaczną rotacje personelu, brak doświadczenia skutkował błedami na recepcji i opóźnieniami w uzupełnianiu posiłków. Wydawanie kluczy do zajętych pokoi, wyciąganie gości z jeziora by tłumaczyli że rezerwację mają tylko na tydzień - gość ewidentnie nie panował nad tym co się działo i zniechęcał klientów. Rok temu Dębrzyno było pewnikiem, teraz jest okazja by rozejrzeć się za innym ośrodkiem - trzeba jednak przyznać że mimo tych niedociągnięć Kaszuby postawiły wysoką poprzeczkę którą niełatwo będzie przeskoczyć.
I znów pierwsze o czym myśle po powrocie z Kaszubkonu to kolejna edycja tej niesamowitej imprezy :)
Z W-wy na Kaszuby jechałem przez Kielce - wziąłem córkę i Agę, w W-wie psa i na miejscu byliśmy ok 13. Niestety, okazało się że jest tylko jedna osoba sprzątająca i domek odstaliśmy przed 17. Była w nim tylko jedna szafa na 5 osób, ale miłe towarzystwo szybko pozwoliło zapomnieć o tych niedogodnościach. Ale wielki głośnik na tarasie obok zapomnieć nie pozwalał - na szczęście jego właściciele wyprowadzali się dwa dni później.
Córka - było rewelacyjnie :) Polecam każdemu tatusiowi wybrać się z pociechą bez mamy. Ja co prawda miałem znaczną pomoc Zosi, Agi i Kasi, 3-6h dziennie w tym na obiedzie, ale wspólne śniadania, kolacje, spacery i wiele innych atrakcji - nie do ocenienia. Z drugiej strony wieczory do 22 były wyłączone z grania - następnym razem wezmę córkę na tydzień.
Pies - pierwszą noc spędził w domku, potem jednak lepsza lokalizacja było miejsce pod werandą na smyczy - sprawdziła się znakomicie. Psiarskie warunki były znośne - na ośrodku rządziły dwa jamniki atakujące z werwą każdego nowo przybyłego psa. Im nie ma się co dziwić, ale właściciele jak zwykle dużo gorsi - kusiło mnie by dać jamnikom nauczkę, ale jak to mówią "zabijesz szmatę a za człowieka pójdziesz siedzieć" i biedny Gandalf na smyczy przyjmował kolejne ataki jamników - wytrzymał dzielnie, a z tego co słyszałem podczas jednego śniadania jeden z jamników podszedł troszkę za blisko - i ataki straciły na intensywności ;)
Z drugiej strony rezydowało stadko 3 psów, szczekających na mojego na potęgę, więc integracji nie było. Ale problemów również - każdy miał swoją część jeziora i nie wchodziły sobie w paradę. A jezioro - psia rewelacja. Aportowanie patyka z wody - ściana ognia nie byłaby przeszkodą. Spacery po lesie, pływanie za rowerem wodnym - psi raj. Do pełni szczęścia brakowało drobnej inwestycji - małym nakładem można byłoby dokończyć ogrodzenie pod domkiem, dodać furtkę i przekształcić w psi kojec.
Siatka - późne śniadania zabierały mi początkowe sety, ale te 2-3h grania było :) Całe szczęście odbyło się bez poważniejszych kontuzji, nie licząc klika dziurek w stopach :) Rozkręcałem się z dnia na dzień :) - świetna sprawa :)
Kosz - niestety po 3 grach musiałem zrezygnować - tuż przed kolacją, wyczerpująca fizycznie, grożąca kontuzja, ale zadecydowało że nie za bardzo miałem wtedy z kim córki zostawić - ileż można było kombinować. Szkoda :( bo grało się rewelacyjnie, choć warunków czy umiejętności rewelacyjnych nie mam nawet na warunki Kaszubkonu - ujawniło się tam kilku naprawdę dobrych graczy. A zasłony Rysława to już był kosmos :) na tym poziomie :)
Na samym końcu planszówki - tu byłem najbardziej do tyłu. Czas na granie miałem de facto dopiero po 22 - czasami udawało się po obiedzie, ale pies + córka to niezbyt sprzyjająca konfiguracja :) Z drugiej strony dzięki temu nadrobiłem takie gry jak Agricola, czy moje odkrycie Kaszubkonu czyli Roll Through the Ages. Odświeżyłem Brass, Caylus, Wysokie Napięcie, niestety nie udało się poznać Le Havre i Imperial :(
Nie mogło też zabraknąć TtA, choć tylko 5 gier do kilka innych obserwowanych - gra genialna, cały czas nowe sytuacje, jak np. pełna armia pancerna (3 korpusy po 3 dywizje) czyli 6 czołgów i 3 kawalerie w taktyce heavy cavalry powstała by obronić wojnę i zapunktować z eventu tuż po niej. Licząc nietrafiony cel wojny Zbyszka stracił na tym ok 70-80 pkt :) Albo pakt naukowy Valmonta, który wyzerował sobie naukę a nie mająć po najeździe jej przyrostu zablokował Nataniela z nauką na 3 tury :)
Ośrodek - i łyżka dziegciu w beczce miodu - Rumcajs vel Voltomierz czyli nowy kierownik - wielka porażka. Nieprzyjemna persona z anty przykładem podejścia do klienta. Spowodował znaczną rotacje personelu, brak doświadczenia skutkował błedami na recepcji i opóźnieniami w uzupełnianiu posiłków. Wydawanie kluczy do zajętych pokoi, wyciąganie gości z jeziora by tłumaczyli że rezerwację mają tylko na tydzień - gość ewidentnie nie panował nad tym co się działo i zniechęcał klientów. Rok temu Dębrzyno było pewnikiem, teraz jest okazja by rozejrzeć się za innym ośrodkiem - trzeba jednak przyznać że mimo tych niedociągnięć Kaszuby postawiły wysoką poprzeczkę którą niełatwo będzie przeskoczyć.
I znów pierwsze o czym myśle po powrocie z Kaszubkonu to kolejna edycja tej niesamowitej imprezy :)
środa, 11 lutego 2009
TtA - trochę przemyśleń nt. kart cz.1
Najważniejsze - nie bać się brać kart za 3 akcje. Z epoki I nie warto wychodzic z 2 cudami - zbyt kosztowna inwestycja.
Kart jest sporo, poniżej mój subiektywny ranking Cudów, Bohaterów i Ustrojów.
Cuda A:
Piramidy – akcja się zwróci, najlepszy z cudów.
Biblioteka Aleksandryjska – gdyby nie 4 akcje budowy, postawiłbym ją ponad piramidami.
Wiszące Ogrody, Kolos – chyba lepiej poczekać na cuda z epoki I.
Bohaterowie A:
Arystoteles – mój faworyt. Wiedza na początku jest mocno deficytowa.
Juliusz Cezar – militarne akcje doceniam coraz bardziej. +1 siły też miłe.
Homer – ładnie punktuje i pozwala tanio budować wojsko.
Aleksander Wielki – najbardziej może zwiększyć siłę militarną.
Mojżesz – na początku ludność i tak kosztuje mało jedzenia.
Hammurabi – aż się prosi, by go zaatakować. Już wolę bez bohatera.
Cuda I:
Uniwersytet Karoliński – 2 żarówki piechotą nie chodzą w I epoce.
Bazylika Św. Piotra – tylko 2 akcje i rozwiązuje problem buziek do końca gry.
Taj Majhal – 1 pkt. Zwycięstwa więcej od bazyliki, ale bez buziek.
Wielki Mur – dużo akcji potrzebnych, daje wszystkiego po trochu, do zastanowienia.
Ustroje I:
Monarchia – od biedy można na niej skończyć zmiany ustrojowe.
Teokracja – szkoda czasu i zasobów.
Bohaterowie I
Leonardo da Vinci – daje żarówki i kamień – dla pokojowych graczy.
Fryderyk Barbarossa – jak znalazł dla agresywnych graczy.
Krzysztof Kolumb – może odkryć naprawdę cenną kolonie. Idealny do zastąpienia dobrego wodza A pod koniec epoki I.
Joanna Arc – czasami może wybawić gracza z małą siłą.
Michał Anioł – wygrywa grę na II epoki, w pełnej to przedwczesny finisz …
Czyngis Han – dla wyjątkowego fanatyka.
cdn.
Kart jest sporo, poniżej mój subiektywny ranking Cudów, Bohaterów i Ustrojów.
Cuda A:
Piramidy – akcja się zwróci, najlepszy z cudów.
Biblioteka Aleksandryjska – gdyby nie 4 akcje budowy, postawiłbym ją ponad piramidami.
Wiszące Ogrody, Kolos – chyba lepiej poczekać na cuda z epoki I.
Bohaterowie A:
Arystoteles – mój faworyt. Wiedza na początku jest mocno deficytowa.
Juliusz Cezar – militarne akcje doceniam coraz bardziej. +1 siły też miłe.
Homer – ładnie punktuje i pozwala tanio budować wojsko.
Aleksander Wielki – najbardziej może zwiększyć siłę militarną.
Mojżesz – na początku ludność i tak kosztuje mało jedzenia.
Hammurabi – aż się prosi, by go zaatakować. Już wolę bez bohatera.
Cuda I:
Uniwersytet Karoliński – 2 żarówki piechotą nie chodzą w I epoce.
Bazylika Św. Piotra – tylko 2 akcje i rozwiązuje problem buziek do końca gry.
Taj Majhal – 1 pkt. Zwycięstwa więcej od bazyliki, ale bez buziek.
Wielki Mur – dużo akcji potrzebnych, daje wszystkiego po trochu, do zastanowienia.
Ustroje I:
Monarchia – od biedy można na niej skończyć zmiany ustrojowe.
Teokracja – szkoda czasu i zasobów.
Bohaterowie I
Leonardo da Vinci – daje żarówki i kamień – dla pokojowych graczy.
Fryderyk Barbarossa – jak znalazł dla agresywnych graczy.
Krzysztof Kolumb – może odkryć naprawdę cenną kolonie. Idealny do zastąpienia dobrego wodza A pod koniec epoki I.
Joanna Arc – czasami może wybawić gracza z małą siłą.
Michał Anioł – wygrywa grę na II epoki, w pełnej to przedwczesny finisz …
Czyngis Han – dla wyjątkowego fanatyka.
cdn.
poniedziałek, 2 lutego 2009
Gra planszowa stycznia
W styczniu tak byłem pewien zwycięzcy, że już pod koniec miesiąca chciałem już robić wpis. W końcu co może przebić 33 partii Dominiona przy 39 zagranych wogóle? I co z tego że 2/3 on-line, skoro w dobrym i znanym z realnego świata towarzystwie?
A jednak, jest taka gra. Through the Ages. Znów tylko dwie partie, ale jakie :) Coraz bardziej się przekonuje że podstawa w tej grze to opanować jej losowość i nie dać sie ponieść kartom. Lepiej wybrać jedną droższą i konkretną niż 2 tanie i też niby dobre :). Kusi teraz rozgrywka w 4 osoby, i bardziej militarnie nastawieni gracze - w pokojowym środowisku czuje się jak ryba w wodzie i czas na kolejne wyzwania. W końcu jakaś gra musi też zostać grą 2009 roku ;)
A jednak, jest taka gra. Through the Ages. Znów tylko dwie partie, ale jakie :) Coraz bardziej się przekonuje że podstawa w tej grze to opanować jej losowość i nie dać sie ponieść kartom. Lepiej wybrać jedną droższą i konkretną niż 2 tanie i też niby dobre :). Kusi teraz rozgrywka w 4 osoby, i bardziej militarnie nastawieni gracze - w pokojowym środowisku czuje się jak ryba w wodzie i czas na kolejne wyzwania. W końcu jakaś gra musi też zostać grą 2009 roku ;)
poniedziałek, 12 stycznia 2009
TtA na Ursynowie
Tym razem pomyślałem, by pojechać samochodem. Ale ten stał w warsztacie i w sumie bez żalu udałem się metrem. Po godzinnej lekturze i 15 min spacerze po Ursynowe mogliśmy z bazikiem i Ola przystąpić do Through the Ages. Zacznę od końca - była to jedna z lepszych moich partii w TtA, i z największymi wachaniami sytuacji, mimo tylko jednej udanej agresji.
Zacząłem moją ulubioną strategią 4 koplanie - 2 farmy, Homer dawał mi punkty a piramida akcje. Niby wszystko szło dobrze, miałem węgiel, problem z żarciem rozwiązały farmy za 3, choć trochę mnie one opóźniły, ale bazik z Cookiem odjeżdżał w punktacji, Ola zablokowała mi lepszą piechotę i podkradła Newtona, oboje zmienili ustrój i militarnie poszli do przodu, a u mnie jakiś marazm się pojawił. Leonardo zszedł mi pechowo, jedna karta więcej i miałbym go kolejke dłużej, a tak brak jednej żarówki dręczył mnie 3 kolejne kolejki i opóźnił wprowadzenie demokracji co najmniej o 2 kolejki :(.
O dogonieniu Bazika dawno już przestałem marzyć, na szczęście przeprowadził on udany najazd na Ole zakończony smiercią Newtona, który mocno przyspieszał rozwój naukowy Oli, a mi obierał nadzieje na 2 miejsce. Ja cały czas dołowałem militarnie, ale miałem na szczęście na ręku karty obrony, które pozwalały czuć się w miare pewnie, a Ola z bazikiem nie gali zdarzeń którwe nie pemiują z reguły takiej postawy ;)
W końcu wprowadziłem demokracje, przedostatnią kartą był Einstein, który mimo to dał mi w 2 kolejki sporo punktów zwycięstwa. Zagrałem 4 wynalazki, ukończyłem cud za 26 pkt i nagle okazało się że zamiast walczyć o 2 miejsce gonie Bazika :) Decydujące były wydarzenia - kolonizacja za 11 pkt zwycięstwa w moim ostatnim ruchu - powięciłem całe wojsko i zdobyłem kolonie - a przede wszystkim bazik nie miał dobrej reki, a mnie podpasowało ostatnie wydarzenie i jedno wrzucone przez Ole i jakimś cudem nadrobiłem dystans (ten wynosił nawet ok 50 pkt w momencie śmierci bazikowego Cooka).
Niestety, po skończeniu kart 3 ery nie odrzuciliśmy kart II i rolników - tłumaczy nas troche że dochodziła druga w nocy. Trudno, na pierwszy rzut oka wydaje się że nie miałoby to wływu na wynik.
Kluczowym momentem w grze był fakt, kiedy bazik osiągnął znacząca przewage militarna i nie atakował. Ja miałem co prawda mocne karty obrony, ale na drugi atak by nie starczyło. No i Ola nie miała ataku kiedy wykosztowałem się na kolonie - ale właśnie dlatego nie lubie Hammurabiego ;)
Na koniec okazało się że w dni robocze metro nie działa, a nocnymi dotłukłem się do domu na 4 rano - odrobiłem 2h zaległej lektury :) Jeszcze tylko spacer z psem ...
Zacząłem moją ulubioną strategią 4 koplanie - 2 farmy, Homer dawał mi punkty a piramida akcje. Niby wszystko szło dobrze, miałem węgiel, problem z żarciem rozwiązały farmy za 3, choć trochę mnie one opóźniły, ale bazik z Cookiem odjeżdżał w punktacji, Ola zablokowała mi lepszą piechotę i podkradła Newtona, oboje zmienili ustrój i militarnie poszli do przodu, a u mnie jakiś marazm się pojawił. Leonardo zszedł mi pechowo, jedna karta więcej i miałbym go kolejke dłużej, a tak brak jednej żarówki dręczył mnie 3 kolejne kolejki i opóźnił wprowadzenie demokracji co najmniej o 2 kolejki :(.
O dogonieniu Bazika dawno już przestałem marzyć, na szczęście przeprowadził on udany najazd na Ole zakończony smiercią Newtona, który mocno przyspieszał rozwój naukowy Oli, a mi obierał nadzieje na 2 miejsce. Ja cały czas dołowałem militarnie, ale miałem na szczęście na ręku karty obrony, które pozwalały czuć się w miare pewnie, a Ola z bazikiem nie gali zdarzeń którwe nie pemiują z reguły takiej postawy ;)
W końcu wprowadziłem demokracje, przedostatnią kartą był Einstein, który mimo to dał mi w 2 kolejki sporo punktów zwycięstwa. Zagrałem 4 wynalazki, ukończyłem cud za 26 pkt i nagle okazało się że zamiast walczyć o 2 miejsce gonie Bazika :) Decydujące były wydarzenia - kolonizacja za 11 pkt zwycięstwa w moim ostatnim ruchu - powięciłem całe wojsko i zdobyłem kolonie - a przede wszystkim bazik nie miał dobrej reki, a mnie podpasowało ostatnie wydarzenie i jedno wrzucone przez Ole i jakimś cudem nadrobiłem dystans (ten wynosił nawet ok 50 pkt w momencie śmierci bazikowego Cooka).
Niestety, po skończeniu kart 3 ery nie odrzuciliśmy kart II i rolników - tłumaczy nas troche że dochodziła druga w nocy. Trudno, na pierwszy rzut oka wydaje się że nie miałoby to wływu na wynik.
Kluczowym momentem w grze był fakt, kiedy bazik osiągnął znacząca przewage militarna i nie atakował. Ja miałem co prawda mocne karty obrony, ale na drugi atak by nie starczyło. No i Ola nie miała ataku kiedy wykosztowałem się na kolonie - ale właśnie dlatego nie lubie Hammurabiego ;)
Na koniec okazało się że w dni robocze metro nie działa, a nocnymi dotłukłem się do domu na 4 rano - odrobiłem 2h zaległej lektury :) Jeszcze tylko spacer z psem ...
poniedziałek, 5 stycznia 2009
Gra planszowa roku 2008
186 rozgrywek, z czego większość na Kaszubconie i późniejszych, została już opisana. Tym razem podium szerokie, 8-miejscowe.
8 miejsce - Razzia! 8 gier
7 miejsce - Manoeuvre 14 gier
6 miejsce - Race for the Galaxy 8 gier. Po pierwszym półroczu byłaby na 2 miejscu, potem już nie trafiła do mnie. Nie odmówię, ale też i nie zaproponuje rozgrywki w tę pozycję.
5 miejsce - Dominion 13 gier.
4 miejsce - Tygrys & Eufrat 5 gier. I cały czas mam niedosty tej pozycji.
3 miejsce - Through the Ages: A Story of Civilization 6 gier. 2 miesiące wystarczyły by wskoczyć na ścisłe podium. W tym roku pewnie stoczy morderczą walkę z Dominion o 1 miejsce.
2 miejsce - Brass 11 gier, też głównie w pierwszym półroczu. Gra świetna, posiadająca 2 oblicza,
1 miejsce - Agricola 16 gier. Nic więcej nie trzeba dodawać
8 miejsce - Razzia! 8 gier
7 miejsce - Manoeuvre 14 gier
6 miejsce - Race for the Galaxy 8 gier. Po pierwszym półroczu byłaby na 2 miejscu, potem już nie trafiła do mnie. Nie odmówię, ale też i nie zaproponuje rozgrywki w tę pozycję.
5 miejsce - Dominion 13 gier.
4 miejsce - Tygrys & Eufrat 5 gier. I cały czas mam niedosty tej pozycji.
3 miejsce - Through the Ages: A Story of Civilization 6 gier. 2 miesiące wystarczyły by wskoczyć na ścisłe podium. W tym roku pewnie stoczy morderczą walkę z Dominion o 1 miejsce.
2 miejsce - Brass 11 gier, też głównie w pierwszym półroczu. Gra świetna, posiadająca 2 oblicza,
1 miejsce - Agricola 16 gier. Nic więcej nie trzeba dodawać
czwartek, 1 stycznia 2009
Gra planszowa grudnia
Grudzień nie obfitował w granie planszówkowe, tylko 8 rozgrywek z czego 5 szybkich w Dominion. To znakomita gra, ale musi ustąpić prawdziwemu królowi, jak wilki lwu. Gdy na arenę wchodzi Through the Ages: A Story of Civilization, nic innego się nie liczy - dwie rozgrywki trzyosobowe pozwalają zaliczyć grudzień jako udany planszówkowo, zwłaszcza że pozostała partyjka to Agricola - czyli mój absolutny Top Three gier.
A oba wieczory z TtA znakomite, wyrównane, w doborowym towarzystwie -dokładnie tak to powinno wygladać zawsze :)
A oba wieczory z TtA znakomite, wyrównane, w doborowym towarzystwie -dokładnie tak to powinno wygladać zawsze :)
sobota, 27 grudnia 2008
Gra planszowa listopada
Gdy z 23 rozgrywek 8 jest w jedną z gier, a kolejna może się poszczycić tylko 2 partiami, wynik powinien być oczywisty. A nie jest, bo nuworysz rzucił wyzwanie królowi. I jednak wygrał, tym razem wyżej cenię 8 rozgrywek w Dominiona od 2 Agricoli, ale tylko dlatego że były to moje pierwsze partie. W końcu kupiłem Dominion, Agricolą trochę się nasyciłem a rządza gry w nową pozycję jeszcze nie wygasła.
Gdzieś z tyłu czaił się jeszcze Through the Ages, ale jedna rozgrywka to troszeczke za mało.
Gdzieś z tyłu czaił się jeszcze Through the Ages, ale jedna rozgrywka to troszeczke za mało.
sobota, 1 listopada 2008
Gra planszowa października
Październik = Gratislavia, przynajmniej jeśli chodzi o moje granie w tym miesiącu. Na wyróżnienie zasługuje tym razem nie jedna gra, ale projektant - Reiner Knizia, 6 z 11 gier w które grałem to jego pozycje. Ale każda po jednym razie więc nie mogły zagrozić Wysokiemu Napięciu. Tak, w końcu zagrałem w Wysokie Napięcie, i to dwa razy. Ta gra zawsze była odrzucana przez znajomych, zawsze znalazła się jaka nowa gra do poznania, a ja odczuwałem coraz większy niedosyt. Całe szczęście nie pozostał on w pełni zaspokojony i cały czas pałam rządzą wygrania w Wysokie Napięcie ;)
poniedziałek, 13 października 2008
Gratislavia II
Lubię Wrocław, więc po bardzo pozytywnych wrażeniach na Pionku decyzja by jechać na Gratislavię była oczywista. Jednak w ostatniej chwili pojawiła się perspektywa że jednak nie pojadę. Perspektywa miała 4 miesiące, 4 łapy, co 4 godziny srała, za to sikała co 2 :) Jednak udało się to załatwić logistykę, więc ruszając o 4 rano zabrałem Samura i Costiego i w drogę.
Obawiałem się jazdy trochę ponad 2 tygodnie po skręceniu prawej nogi, ale okazało się że nie było tragicznie. Kostka odzwyczajona ostatnimi czasy od systematycznego ruchu pod koniec co prawda sygnalizowała swoja obecność, ale trasa jej posłużyła bo zeszły nawet resztki opuchlizny. A jechało się nieźle mimo wysypu fotoradarów na trasie – tylko raz Costi mnie zagadał i zgubiliśmy drogę :). Na miejscu Samur po telefonie do przyjaciela umówił nas z Magmą i dzięki niemu zaparkowaliśmy przed Politechniką. Tuż po nas przyjechał mst, i ta kolejność okazała się potem decydująca ;)
W międzyczasie Magma pokazał nam hostel, gdzie się z Costim udaliśmy zgodnie z dewizą „przezorny zawsze ma gdzie spać” ;). Było to może 4 minuty od politechniki, okazało się dużym mieszkaniem w starym budownictwie, świetnie urządzonym i dobrze pomyślanym. Zapowiedzieliśmy resztę ludzi, dostaliśmy miejsca na górze piętrowych łóżek, i usatysfakcjonowani miejscówką poszliśmy grać, strojąc się też w nowe poznańskie koszulki.
Zacząłem od Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog, potem postanowiłem przenieść się na Kniziaton. Sympatycznie pomyślany, rozgrywki z większymi emocjami bo i wynik istotny – po 4 partiach(Razzia!, Circus Flohcati, Blue Moon City i Przez Pustynie) i sporej ilości punktów przy Kingdoms nie dość że dałem ciała maksymalnie, to jeszcze graliśmy ze „szpionem” który notorycznie odchodził od stołu i przeciągał rozgrywkę ;) Po tej klęsce zagrałem m.in. z liderem punktacji Mst w Tygrys i Eufrat, Mst wygrał i przyjemnie było obserwować go w akcji. Już na luzie 2 lekkie partyjki 2-osobowe, by podczas drugiej w Zaginione Miasta Steady ku mojemu osłupieniu podszedł i oznajmił że jak wygram partię to i cały konkurs. A że gra mi podeszła, to i się udało :)
Wieczorem grupowo udaliśmy się do knajpy, prowadzeni przez Steady’ego chyba po spirali, bo krążyliśmy niemiłosiernie po Wrocławiu. W końcu udało się nam dotrzeć na miejsce, kosztując gruzińskich specjałów i poznając grę Finto. Na miłe zakończenie dnia udaliśmy się do Spiżu, gdzie przetestowałem piwo miodowe – test zakończył się postanowieniem by następną Gratislavie zacząć już w piątek w Spiżu :)
Drugiego dnia postanowiłem odpocząć od konkursów i w rewelacyjnej sali Horrorowej siałem terror dwiema partiami Agricoli, najpierw dwuosobowo z Wiewiórką potem z 3 debiutantami w tym z moim kuzynem by miło zakończyć dzień partią Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog. Równolegle Costi wygrał turniej Maneouver, tylko Samur się wyłamał i nie wygrał nic ;)
Powrót przebiegał spokojniej, ruch był większy a i zatrzymaliśmy się by coś zjeść. Costi z Samurem gadali o grach komputerowych a ja chyba po raz pierwszy w życiu poczułem się staro, będąc w branży IT a nie rozumiejąc tego slangu. Na szczęście Costi pozbawił mnie kompleksów, pytając co to jest eurogra – jak widać nie można wiedzieć wszystkiego ;)
Obawiałem się jazdy trochę ponad 2 tygodnie po skręceniu prawej nogi, ale okazało się że nie było tragicznie. Kostka odzwyczajona ostatnimi czasy od systematycznego ruchu pod koniec co prawda sygnalizowała swoja obecność, ale trasa jej posłużyła bo zeszły nawet resztki opuchlizny. A jechało się nieźle mimo wysypu fotoradarów na trasie – tylko raz Costi mnie zagadał i zgubiliśmy drogę :). Na miejscu Samur po telefonie do przyjaciela umówił nas z Magmą i dzięki niemu zaparkowaliśmy przed Politechniką. Tuż po nas przyjechał mst, i ta kolejność okazała się potem decydująca ;)
W międzyczasie Magma pokazał nam hostel, gdzie się z Costim udaliśmy zgodnie z dewizą „przezorny zawsze ma gdzie spać” ;). Było to może 4 minuty od politechniki, okazało się dużym mieszkaniem w starym budownictwie, świetnie urządzonym i dobrze pomyślanym. Zapowiedzieliśmy resztę ludzi, dostaliśmy miejsca na górze piętrowych łóżek, i usatysfakcjonowani miejscówką poszliśmy grać, strojąc się też w nowe poznańskie koszulki.
Zacząłem od Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog, potem postanowiłem przenieść się na Kniziaton. Sympatycznie pomyślany, rozgrywki z większymi emocjami bo i wynik istotny – po 4 partiach(Razzia!, Circus Flohcati, Blue Moon City i Przez Pustynie) i sporej ilości punktów przy Kingdoms nie dość że dałem ciała maksymalnie, to jeszcze graliśmy ze „szpionem” który notorycznie odchodził od stołu i przeciągał rozgrywkę ;) Po tej klęsce zagrałem m.in. z liderem punktacji Mst w Tygrys i Eufrat, Mst wygrał i przyjemnie było obserwować go w akcji. Już na luzie 2 lekkie partyjki 2-osobowe, by podczas drugiej w Zaginione Miasta Steady ku mojemu osłupieniu podszedł i oznajmił że jak wygram partię to i cały konkurs. A że gra mi podeszła, to i się udało :)
Wieczorem grupowo udaliśmy się do knajpy, prowadzeni przez Steady’ego chyba po spirali, bo krążyliśmy niemiłosiernie po Wrocławiu. W końcu udało się nam dotrzeć na miejsce, kosztując gruzińskich specjałów i poznając grę Finto. Na miłe zakończenie dnia udaliśmy się do Spiżu, gdzie przetestowałem piwo miodowe – test zakończył się postanowieniem by następną Gratislavie zacząć już w piątek w Spiżu :)
Drugiego dnia postanowiłem odpocząć od konkursów i w rewelacyjnej sali Horrorowej siałem terror dwiema partiami Agricoli, najpierw dwuosobowo z Wiewiórką potem z 3 debiutantami w tym z moim kuzynem by miło zakończyć dzień partią Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog. Równolegle Costi wygrał turniej Maneouver, tylko Samur się wyłamał i nie wygrał nic ;)
Powrót przebiegał spokojniej, ruch był większy a i zatrzymaliśmy się by coś zjeść. Costi z Samurem gadali o grach komputerowych a ja chyba po raz pierwszy w życiu poczułem się staro, będąc w branży IT a nie rozumiejąc tego slangu. Na szczęście Costi pozbawił mnie kompleksów, pytając co to jest eurogra – jak widać nie można wiedzieć wszystkiego ;)
piątek, 3 października 2008
Gra planszowa września
Tym razem tematem przewodnim był Pionek, co nie przeszkodziło na podium wskoczyć grze z innego wieczoru, czyli Saboteur. 4 szalone rozgrywki przy piwie - ta gra idealnie się do tego nadaje :)
Na drugim miejscu Agricola - 3 partie i mocna ugruntowana pozycja. I tylko 2 miejsce, skoro zwycięzca również miał 3 partie?
Oznacza to, że do akcji wszedł Through the Ages: A Story of Civilization . Też 3 rozgrywki, każda jeszcze mocno przesterowana, ale równie mocno satysfakcjonująca, a jeszcze mocniej wpływająca na rządze kolejnych gier. Niestety, "waga" rozgrywek, czyli długość i "mózgożerność" nie pozwala na częstsze rozkosze obcowania z Through the Ages :(
Na drugim miejscu Agricola - 3 partie i mocna ugruntowana pozycja. I tylko 2 miejsce, skoro zwycięzca również miał 3 partie?
Oznacza to, że do akcji wszedł Through the Ages: A Story of Civilization . Też 3 rozgrywki, każda jeszcze mocno przesterowana, ale równie mocno satysfakcjonująca, a jeszcze mocniej wpływająca na rządze kolejnych gier. Niestety, "waga" rozgrywek, czyli długość i "mózgożerność" nie pozwala na częstsze rozkosze obcowania z Through the Ages :(
wtorek, 9 września 2008
Gra planszowa sierpnia
Sierpień to Kaszubkon, i mnóstwo gier - 56, wiec tym razem bedzie szerokiem 5-miejscowe podium. Zacznę od 5 miejsca, czyli Razzia! Chwiler, ale bardzo sympatyczny i cały czas sprawiający mi dużo frajdy.
4 miejsce - Manoeuvre. Ta gra ma coś w sobie, niby za nią nie przepadam, niby wiem jak grać ale nie lubie grać w ten sposób, ale siadam jednak do tej pozycji - 4 rozgrywki.
3 miejsce - Caylus. 3 rozgrywki, mój poziom gry w końcu był jaki-taki i mogłem nawiązać walkę. No i niedostyt tytułu został zaspokojony :)
2 miejsce, niespodziewanie - Puerto Rico. Niby tylko 2 partie, ale jakie. Nie dość, że w końcu opanowałem tę grę i to ja kierowałem grą a nie na odwrót, a rozgrywkę z Wiewiórką, Costim i Duchem będe pamiętał wyjątkowo długo :).
A zwycięzcą została - Agricola. 5 gier, każda bardzo sympatyczna, w rożnorodnym ale zawsze zacnym gronie. Zacząłem grać z kartami i to jest sól tej pozycji. Zasłużony lider.
4 miejsce - Manoeuvre. Ta gra ma coś w sobie, niby za nią nie przepadam, niby wiem jak grać ale nie lubie grać w ten sposób, ale siadam jednak do tej pozycji - 4 rozgrywki.
3 miejsce - Caylus. 3 rozgrywki, mój poziom gry w końcu był jaki-taki i mogłem nawiązać walkę. No i niedostyt tytułu został zaspokojony :)
2 miejsce, niespodziewanie - Puerto Rico. Niby tylko 2 partie, ale jakie. Nie dość, że w końcu opanowałem tę grę i to ja kierowałem grą a nie na odwrót, a rozgrywkę z Wiewiórką, Costim i Duchem będe pamiętał wyjątkowo długo :).
A zwycięzcą została - Agricola. 5 gier, każda bardzo sympatyczna, w rożnorodnym ale zawsze zacnym gronie. Zacząłem grać z kartami i to jest sól tej pozycji. Zasłużony lider.
poniedziałek, 8 września 2008
Pionek w rytmie sinusoidy
Do tej pory Pionek nie jawił się zbyt atrakcyjnie by się nań udać – dużo bliżej jest na Politechnikę, można zagrać tam w każdą wolną chwile weekendu praktycznie. Jednak Kaszubkon pozostawił po sobie tak dobre wrażenie, że jeszcze na nim podjąłem decyzje – jadę na Pionek. Nie samymi grami człowiek żyje, więc postanowiłem poznać „to coś” Pionka, czyli atmosferę w Gliwicach.
Tym razem postanowiłem wziąć kierownicę we własne ręce, a w poszukiwaniu współpasażerów podjąłem drugą dobrą decyzję – jechać przez Radom I Kielce. W W-wie zabrałem Costiego, w Radomiu czekali Vappor i BMC, a w Kielcach Squirrel z Cyrylem. I już w aucie okazało się w czym jest siła Pionka – to jego uczestnicy, a szczególności pomarańczowe koszulki :) Wiewiórka zdecydowanie umiliła i tak wesołą do tej pory podróż – jej zalety pozwalała docenić zwłaszcza dynamiczna jazda w sporym ruchu :) Dopingowany okrzykami Squirrel wycisnąłem z samochodu znacznie więcej niż zwykłem to robić na co dzień ;) a reszta chłopaków była wniebowzięta.
Niestety wszystko co dobre za szybko się kończy, a my zeszliśmy sinusoidą ze szczytów na samo dno – podjechaliśmy pod hotel Tiffany. No i się okazało, że nasza rezerwacja już wyszła – znaczy się rezerwacja była, ale wolnych trójek już nie :) Mimo to zapłaciliśmy – powiedziano że jak wrócimy wieczorem to trójeczka będzie na nas czekać. Okazało się to dwójką z dostawką – ale ci którzy przyjechali dopiero wieczorem mieli ponoć większe problemy i musieli szukać innego lokum. Zaś szczytem wszystkiego była propozycja 2 dwójek zamiast trójki ... w cenie 2 dwójek czyli prawie 100 zł drożej! Po tym nawet sympatyczna sala konferencyjna nie ratuje w moich i costiego oczach tej miejscówki – zwłaszcza że cena i jakość śniadania były odwrotnie proporcjonalne do siebie – i to nie w stronę „mało płacisz dobrze jesz”.
Na szczęście nie zraziło nas to, bo doskonale wiemy że sinusoida idzie potem do góry. Pojechaliśmy więc na Pionka z Browarionem, zostawiając u niego nasze bagaże. Na wejściu zaszokowała nas opłata – aż 200 gr. Zapożyczyłem się więc i zacząłem chłonąć atmosferę imprezy wraz z bułką na drugie śniadanie. Musiałem chyba wyglądać bardzo samotnie bo od razu zacząłem przyciągać pomarańczowe koszulki – to chyba najlepsza metoda by je wszystkie bardzo szybko poznać :) Długo nie dałem się zmolestować, ale jak skończyłem jeść to i wymówka się też skończyła i niestety musiałem w coś zagrać. Poszczęściło się ... Squirrel i dzięki temu poznałem Konfrontacje Władcy Pierścieni. Ma dwie zalety – Śródziemie i krótki czas gry – niestety uległem Wiewiórce i pierścień trafił do miejsca przeznaczenia.
I w końcu nadszedł czas na danie główne – akademia Don Simona pt „Nie będę już cierpiał jak ktoś napisze zagram w Through the Ages ale z osobami które już grały”. Jak wielkie poczucie krzywdy było w narodzie świadczy 16 osobowa frekwencja ;) Po ok. 40 minutowym wykładzie przyszła kolej na praktyki – te na początku niemrawe, stopniowo nabierały rozpędu. Don Simon dwoił się i troił, ale gier było 5 i przez to zrobił się spory down-time. No ale ta gra tak ma, mimo to ląduje u mnie na pierwszym miejscu w kategorii miodność i satysfakcja z grania - przypomina Cywilizację sprzed 20 lat pod tym i innymi względami. Dla mnie gra Pionka. Pierwszą rozgrywkę wygrał dla mnie Michał Anioł, w drugiej(następnego dnia) byłem ostatni, ale satysfakcje miałem jakbym wygrał bo udało mi się zbudować niezły potencjał, nabierając przy tym doświadczenia. Fascynujące w TtA jest to jak szybko rzecz w której czujesz się mocny staje się twoją najsłabszą stroną – przypomina to trochę kurs żeglarski gdzie jak ktoś koryguje kurs łodzi to kończy się to zwrotem w drugą stronę i płynięciem wężykiem.
Ale szczyt sinusoidy osiągnęliśmy znów w poznańskim towarzystwie, kiedy wraz z Seneszelem, Demnogonisem i Westwoodem (ten co prawda z Krakowa ale to prawie to samo) udaliśmy się do ukraińskiej knajpy. Za miesiąc jedziemy z costim walczyć pod Kamieńcem a w Gliwicach poczuliśmy już zew Ukrainy. Knajpa jakby żywcem wzięta stamtąd, wliczając obsługę i jakość jedzenia - miód i piwo pszeniczne w gębie. Poczułem się jak w niebie, w błogostanie odpadliśmy z costim w elimicjacjach w turnieju wiedzy i jedyne na co mnie było stać to obserwować zmagania finałowe. Moim faworytem był Draco, niestety poległ na rokterowej poezji inspirowanej Kaszubkonem. Wielkie brawa dla WC i ujka za turniej – pomysł i wykonanie przednie.
Niestety sinusoida zjeżdżała już w dół – trzeba się było zabierać, zakwaterować i pieszo pospacerowaliśmy w stronę Knajpy. W porównaniu do Gliwic W-wa to dziura – po drodze widzieliśmy kilka bardzo interesujących lokali, niestety Knajpa nie trafiła do tej kategorii. Nie było tam jednego miejsca odpowiedniej wielkości i potworzyły się lokalne koła zainteresowań zamknięte choćby z przyczyn brakomiejscowych na nowoprzybyłych. BMC i vappor którym nie dane było skorzystać z ukraińskich uciech skonsumowali pizzę, ja z costim rozważaliśmy wyższość ukraińskiego pszenicznego piwa nad ofertą Knajpy i stwierdziliśmy że najlepiej będzie wycofać się do Tiffany i pomanewrować. Sinusoida ruszyła więc w górę, ja powstrzymałem swoje zapędy i w końcu pokonałem costiego, niby francuzami, ale kostki mi nie sprzyjały. Manouvre to dobra gra, ale nie w moim typie.
Ostatnią atrakcją wieczoru był Brass – w końcu doczekaliśmy się na Wiewiórkę i wraz z costim i Akakusem zaczęliśmy kopać kanały i układać szyny kolejowe. Odpuściłem już eksperymenty i trochę narobiłem nadszarpniętą w Dębrzynie opinie – co prawda costi miał pretensję że tłumaczyłem skrótami myślowymi, ale w końcu załapał o co biega w tej grze a i najgorzej mu nie poszło :) Miałem jeszcze ochotę na Through the Ages ale jakoś sprowadzono mnie do pionu – chłopakom chyba nie uśmiechało się wracać z niewyspanym kierowcą.
Rano śniadanie czyli dołek sinusoidy – jajecznica czy kiełbasa taka sobie, trochę serka topionego i dżemik, przynajmniej chleba nie limitowali. Na poprawę humoru zdaliśmy pokój i pojechaliśmy na Pionek. Tym razem już nie dałem się odwieść od TtA, potem Caylus Magna Carta i na szybko żółwiki, Ligretto football, Flix Mix, pamiątkowe zdjęcie. Zlot zakończyły Wojny Ryżowe - te nabyłem specjalnie na Pionek zwiedziony obietnicą, i okazało się że było warto. Co prawda karty opisane fatalnie – jakby był sam skrót opisu działania bez zasadniczej treści, ale dało się grać zwłaszcza dzięki zaangażowaniu Squirrel w wyjaśnienie zasad. Użyłem całej swojej perswazji politycznej i już w połowie gry Beata, Veri i costi stwierdzili ze trzeba bić lidera. Mój dajmio stoczył kolejno 2 pojedynki, oczywiście wygrane, nawet mimo losowania remisu :) Nie pozostałem dłużny i pokonałem dajmio Beaty, niestety nie skończyliśmy rozgrywki, więc wszystko się mogło zdarzyć – mimo tak zmasowanego ataku gra ma mechanizmy pozwalające go przetrwać.
Na zakończenie rozegraliśmy kilka testowych gier jak "Ustaw krzesła", "Zbierz plakaty", "Znieś ławkę" "Zanieś materace do budynku obok" i poszliśmy z costim pokazać vapporowi i BMC ukraińską knajpę. Chłopaki już nie popełnią błędu i nie będą jeść pizzy w Gliwicach. Sinusoida skierowała się w dół a my do auta, niestety bez Squirrel. Przez to było nudno, chłopaki tylko od czasu do czasu wspominali jak to było fajnie z Wiewiórką na tylnim siedzeniu :)
Tym razem postanowiłem wziąć kierownicę we własne ręce, a w poszukiwaniu współpasażerów podjąłem drugą dobrą decyzję – jechać przez Radom I Kielce. W W-wie zabrałem Costiego, w Radomiu czekali Vappor i BMC, a w Kielcach Squirrel z Cyrylem. I już w aucie okazało się w czym jest siła Pionka – to jego uczestnicy, a szczególności pomarańczowe koszulki :) Wiewiórka zdecydowanie umiliła i tak wesołą do tej pory podróż – jej zalety pozwalała docenić zwłaszcza dynamiczna jazda w sporym ruchu :) Dopingowany okrzykami Squirrel wycisnąłem z samochodu znacznie więcej niż zwykłem to robić na co dzień ;) a reszta chłopaków była wniebowzięta.
Niestety wszystko co dobre za szybko się kończy, a my zeszliśmy sinusoidą ze szczytów na samo dno – podjechaliśmy pod hotel Tiffany. No i się okazało, że nasza rezerwacja już wyszła – znaczy się rezerwacja była, ale wolnych trójek już nie :) Mimo to zapłaciliśmy – powiedziano że jak wrócimy wieczorem to trójeczka będzie na nas czekać. Okazało się to dwójką z dostawką – ale ci którzy przyjechali dopiero wieczorem mieli ponoć większe problemy i musieli szukać innego lokum. Zaś szczytem wszystkiego była propozycja 2 dwójek zamiast trójki ... w cenie 2 dwójek czyli prawie 100 zł drożej! Po tym nawet sympatyczna sala konferencyjna nie ratuje w moich i costiego oczach tej miejscówki – zwłaszcza że cena i jakość śniadania były odwrotnie proporcjonalne do siebie – i to nie w stronę „mało płacisz dobrze jesz”.
Na szczęście nie zraziło nas to, bo doskonale wiemy że sinusoida idzie potem do góry. Pojechaliśmy więc na Pionka z Browarionem, zostawiając u niego nasze bagaże. Na wejściu zaszokowała nas opłata – aż 200 gr. Zapożyczyłem się więc i zacząłem chłonąć atmosferę imprezy wraz z bułką na drugie śniadanie. Musiałem chyba wyglądać bardzo samotnie bo od razu zacząłem przyciągać pomarańczowe koszulki – to chyba najlepsza metoda by je wszystkie bardzo szybko poznać :) Długo nie dałem się zmolestować, ale jak skończyłem jeść to i wymówka się też skończyła i niestety musiałem w coś zagrać. Poszczęściło się ... Squirrel i dzięki temu poznałem Konfrontacje Władcy Pierścieni. Ma dwie zalety – Śródziemie i krótki czas gry – niestety uległem Wiewiórce i pierścień trafił do miejsca przeznaczenia.
I w końcu nadszedł czas na danie główne – akademia Don Simona pt „Nie będę już cierpiał jak ktoś napisze zagram w Through the Ages ale z osobami które już grały”. Jak wielkie poczucie krzywdy było w narodzie świadczy 16 osobowa frekwencja ;) Po ok. 40 minutowym wykładzie przyszła kolej na praktyki – te na początku niemrawe, stopniowo nabierały rozpędu. Don Simon dwoił się i troił, ale gier było 5 i przez to zrobił się spory down-time. No ale ta gra tak ma, mimo to ląduje u mnie na pierwszym miejscu w kategorii miodność i satysfakcja z grania - przypomina Cywilizację sprzed 20 lat pod tym i innymi względami. Dla mnie gra Pionka. Pierwszą rozgrywkę wygrał dla mnie Michał Anioł, w drugiej(następnego dnia) byłem ostatni, ale satysfakcje miałem jakbym wygrał bo udało mi się zbudować niezły potencjał, nabierając przy tym doświadczenia. Fascynujące w TtA jest to jak szybko rzecz w której czujesz się mocny staje się twoją najsłabszą stroną – przypomina to trochę kurs żeglarski gdzie jak ktoś koryguje kurs łodzi to kończy się to zwrotem w drugą stronę i płynięciem wężykiem.
Ale szczyt sinusoidy osiągnęliśmy znów w poznańskim towarzystwie, kiedy wraz z Seneszelem, Demnogonisem i Westwoodem (ten co prawda z Krakowa ale to prawie to samo) udaliśmy się do ukraińskiej knajpy. Za miesiąc jedziemy z costim walczyć pod Kamieńcem a w Gliwicach poczuliśmy już zew Ukrainy. Knajpa jakby żywcem wzięta stamtąd, wliczając obsługę i jakość jedzenia - miód i piwo pszeniczne w gębie. Poczułem się jak w niebie, w błogostanie odpadliśmy z costim w elimicjacjach w turnieju wiedzy i jedyne na co mnie było stać to obserwować zmagania finałowe. Moim faworytem był Draco, niestety poległ na rokterowej poezji inspirowanej Kaszubkonem. Wielkie brawa dla WC i ujka za turniej – pomysł i wykonanie przednie.
Niestety sinusoida zjeżdżała już w dół – trzeba się było zabierać, zakwaterować i pieszo pospacerowaliśmy w stronę Knajpy. W porównaniu do Gliwic W-wa to dziura – po drodze widzieliśmy kilka bardzo interesujących lokali, niestety Knajpa nie trafiła do tej kategorii. Nie było tam jednego miejsca odpowiedniej wielkości i potworzyły się lokalne koła zainteresowań zamknięte choćby z przyczyn brakomiejscowych na nowoprzybyłych. BMC i vappor którym nie dane było skorzystać z ukraińskich uciech skonsumowali pizzę, ja z costim rozważaliśmy wyższość ukraińskiego pszenicznego piwa nad ofertą Knajpy i stwierdziliśmy że najlepiej będzie wycofać się do Tiffany i pomanewrować. Sinusoida ruszyła więc w górę, ja powstrzymałem swoje zapędy i w końcu pokonałem costiego, niby francuzami, ale kostki mi nie sprzyjały. Manouvre to dobra gra, ale nie w moim typie.
Ostatnią atrakcją wieczoru był Brass – w końcu doczekaliśmy się na Wiewiórkę i wraz z costim i Akakusem zaczęliśmy kopać kanały i układać szyny kolejowe. Odpuściłem już eksperymenty i trochę narobiłem nadszarpniętą w Dębrzynie opinie – co prawda costi miał pretensję że tłumaczyłem skrótami myślowymi, ale w końcu załapał o co biega w tej grze a i najgorzej mu nie poszło :) Miałem jeszcze ochotę na Through the Ages ale jakoś sprowadzono mnie do pionu – chłopakom chyba nie uśmiechało się wracać z niewyspanym kierowcą.
Rano śniadanie czyli dołek sinusoidy – jajecznica czy kiełbasa taka sobie, trochę serka topionego i dżemik, przynajmniej chleba nie limitowali. Na poprawę humoru zdaliśmy pokój i pojechaliśmy na Pionek. Tym razem już nie dałem się odwieść od TtA, potem Caylus Magna Carta i na szybko żółwiki, Ligretto football, Flix Mix, pamiątkowe zdjęcie. Zlot zakończyły Wojny Ryżowe - te nabyłem specjalnie na Pionek zwiedziony obietnicą, i okazało się że było warto. Co prawda karty opisane fatalnie – jakby był sam skrót opisu działania bez zasadniczej treści, ale dało się grać zwłaszcza dzięki zaangażowaniu Squirrel w wyjaśnienie zasad. Użyłem całej swojej perswazji politycznej i już w połowie gry Beata, Veri i costi stwierdzili ze trzeba bić lidera. Mój dajmio stoczył kolejno 2 pojedynki, oczywiście wygrane, nawet mimo losowania remisu :) Nie pozostałem dłużny i pokonałem dajmio Beaty, niestety nie skończyliśmy rozgrywki, więc wszystko się mogło zdarzyć – mimo tak zmasowanego ataku gra ma mechanizmy pozwalające go przetrwać.
Na zakończenie rozegraliśmy kilka testowych gier jak "Ustaw krzesła", "Zbierz plakaty", "Znieś ławkę" "Zanieś materace do budynku obok" i poszliśmy z costim pokazać vapporowi i BMC ukraińską knajpę. Chłopaki już nie popełnią błędu i nie będą jeść pizzy w Gliwicach. Sinusoida skierowała się w dół a my do auta, niestety bez Squirrel. Przez to było nudno, chłopaki tylko od czasu do czasu wspominali jak to było fajnie z Wiewiórką na tylnim siedzeniu :)
sobota, 12 stycznia 2008
Oko 11 stycznia
Kolejne OKO zacząłem od przyglądania się Hannibalowi RvC – plansza piękna ale niepraktyczna – czerwone lub niebieskie ramki pół albo się zlewają z tłem (Rzym) albo biją po oczach. Karty piękne, sposób walki ciekawy, ale kilka dziwnych rozwiązań – trzeba w to zagrać :)
Potem Lim-Dul w końcu się zwolnił i zagraliśmy w Colossal Arena. Gra przypadła mi do gustu – obstawiłem w ciemno potwora pozwalającego przesuwać pionki co pozwoliło mi nie ryzykować zbytnio położeniem 3 kolejnych pionów za 4 pkt. Co prawda 2 z nich poległy (tak, nie tylko Lim-Dul był atakowany :) ale jednego zdążyłem jeszcze przesunąć i w sumie miałem 15 pkt. na 4 pionkach. Super gra, wymaga wyczucia innych graczy, duża „ręka” pozwala na trzymanie się opracowanego planu – tylko jakby zbyt szybko się skończyła :(
Kontynuowaliśmy w tym samym gronie Iliadę – z 12 kart na ręku zagrywasz armię mając na względzie że dopiera się potem tylko 3 karty, a pierwszy pasujący ma najlepszego dowódcę. Udało mi się wygrać cudem pierwszą fazę (dwie największe armie tak się nawzajem wykrwawiły że miałem 1 pkt więcej :)) co pozwoliło mi zyskać przychylność Posejdona do końca gry (wartą 2 pkt z 12 koniecznych do wygranej). Drugą turę od razu spasowałem – nie było dużej floty do zdobycia i mój Posejdon nie był zagrożony – niestety w niej wyścig zbrojeń był bardzo ubogi i choć gracze wystawili torcie wojska to bez większych potyczek zaakceptowali status quo. Ciekawą fazą była specjalna wyrocznia (zwykle dająca ujemny punkt lub dwa) która tym razem powodowała że wygrywał tylko jeden gracz który przed swą aktywacją maj najwięcej wojska. A łupem była Helena – najcenniejsza ( 5pkt.) karta. Tylko Lim-Dul nie wygrywał po jej wygraniu – więc po początkowej walce (miałem 2 łuczników i balistę – idealne do utrzymania równowagi na stole siły) Lim-Dul dostał na osłodę Helenę.
Ostatnia runda mi sprzyjała – gracze mieli mało wojska na ręku – ja zaś 2 katapulty i hoplitów za 4 i 2. Katapulty pozwoliły mi zużyć 4 rundy (wystawienie i strzał) na to by trzymać wojsko na ręku i pozwalać innym wzajemnie się wyżynać. I na koniec pojawiła się moja falanga pewnie krocząc do zwycięstwa :) Niestety wadą gry jest spora losowość – 3 karty to mało, trzeba rozsądnie gospodarować ręką.
Pod koniec Iliady pojawiła się moja znajoma, co spowodowało radykalną zmianę podejścia do Shadows over Camelot – to był mój wieczór – nie tylko wygrywałem, ale też decydowałem w co ;) Gra poszła sprawnie, jak to ma w zwyczaju bez zdrajcy i oskarżeń – czarne karty głównie szkodziły meczowi i Graalowi, ale tam mieliśmy akurat mocne ekipy.
8 minut wystarczyło też na partyjkę Blefuja – zagranie Lim-Dula przejdzie do legendy tej gry chyba :)
Potem Lim-Dul w końcu się zwolnił i zagraliśmy w Colossal Arena. Gra przypadła mi do gustu – obstawiłem w ciemno potwora pozwalającego przesuwać pionki co pozwoliło mi nie ryzykować zbytnio położeniem 3 kolejnych pionów za 4 pkt. Co prawda 2 z nich poległy (tak, nie tylko Lim-Dul był atakowany :) ale jednego zdążyłem jeszcze przesunąć i w sumie miałem 15 pkt. na 4 pionkach. Super gra, wymaga wyczucia innych graczy, duża „ręka” pozwala na trzymanie się opracowanego planu – tylko jakby zbyt szybko się skończyła :(
Kontynuowaliśmy w tym samym gronie Iliadę – z 12 kart na ręku zagrywasz armię mając na względzie że dopiera się potem tylko 3 karty, a pierwszy pasujący ma najlepszego dowódcę. Udało mi się wygrać cudem pierwszą fazę (dwie największe armie tak się nawzajem wykrwawiły że miałem 1 pkt więcej :)) co pozwoliło mi zyskać przychylność Posejdona do końca gry (wartą 2 pkt z 12 koniecznych do wygranej). Drugą turę od razu spasowałem – nie było dużej floty do zdobycia i mój Posejdon nie był zagrożony – niestety w niej wyścig zbrojeń był bardzo ubogi i choć gracze wystawili torcie wojska to bez większych potyczek zaakceptowali status quo. Ciekawą fazą była specjalna wyrocznia (zwykle dająca ujemny punkt lub dwa) która tym razem powodowała że wygrywał tylko jeden gracz który przed swą aktywacją maj najwięcej wojska. A łupem była Helena – najcenniejsza ( 5pkt.) karta. Tylko Lim-Dul nie wygrywał po jej wygraniu – więc po początkowej walce (miałem 2 łuczników i balistę – idealne do utrzymania równowagi na stole siły) Lim-Dul dostał na osłodę Helenę.
Ostatnia runda mi sprzyjała – gracze mieli mało wojska na ręku – ja zaś 2 katapulty i hoplitów za 4 i 2. Katapulty pozwoliły mi zużyć 4 rundy (wystawienie i strzał) na to by trzymać wojsko na ręku i pozwalać innym wzajemnie się wyżynać. I na koniec pojawiła się moja falanga pewnie krocząc do zwycięstwa :) Niestety wadą gry jest spora losowość – 3 karty to mało, trzeba rozsądnie gospodarować ręką.
Pod koniec Iliady pojawiła się moja znajoma, co spowodowało radykalną zmianę podejścia do Shadows over Camelot – to był mój wieczór – nie tylko wygrywałem, ale też decydowałem w co ;) Gra poszła sprawnie, jak to ma w zwyczaju bez zdrajcy i oskarżeń – czarne karty głównie szkodziły meczowi i Graalowi, ale tam mieliśmy akurat mocne ekipy.
8 minut wystarczyło też na partyjkę Blefuja – zagranie Lim-Dula przejdzie do legendy tej gry chyba :)
sobota, 5 stycznia 2008
Oko 4 stycznia
Półtora miesiąca przerwy, różne zawirowania ale w końcu znów coś piszę – tradycyjnie relacja z OKO. Najpierw Ca$h 'n Gun$ z dodatkiem Yakuzas – chaotyczne i sympatyczne, ale ponoć wersja podstawowa jest lepsza. Skoro tak, muszę w końcu zagrać.
Potem Beowulf – ładnie wydany, w porównaniu z Kingdoms więcej się dzieje na planszy, jest ciekawiej i w sumie jednak lepiej. Trzy różne plansze, 3 zestawy żetonów – pozycja warta grzechu. Niestety nie mogłem się na niej skupić, bo obok rozkładano Hannibal Barkas. Jak usłyszałem że ktoś chce wcisnąć niewielki rzymski garnizon na Sycylii jako główną armię Syrakuz, musiałem zareagować. Niestety inne sprawy wykazywały podobny poziom znajomości słowa pisanego i musiałem chłopakom wyjaśnić podstawy – potem akcja ruszyła z kopyta – Rzym podporządkował sobie całą Galię przedalpejską korzystając z faktu że Hannibal poczekał turę czekając na hiszpańską piechotę. No ale przejście przez Alpy nie było dlań szczęśliwe, dodatkowo choroby zdziesiątkowały jego armię. Widząc co się dzieje armia południowa Rzymu zawróciła spod Nowej Kartaginy i połączyła się z resztą oddziałów. Widząc co się święci Hannibal chciał uciec z walki przed bitwą, no ale Bogowie uśmiechali się w stronę Rzymu i zza Alp nie wrócił żaden z kartagińskich żołnierzy.
Obserwując śródziemnomorskie zmagania czekałem na skończenie tłumaczenia Roku Smoka. Gra potwierdziła moją wysoką 10 w ocenie – znów wygrałem :) Co prawda 60% graczy debiutowało, no ale miałem tylko jedną grę przewagi. Postawiłem na tę samą strategie – bycie w czubie akcji, szybkie kupienie reliktu za 2 punkty i zamek z 2 mnichami za 9 pkt i dużo postaci. Wystarczyło choć początek miałem ze sporym błędem – mogłem mieć cztery a nie trzy pagody i kilka punktów więcej. Leo który postawił na początek kupiec + budowniczy popełnił wielki błąd nie biorąc od razu drugiego kupca i całą grę spędził w ogonie.
Na koniec tradycyjne pogaduszki przed OKO w kręgu znajomych – 22 to stanowczo zbyt wcześnie na powrót do domu – tym razem jednak wygrał dziadek Mróz :)
Potem Beowulf – ładnie wydany, w porównaniu z Kingdoms więcej się dzieje na planszy, jest ciekawiej i w sumie jednak lepiej. Trzy różne plansze, 3 zestawy żetonów – pozycja warta grzechu. Niestety nie mogłem się na niej skupić, bo obok rozkładano Hannibal Barkas. Jak usłyszałem że ktoś chce wcisnąć niewielki rzymski garnizon na Sycylii jako główną armię Syrakuz, musiałem zareagować. Niestety inne sprawy wykazywały podobny poziom znajomości słowa pisanego i musiałem chłopakom wyjaśnić podstawy – potem akcja ruszyła z kopyta – Rzym podporządkował sobie całą Galię przedalpejską korzystając z faktu że Hannibal poczekał turę czekając na hiszpańską piechotę. No ale przejście przez Alpy nie było dlań szczęśliwe, dodatkowo choroby zdziesiątkowały jego armię. Widząc co się dzieje armia południowa Rzymu zawróciła spod Nowej Kartaginy i połączyła się z resztą oddziałów. Widząc co się święci Hannibal chciał uciec z walki przed bitwą, no ale Bogowie uśmiechali się w stronę Rzymu i zza Alp nie wrócił żaden z kartagińskich żołnierzy.
Obserwując śródziemnomorskie zmagania czekałem na skończenie tłumaczenia Roku Smoka. Gra potwierdziła moją wysoką 10 w ocenie – znów wygrałem :) Co prawda 60% graczy debiutowało, no ale miałem tylko jedną grę przewagi. Postawiłem na tę samą strategie – bycie w czubie akcji, szybkie kupienie reliktu za 2 punkty i zamek z 2 mnichami za 9 pkt i dużo postaci. Wystarczyło choć początek miałem ze sporym błędem – mogłem mieć cztery a nie trzy pagody i kilka punktów więcej. Leo który postawił na początek kupiec + budowniczy popełnił wielki błąd nie biorąc od razu drugiego kupca i całą grę spędził w ogonie.
Na koniec tradycyjne pogaduszki przed OKO w kręgu znajomych – 22 to stanowczo zbyt wcześnie na powrót do domu – tym razem jednak wygrał dziadek Mróz :)
sobota, 24 listopada 2007
OKO 23 listopada
Zaczęliśmy od Cuby – niestety z trochę błędnymi zasadami, przez 2 rundy limit 2 produktów był łącznie z surowcami, a na koniec gry nie punktowaliśmy budynków. Po początkowym deficycie surowców mechanika zaczęła działać, a gra pokazała że tutaj zamiast planowania liczy się reakcja na to co inni robią (w czym pomaga ogranie) – oprócz napisów po niemiecku i faktu że widziałem plansze do góry nogami to jedyne dla mnie wady tej gry. Wtórności nie zauważyłem, niektórym współgraczom niestety nie pasowało że nie zawsze można użyć z senesem postaci – no ale przecież to się przekłada na zdecydowanie lepsze użycie innych - gracz który załadował statek na 15 pkt. nie powinien narzekać że potem Handlarka nic mu nie dała). Wielość rozmaitych dróg punktowania, konieczność ciągłych modyfikacji planów mogą niektórych graczy spowolnić – ale tak się objawia brak losowości. A nasza wypaczona partia? – mi poszło źle – źle rozstawiłem budynki, zrobiłem dwa spore błędy w rozgrywce i byłem ostatni – wygrał Szymon kasą przed Sztefanem. Także pałam żądzą rewanżu na grze :)
Potem zagraliśmy w Salamance – takie wtórne Carcassonne ;) Jako jedyny grający po raz pierwszy zapłaciłem frycowe nowicjusza, ale i tak zająłem 3 miejsce :) Dobra gra, ale nie czuję potrzeby zagrania w nią po raz kolejny - choć nie odmówię z „braku laku”. Kilka fajnych rozwiązań, sporo możliwości szkodzenia innym, mechanizm „sojuszu” – solidna pozycja.
Kolejny etap – to przemieszczenie się do mnie i długie negocjacje przy pizzie w co gramy ;) Stanęło na El Grande – nie grałem w nią jeszcze i wiedziałem że to błąd. Gra jest rewelacyjna – proste zasady, wiele możliwości. Rewelacyjny mechanizm wieży – drugi desant zrobiłem na rodowe włości Sztefana i szkodząc podwójnie, bo trzeci desant Sztefan profilaktycznie zrobił zabezpieczając swoje włości co nic mu nie dało bo nikt się nań nie pokusił.
Pierwszy zaczął Jax i korzystając z okazji pociągnął kartę dającą mu kilkanaście punktów przewagi nad nami – i to okazało się jego zgubą bo był na naszym wspólnym celowniku – skończył na 3 miejscu. Sztefan dwie akcje zagrał przeciw mnie i to okazało się jego zgubą bo był na moim celowniku – skończył na 4 miejscu ;)
Najlepiej poszło melee – rozbudowywał swoje pozycje przez całą grę i wyprzedził mnie o ok. 10 pkt – co uważam za wielki sukces jak na pierwszą partię. No i prześcignąłem jaxa – sam nie wiem jakim cudem :)
Potem zagraliśmy w Salamance – takie wtórne Carcassonne ;) Jako jedyny grający po raz pierwszy zapłaciłem frycowe nowicjusza, ale i tak zająłem 3 miejsce :) Dobra gra, ale nie czuję potrzeby zagrania w nią po raz kolejny - choć nie odmówię z „braku laku”. Kilka fajnych rozwiązań, sporo możliwości szkodzenia innym, mechanizm „sojuszu” – solidna pozycja.
Kolejny etap – to przemieszczenie się do mnie i długie negocjacje przy pizzie w co gramy ;) Stanęło na El Grande – nie grałem w nią jeszcze i wiedziałem że to błąd. Gra jest rewelacyjna – proste zasady, wiele możliwości. Rewelacyjny mechanizm wieży – drugi desant zrobiłem na rodowe włości Sztefana i szkodząc podwójnie, bo trzeci desant Sztefan profilaktycznie zrobił zabezpieczając swoje włości co nic mu nie dało bo nikt się nań nie pokusił.
Pierwszy zaczął Jax i korzystając z okazji pociągnął kartę dającą mu kilkanaście punktów przewagi nad nami – i to okazało się jego zgubą bo był na naszym wspólnym celowniku – skończył na 3 miejscu. Sztefan dwie akcje zagrał przeciw mnie i to okazało się jego zgubą bo był na moim celowniku – skończył na 4 miejscu ;)
Najlepiej poszło melee – rozbudowywał swoje pozycje przez całą grę i wyprzedził mnie o ok. 10 pkt – co uważam za wielki sukces jak na pierwszą partię. No i prześcignąłem jaxa – sam nie wiem jakim cudem :)
środa, 31 października 2007
Smocze Gniazdo 30.10
Nie czułem się najlepiej i zamiast nocnej imprezy na Świerzym powietrzu po raz pierwszy zjawiłem się w Smoczym Gnieździe – nie bez problemów bo idąc Koszykową w pewnym momencie ulica mi się zgubiła :) A i w bibliotece też ciężko było odnaleźć Gniazdo.
Zacząłem od Betrayal at House on The Hill – przygodowa penetracja nawiedzonego domu. Ta gra nie przypadła mi do gustu – na początku dłużyzny, takie łażenie bez sensu, a potem największą zabawę ma nawiedzony – reszta gra w grupie i nie każdy może być potrzebny. Gra zdecydowanie nie dla mnie, w przeciwieństwie do Ghost for Sale.
Rewelacyjna pozycja pod warunkiem wyrównanego, wysokiego poziomu graczy – a z takimi właśnie miałem przyjemność zagrać :) Gra licytacyjna z elementem blefu – gracze najpierw wybierają czy kłamią, następnie licytujemy wizytę u wróżki i odrzucone karty. Wróżka pozwala nam podejrzeć stanowisko jednej osoby (ten kto dał najwięcej nie ma podejrzanej własnej karty, ten kto najmniej – nie wie nic, ale zyskuje z powrotem karty poświęcone na licytacje), zaś odrzucone karty przy odrobinie szczęścia pozwalają precyzyjnie ustalić nastawienia graczy (jaxowi się to udało).
Potem umieszcza się duchy w zamkach – te mają wpływ na ich cenę, ale nie mając pewności kto kłamie (duch takiego gracza oznacza jego brak i na odwrót) jest spora szansa nieświadomego obniżenia wartości zamku. Te mogą mieć jeszcze zdolności specjalne – dodatkowe duchy, zagadki czy otwarta licytacja.
A na koniec licytujemy zamki (i tak 2 x). Karty mają wartość od 1 do 10, rewersy są w dwu rodzajach – duża kasa (6-9 i ... 1) i mała kasa (2-5 i 10) – 1 i 10 to kolejne elementy blefu :) Trzeba właściwie ocenić nastawienie graczy i mieć sporo szczęścia – w drugiej części podejrzałem nastawienie jaxa, jednak rozmieszczenie duchów było takie że jego żetony były przy nieinteresujących mnie zamkach :(
Po pierwszej turze zdobyłem dwa zamki (jeden mogłem wyzerować źle wybierając opcje specjalną) za 9 pkt, drugi był Lim-Dul z 7 pkt. W drugiej turze byłem przekonany że rozgryzłem wszystkich, okazało się że jednak nie ale szczęśliwie w jedynym wylicytowanym przeze mnie zamku wyszło to na zero – obaj pomyleni przeze mnie gracze się uzupełniali. A że wylicytowałem za 8 pkt (bo znów prawidłowo wybrałem opcję specjalną) wygrałem o to właśnie (2 pkt) przed Klosem, bo Lim-dul nie zdobył nic - przegrał morderczą licytację o 10 pkt zamek.
Na koniec Blefuj – w końcu udało mi się nie przegrać :) A po powrocie do domu okazało się że mam prawie 38 stopni gorączki :(
Zacząłem od Betrayal at House on The Hill – przygodowa penetracja nawiedzonego domu. Ta gra nie przypadła mi do gustu – na początku dłużyzny, takie łażenie bez sensu, a potem największą zabawę ma nawiedzony – reszta gra w grupie i nie każdy może być potrzebny. Gra zdecydowanie nie dla mnie, w przeciwieństwie do Ghost for Sale.
Rewelacyjna pozycja pod warunkiem wyrównanego, wysokiego poziomu graczy – a z takimi właśnie miałem przyjemność zagrać :) Gra licytacyjna z elementem blefu – gracze najpierw wybierają czy kłamią, następnie licytujemy wizytę u wróżki i odrzucone karty. Wróżka pozwala nam podejrzeć stanowisko jednej osoby (ten kto dał najwięcej nie ma podejrzanej własnej karty, ten kto najmniej – nie wie nic, ale zyskuje z powrotem karty poświęcone na licytacje), zaś odrzucone karty przy odrobinie szczęścia pozwalają precyzyjnie ustalić nastawienia graczy (jaxowi się to udało).
Potem umieszcza się duchy w zamkach – te mają wpływ na ich cenę, ale nie mając pewności kto kłamie (duch takiego gracza oznacza jego brak i na odwrót) jest spora szansa nieświadomego obniżenia wartości zamku. Te mogą mieć jeszcze zdolności specjalne – dodatkowe duchy, zagadki czy otwarta licytacja.
A na koniec licytujemy zamki (i tak 2 x). Karty mają wartość od 1 do 10, rewersy są w dwu rodzajach – duża kasa (6-9 i ... 1) i mała kasa (2-5 i 10) – 1 i 10 to kolejne elementy blefu :) Trzeba właściwie ocenić nastawienie graczy i mieć sporo szczęścia – w drugiej części podejrzałem nastawienie jaxa, jednak rozmieszczenie duchów było takie że jego żetony były przy nieinteresujących mnie zamkach :(
Po pierwszej turze zdobyłem dwa zamki (jeden mogłem wyzerować źle wybierając opcje specjalną) za 9 pkt, drugi był Lim-Dul z 7 pkt. W drugiej turze byłem przekonany że rozgryzłem wszystkich, okazało się że jednak nie ale szczęśliwie w jedynym wylicytowanym przeze mnie zamku wyszło to na zero – obaj pomyleni przeze mnie gracze się uzupełniali. A że wylicytowałem za 8 pkt (bo znów prawidłowo wybrałem opcję specjalną) wygrałem o to właśnie (2 pkt) przed Klosem, bo Lim-dul nie zdobył nic - przegrał morderczą licytację o 10 pkt zamek.
Na koniec Blefuj – w końcu udało mi się nie przegrać :) A po powrocie do domu okazało się że mam prawie 38 stopni gorączki :(
sobota, 27 października 2007
OKO 26 października
Najpierw Lim-dul namówił nas na jakąś japońską karciankę Meikyu Conquest – nic szczególnego, zwłaszcza że zasady nie do końca były jasne (jedna karta albo praktycznie wygrywała grę, wg interpretacji Lim-dula, albo była normalna – angielskie, pełne błędów tłumaczenie jednoznaczne nie było). Tak czy owak wygrałem mając 10 lub 6 pkt. w zależności od interpretacji tej karty, bo graliśmy albo na 6 albo na 10 pkt. ;) – taki niedoprecyzowany potworek :)
Clue wieczoru to Puerto Rico – dodatkowe budynki mają kolosalną zaletę – czynią grę nieprzewidywalną – można wybierając te a nie inne budynki zabrać albo utrudnić ulubione strategie. Początek miałem przeciętny, potem popełniłem spory błąd – wybudowałem dużą cukrownię niesłusznie bojąc się że jej zabraknie zamiast małego magazynu lub czarnego rynku – skutkiem tego miałem kubańską gospodarkę marnującą co najmniej połowę zbiorów – bo oczywiście cukrowni nie zabrakło w przeciwieństwie do magazynu. Jax w pewnym momencie starał się namówić mnie bym zagrał przeciw Gigi – wolałem zagrać jednak pod siebie, czyli przeciw Jaxowi, dzięki czemu wyprzedziłem ... Geko :) Kiedy wszyscy sądzili że wygra Adrian, moc kukurydzy pokazał Gigi i wygrał z 57 pkt.), za nim Adrian (56), potem ja (44), Geko (42) i Jax (35). Gdyby w jednym momencie Geko wysłał cukier na statek blokując go mi, byłby przede mną. Ale tracił na tym chyba 1 pkt więc się nie zdecydował blokować mi 3 :)
Potem był Mykerinos – dziwnie mi się ta gra ułożyła, Pierwsza tura w plecy – miałem tylko kafelek za 5 pkt bez żadnej postaci, w drugiej turze poszedłem więc na pewniaka w dwa kafelki oszczędzając pracowników, a trzecia to było mistrzostwo fuksa – kładąc tylko 6 robotników i szybko pasując wygrałem 3 kafelki. W czwartej turze zaskoczyłem wszystkich wykładając 14 posiadanych robotników – nawet sam nie wierzyłem że to możliwe – ale pozwoliło mi to zyskać kolejne 3 kafle i niespodziewanie zrównać się z Jaxem. A gdybym lepiej na początku obstawił muzeum ...
Następnie na tapetę wzięliśmy Filou – licytacja kotów w worku. Bardzo sympatyczna i bardzo kiepsko mi w nią szło – a zagrałem cztery razy – za każdym razem końcówka stawki.
W międzyczasie obejrzałem jeszcze karcianego Wiedźmina – do zagrania przy najbliższej okazji.
Clue wieczoru to Puerto Rico – dodatkowe budynki mają kolosalną zaletę – czynią grę nieprzewidywalną – można wybierając te a nie inne budynki zabrać albo utrudnić ulubione strategie. Początek miałem przeciętny, potem popełniłem spory błąd – wybudowałem dużą cukrownię niesłusznie bojąc się że jej zabraknie zamiast małego magazynu lub czarnego rynku – skutkiem tego miałem kubańską gospodarkę marnującą co najmniej połowę zbiorów – bo oczywiście cukrowni nie zabrakło w przeciwieństwie do magazynu. Jax w pewnym momencie starał się namówić mnie bym zagrał przeciw Gigi – wolałem zagrać jednak pod siebie, czyli przeciw Jaxowi, dzięki czemu wyprzedziłem ... Geko :) Kiedy wszyscy sądzili że wygra Adrian, moc kukurydzy pokazał Gigi i wygrał z 57 pkt.), za nim Adrian (56), potem ja (44), Geko (42) i Jax (35). Gdyby w jednym momencie Geko wysłał cukier na statek blokując go mi, byłby przede mną. Ale tracił na tym chyba 1 pkt więc się nie zdecydował blokować mi 3 :)
Potem był Mykerinos – dziwnie mi się ta gra ułożyła, Pierwsza tura w plecy – miałem tylko kafelek za 5 pkt bez żadnej postaci, w drugiej turze poszedłem więc na pewniaka w dwa kafelki oszczędzając pracowników, a trzecia to było mistrzostwo fuksa – kładąc tylko 6 robotników i szybko pasując wygrałem 3 kafelki. W czwartej turze zaskoczyłem wszystkich wykładając 14 posiadanych robotników – nawet sam nie wierzyłem że to możliwe – ale pozwoliło mi to zyskać kolejne 3 kafle i niespodziewanie zrównać się z Jaxem. A gdybym lepiej na początku obstawił muzeum ...
Następnie na tapetę wzięliśmy Filou – licytacja kotów w worku. Bardzo sympatyczna i bardzo kiepsko mi w nią szło – a zagrałem cztery razy – za każdym razem końcówka stawki.
W międzyczasie obejrzałem jeszcze karcianego Wiedźmina – do zagrania przy najbliższej okazji.
sobota, 13 października 2007
OKO – 12 października
Tym razem krótka wizyta – zacząłem dwoma partiami w Blokusa – bardzo sympatyczna, szybka gra, wciąga – nie odmówię kolejnych partii.
Potem Razzia! W mocnym składzie Geko, Ja_n i Gigi. Bardzo nietypowa partia – dwa pierwsze rozdania za wcześnie licytowane, miałem pełną swobodę doboru 7 kart przy 6 policjantach. Osiągnąłem tak wielką przewagę, że trzecie rozdanie, gdzie policjanci wysypali się tak szybko że tylko jeden podział łupów był, było na moją korzyść – wygrałem z sumą punktów pozostałej trójki :)
Potem przypatrywałem się jeszcze rozgrywce Kingdoms – zasady załapałem w lot – ciekawa gra – koniecznie do spróbowania. No i musiałem się zabierać.
Potem Razzia! W mocnym składzie Geko, Ja_n i Gigi. Bardzo nietypowa partia – dwa pierwsze rozdania za wcześnie licytowane, miałem pełną swobodę doboru 7 kart przy 6 policjantach. Osiągnąłem tak wielką przewagę, że trzecie rozdanie, gdzie policjanci wysypali się tak szybko że tylko jeden podział łupów był, było na moją korzyść – wygrałem z sumą punktów pozostałej trójki :)
Potem przypatrywałem się jeszcze rozgrywce Kingdoms – zasady załapałem w lot – ciekawa gra – koniecznie do spróbowania. No i musiałem się zabierać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)