piątek, 30 września 2005

I po sezonie - kolory motyla

Na początku był rower. Zawsze dużo jeździłem, choć ostatnimi laty coraz mniej. Potem był Piotrek, którego namowy na starty w maratonach postanowiłem wykorzystać by odwrócić tą tendencję. Na pierwszy maraton w Łomiankach udałem się z marszu – wsiadłem na rower tydzień wcześniej i łącznie przejechałem mniejszy dystans niż 45 km na maratonie. Ale nie przejmowałem się tym bo miałem jechać turystycznie. Tuż po starcie zmieniłem zdanie – jadę na maxa! Poszło aż za dobrze, brak przygotowania zaowocował odnowioną kontuzją. Następne 5 maratonów musiałem odpuścić. Byłem na dwu jako kibic, bez startów, i głód rowerowania narastał. Byłem już uzależniony.

Kolejny start – Istebna. Pierwsze góry, radość z samego faktu że mogę już jeździć, że dojechałem, że nie dałem się błotu i ciężkiej trasie. Następne maratony – Olsztynek i Danielki – pierwsze drobne problemy techniczne, złe rozłożenie sił lub niedocenienie warunków w górach i mimo wszystko dobre wyniki pokazały, że trzeba zmienić podejście. Z żółtodzioba stałem się amatorem. Przez siedem lat się zastanawiałem, w końcu podjąłem decyzje o zakupie butów SPD (system pozwalający na wpięcie się w pedały, pozwalający na bardziej efektywne pedałowanie), kolejny lekarz w końcu pozwolił upewnić się że kontuzja należy do przeszłości. Z poczwarki stałem się motylem, a raczej czarno-białą ćmą, bo siły i umiejętności nie te. Ale mogłem przycisnąć na pedał.

Kolejne maratony – Kraków, Przesieka, Bydgoszcz – to coraz większa przyjemność z jazdy, odkrywanie nowych możliwości i ograniczeń jakie dają SPD, pierwsze wyzwanie dłuższego dystansu, pierwsze poważniejsze awarie roweru który coraz bardziej odstawał od wyzwań jakim musiał sprostać. Wpadłem już bez reszty. I nagle koniec sezonu, który dla mnie zaczął się tak naprawdę dopiero w połowie. Mieszane uczucia – ulga, że już koniec, że można odpocząć, i trochę niedosytu, że brak przygotowania, praktycznie ominięcie pierwszej połowy sezonu. Ale przede wszystkim – nowe wyzwanie – kolejny rok, kolejne maratony. Dbać o kondycje, przygotować się do startów już zawsze na długim dystansie. Nabrać kolorów motyla. Już nie mogę się doczekać :)

wtorek, 27 września 2005

Bydgoszcz - Własna klątwa

Po Przesiece obiecałem sobie że w Bydgoszczy pojadę dystans PRO. Wieść o jego skróceniu o 50 km o dziwo nie wprawiła mnie w dobry nastrój, a wręcz przeciwnie. Miałem już rozpisane dwie treningowe jazdy powyżej 100 km – drugą skróciłem więc do 75 km. Resztę urlopu poświęciłem na odpoczynek i wypoczęty a na pewno wyspany udałem się z Kielc przez Warszawę do Bydgoszczy. W stolicy dołączyli Palec i Łasica, a dając odpocząć krzyżowi pozwoliłem Palcowi poszaleć za kołkiem. Na miejscu, pięknym Starym Rynku rejestracja, spaghetti i oglądanie nowych strojów rowerowych. Przez to u gościnnego Roberta zjawiliśmy się dopiero po 23 – a i wtedy przed snem obejrzeliśmy filmy z Przesieki i Transcarpatii niepomni przestrogi, ze o 7 rano zjawia się ekipa remontowa ocieplająca budynek. I faktycznie – pobudka była jak z filmu Dzień Świra, mimo najszczerszych chęci dospania do planowanej ósmej, z wiertarką udarową nie wygrasz :(

Robert z dziewczyną postanowili nam towarzyszyć i pilotowali na miejsce startu. Tam dokończyliśmy przygotowania, w punkcie serwisowym pompowanie opon i smarowanie i na start. Runda honorowa rozlała się z jezdni na chodniki, potem w lesie minąłem MiTa czekającego na dętkę od Crenscha, by natknąć się na korek przed zamkniętym szlabanem. Potem już bez przeszkód jechało się bardzo dobrze aż do 34 km gdzie musiałem zawrócić kilkadziesiąt metrów bo okazało się że skręciłem na Amatora.

Droga na Pro wiodła pod wiatr na asfalcie. Przez pierwsze km dałem innym poznać przewagę 28” kół, potem stwierdziłem że nie warto się samemu męczyć i podczepiłem się do peletonu prowadzonego przez tą samą parę z WSÓŁ na koszulce co w Olsztynku. Z nimi przejechałem resztę pętelki Pro, i po bufecie niestety odpadłem – spełniła się moja klątwa z Przesieki. Tam nie pojechałem na Pro bo stwierdziłem że nie wytrzyma tego rower – i oczywiście 2 km powyżej dystansu Amator nie wytrzymała dętka w Bydgoszczy. Na szczęście – tyle mogę powiedzieć z perspektywy czasu.

Ja straciłem 13 min, inni łamali wtedy obojczyki – okazało się że kilkaset metrów dalej było bardzo niebezpieczne, nie oznakowane miejsce. Jak już tam dojechałem, to nie zdążyłem nabrać pędu no i jeden z zawodników ostrzegał wcześniej by ostrożnie jechać. W międzyczasie minął mnie MiT którego nie zauważyłem i Crensch którego nie zauważyć ciężko. Tego drugiego po kilkunastu minutach dogoniłem i przegoniłem na górkach fordońskich – po szybkich odcinkach okazało się że podjazdy grożą skurczem i lepiej podchodzić. Na dodatek na brukowym zjeździe okazało się że klekocze mi przedni hamulec – do mety nie było już daleko więc postanowiłem zobaczyć dopiero na mecie co jest grane.

Jeszcze na przeprawie przez tory wyprzedziłem kilkunastu bikerów czekających za zamkniętym szlabanem – ja wybrałem kładkę nad torami, dzięki informacjom z forum że to przejście jest zamknięte 45 min na godzinę. Za mną jechał Crensch – i jakimś cudem na metę dojechał pierwszy, mimo że mnie nie wyprzedził. On jechał wg strzałek, ja wg. wskazań policjantów kierujących ruchem. Tak – ruchem – ostatnie km to był wyścig w ruchu ulicznym, meta zaś była ... kilka km przed meta na Starym Rynku.

Te miejskie fragmenty to totalna porażka organizatorów. Na mecie nie było picia, jedzenia więc po paru fotkach z Cyklistami pojechaliśmy na tą drugą metę. Wcześniej dokręciłem hamulec tylko jedną śrubę – druga wyparowała. No i stwierdziłem że z tego ambarasu założyłem oponę kierunkową ... w drugą stronę. Tak to bywa kiedy łączna liczba zmiany opon w ostatnich 5 latach jest mniejsza niż 1 :(

Już po wszystkim okazało się, że dzięki kategorii mimo wszystko miałem więcej punktów niż Mit i Crensch, wyprzedziłem Paleciaka w generalce i brakło mi solidniejszej sztycy lub pewniejszej opony do pięknej sumy 2000 pkt. Za rok plany mam ambitne – tylko dystanse PRO i jeszcze piękniejsza suma 3000 pkt. w 7 startach.

środa, 14 września 2005

Przesieka - Mocniejszy od roweru

We wtorek przed maratonem kumpel namówił mnie na rowerowanie – efekt to 96 km, z czego większość w nocy po lesie, popuszczająca dętka z tylu i dzwoniące przednie koło. Dętkę wymieniam z definicji, oględziny tylnej opony zaowocowały decyzją o jej wymianie. Kupiłem najszerszą, 4,5 cm – koło ma już bliżej 29” niż 28”, a przy przedniej przerzutce luzu na milimetry, za to wg oznaczeń MTB 1.75” opona to już prawie góral. Dodatkowo Palec uświadomił mnie że jest to opona kierunkowa a takie zakłada się na przód ;) a nie tył.

Gorzej było z przednim kołem – tutaj niby wszystko wyglądało OK a dzwoniło czasem – dopiero po maratonie odkryłem ze to nie hamulec o szprychy, a najniższa jego część o tarcze lekko zawadzała, wydając hałasy dopiero po przekroczeniu 25 km/h. Tak więc po małej rewolucji, którą na szczęście dokonałem przed, a nie w trakcie maratonu, wstaję o 4 rano tylko po to by odebrać SMSa od Crenscha ze jedziemy nie o 6, a o 9 lub i później. Ubezpieczenie na auto się skończyło i musiał je zapłacić przed wyjazdem...

Przez to wszystko wyjechaliśmy po 11 – droga przez Częstochowę nie była na tyle szybka by nadrobić dłuższą trasę, a zostawiła tylko większą dziurę w kieszeni po tankowaniu. Przed Jelenią Górą Crenscha upolowali niebiescy i podarowali mu 10 pkt i kredytowy na 500 zł, informując również ze jutro koniec ważności przeglądu technicznego. A schowani byli tak, że strzelając z samochodu przez okno nie do wypatrzenia z obu stron. Na pocieszenie dodali ze będą jutro obstawiać maraton :)

W Przesiece zameldowaliśmy się niedługo przed ekipą z drugiego auta, pokoje nie były rewelacyjne, za to stołówka przyzwoita a i sklep zacnie wyposażony w chmielowe płyny. Po sutej kolacji gdzie przyprawiliśmy o ból głowy sympatyczną kelnerkę różnorodnością zamówień, przetestowaliśmy jakość lokalnych browarów i zadowoleni z wyniku udaliśmy się na spoczynek.

Rano pogoda zapowiadała się wyśmienicie, pełni sił przygotowaliśmy rowery i siebie. Mnie podkusiło jeszcze by iść do serwisu – tam sprawdzili że z przodu hamulec na pewno o szprychy nie uderza – ale że dzwoniło dalej – nie uwierzyłem. Doregulowali, a raczej przeregulowali mi też tylna przerzutkę. Jak wcześniej nie chciało mi wchodzić na przedostatnia tarczę, to po regulacji z tej tarczy chciało samo piąć się na największą z tyłu – nie przeszkadzało to jednak bo jazda na 2 czy 3 tarczy nie różni się u mnie zbytnio.

Minutę przed startem MiT zorientował się ze nie założył chipa – i tak lepiej wtedy niż w ogóle. Start ostry był na dole więc wiele nie stracił. Zjazd asfaltem w dół korkował się co jakiś czas przez samochody, potem zaczął się podjazd. Na nim jakoś dziwnie wszystkich wyprzedzałem – Mariusza, MiTa, nawet Palca. Tylko dziwiłem się trochę później ze jestem strasznie zmachany a podjazd był połową tego co Harkabuz na który co prawda wolniej, ale wjechałem bez problemów. Sprawa się wyjaśniła jak już wyczerpany zatrzymałem się na łyk wzmocnionego Powerade – jechałem cały czas na środkowej tarczy z przodu :) Zredukowałem i resztę podjazdu jechałem razem z peletonem, trochę jakby tylko mocniejszym niż zwykle ;)

Zjazdy okazały się bardzo kamieniste, tak jak w Krakowie, a ja i mój rower nie przepadamy za czymś takim. Dodatkowo, jakoś dziwnie chodziła mi kierownica – na mecie okazało się ze poluzowała się śruba od dołu – nawet nie wiedziałem że taką mam ;). Na boku co chwila ktoś z laczkiem był więc zjazdy miałem bardzo ostrożne, praktycznie w tempie podjazdu. Odbijałem to sobie na podjazdach gdzie wyprzedzałem z powrotem co najmniej połowę ludzi którzy na zjeździe mnie wyczesali. Czyli standard.

Bufety znów szybko jeden po drugim były, zapas w bidonie pozwolił nie zatrzymać się na żadnym. Nie forsowałem też tempa zbytnio i w sumie mogłem jechać na Pro, ale nie chciałem kusić losu i wjechać na „krakowski 58 km”, więc udałem się na metę, zmęczony, ale nie padnięty. Okazało się że z zespołu jestem pierwszy, a tylko Palec był przede mną. Zdziwiłem się ze MiTa jeszcze nie było – wyprzedził mnie na jednym z pierwszych zjazdów – okazało się ze na bufecie go minąłem. Mariusz zaś mimo że zjeżdża jak szatan nie doszedł mnie - maksyma że wygrywa się na podjazdach nie na zjazdach okazała się słuszna. Co prawda chłopaki jechali na Pro i inaczej rozkładali siły, ale mimo wszystko czułem się silniejszy :)

Na mecie uzupełniłem płyny i kalorie – najlepszy posiłek regeneracyjny w tej edycji – nie dość że najwięcej to smaczne kluchy z mięsem i wziąłem się za obserwacje zawodników. Słodkie lenistwo z dobrym piwem – najlepsza rzecz pod słońcem po maratonie. Po dekoracji zawodników szczęście się do nas nie uśmiechnęło i nic nie wylosowaliśmy, dodatkowo w końcu się rozpadało i pokrzyżowało to moje plany rowerowego dojechania na nowe miejsce noclegowe.

Następnego dnia we dwóch z Łasicą udaliśmy się rowerami do Przesieki podziwiać wodospady 500m od naszego poprzedniego noclegu, następnie pojechaliśmy na przełęcz Karkonoską – 1182 mnp – a startowaliśmy poniżej 600 – podjazd z maratonu stanowił może 1/3 tego na przełęcz – i to tę najłatwiejsza. Nie dałem rady – brakło mi mocy albo jeszcze jednego przełożenia. Na szczęście odpocząć można było przy jagodach. Z przełęczy pojechaliśmy na około doliny do miasta jakiś Młyn :). Najpierw postraszyło deszczem, potem chmury zakryły całą dolinę by na koniec ją na moment odsłonić.

Trasa wiodła w dół po wielkich głazach gdzie trzeba było prowadzić rower, potem szutrem. Rewelacyjne widoki zza chmur, świetna trasa. Z powrotem na przełęcz kolejne 600 przewyższenia pokonaliśmy już drogą z mniejszymi nachyleniami więc żółwia włączyłem dopiero na ostatnie 5 min z 45 minutowego podjazdu. Na przełęczy chwila oddechu i ostrożny zjazd asfaltem z nierównościami i głębszymi pułapkami do Przesieki i potem ścieżką ER-2 do Jagniątkowa. Tam spotkaliśmy chłopaków jadących do Czech wiec był jeszcze czas by podjechać parę km by zobaczyć świetny tunel nad drogą do Szklarskiej.

czwartek, 1 września 2005

Kraków - Punkt siedzenia a punkt widzenia

Pogoda zapowiadała się świetna. Popedałowałem niecałe 5 km na Błonia, tam dosmarowałem i dopompowałem rower i razem z innymi członkami zespołu ustawiłem się na starcie. W ostatnich sekundach dostawił się Palec z Mariuszem i dosłownie tuż potem ruszyliśmy. Trawa nie jest tym co uwielbiam – czułem jakby rower stał w miejscu i oczywiście zostałem z tyłu. Na asfalcie podjeżdżając po pewnym czasie ujrzałem sylwetce Crensha, która przybliżała się z każdą minutą. Jak byłem 10 metrów za nim – zaczęły się terenowe zjazdy i tyle go widziałem. Pierwszy bufet tak jakoś nagle się pojawił – za szybko. Bidon w połowie pełny, pije nie uzupełniając go. Dalej cały czas coś nie tak – 30 km się zbliża a ja jeszcze nie szedłem. O ile potem w terenie zjazdy i śliskie podjazdy były jeszcze zbyt wymagające – to wzniesienia jako takie były już nijakie;) Dwa tygodnie ostrzejszej jazdy zrobiło swoje.

Z nowinek technicznych – pulsometr zapomniałem przełączać i straciłem 200 min średniego tętna – z pozostałych 55 min środka i końcówki wyszła średnia 168. Patrząc na wskazania, powyżej 175 to była norma raczej z całego dystansu. Teraz trzeba więc popracować by jedno bicie dawało więcej poweru. Geogre Podwójny Bush ma 47 spoczynkowe tętno jak przeczytałem wracając z Krakowa – a ma prawie 2x więcej lat. Czas zakasać rękawy, tfu, spodnie. SPD – nie było tragicznie. Nie wypiąłem się 2x – raz tworząc przekomiczną figurę wypiętą lewą nogą wspierając się z ... prawej strony roweru – osiągnąłem stabilność doskonałą i układ ten mogła zmienić tylko obca siła życzliwie przytrzymując rower. No i 2x zrezygnowałem ze zjazdu mając przed oczami wizje nie wypięcia się przy upadku. Bez unii z rowerem pojechałbym.

Tak jak w Olsztynku, od 30 km zacząłem się mijać z bikerką. Ja byłem lepszy na podjazdach i zjazdach asfaltowych – ona nadrabiała na zjazdach w terenie. Nasza grupka była trochę liczniejsza, ale kojarzę jeszcze tylko gościa na fullu w ochraniaczach który podczas zjazdów dziwnie majtał nogami jakby była to oceniana artystycznie konkurencja. A może po prostu chciał dać nam do zrozumienia ze te zjazdy to banał. A wracając do mojej rowerzystki, już zacząłem zbierać siły na finisz by przynajmniej jednej babie nie dać się wyprzedzić i wyrobić się w 4h, a tu jak coś nie trzaśnie, patrzę w dół a tam coś srebrnego rozpirzga się we wszystkie strony, rowerem zarzuciło i leżę. Jeszcze tylko ktoś mnie wyminął muskając nogą kask i kurz opadł ...

Wstaję, kask cały, siodełko całe tylko mocowania nie ma. Trudno, będę szedł, to tylko 10 km. Po minucie-dwu ochłonąłem trochę – przecież mogę jechać! Obniżam sztycę, siodełko za pomocą sakwy przypinam do kierownicy i jadę. Na płaskim da się wytrzymać, po górę stwierdzam że nie będę się zarzynał i idę, ale o ironio najgorsze są zjazdy – zwłaszcza te terenowe. Na asfalcie można jechać raz na jednej raz na drugiej nodze, w terenie jednak zaczęły łydki sygnalizować że niedługo odmówią posłuszeństwa i zaskurczują. Ale jakoś daję radę, mimo że znaki odległościowe mówią ze Orgowie 3 km dodali do tych obiecanych 65 – nic to, jadę.

W międzyczasie mija mnie motocykl spychając maruderów na prawo – jednemu się to nie spodobało i wyraził zdziwienie co na maratonie rowerowym robi motocykl. Został uświadomiony że zaraz będzie zdublowany i chyba głupio mu się zrobiło bo zamilkł. Niestety, więcej dublerów, zwłaszcza Bieniasza nie przyczaiłem – mimo że punkt widzenia miałem wyżej, to obserwacja innych nie była wtedy najlepszym pomysłem. Na szczęście kilka km przed metą stała Kasia której z ulgą oddałem siodełko, odmówiłem demonstracji jazdy bez i poszedłem dalej pod górkę. Na metę jak zwykle wpadłem z dużą prędkością – stojąc przełożenie jest większe, ale nogi wtedy jakoś same się kręcą zawsze.

Tam okazało się że trochę krwawię z łokcia który zdążył też troszeczkę spuchnąć, odkręcił się też jeden kolec z buta, no ale inni mieli gorzej. Nabrałem właściwego dystansu do sprawy i odebrałem kaucję przeznaczając ją od razu na wpisowe do Przesieki :)

A "moja" bikerka dała radę – 3 min przed limitem czterech godzin wjechała na metę...