Wyjechaliśmy ok 15, po drodze lało, jak nie wypadek to remont i korek za korkiem. W Szydłowcu nawet omijaliśmy go jakimś lasami - dobre 10 min zyskując, drugie tyle straciliśmy zanim zdecydowaliśmy sie na objazd. W Kielcach małe „machniom” - jeden rower „out”, jakiś posiłek - i zeszło ponad godzinę. Na szczęście przestało padać i korki się skończyły - niestety na 22 nie zdążyliśmy :(
Niedługo po nas zjawił się Crensh i Paleciak - jechali katowicką i mimo ze wyjechali 2-3 h później to nie mieli deszczu i korków. Na miejscu prawie godzinę szukanie lokum - w końcu babcia odbiera telefon i wysyła posłańca - ten zaś prowadzi w jakieś zakamarki Raby. Pod górę oczywiście - aż z przejęcia nieźle sprzęgło przyjarałem :).
Ranek przywitał nas słonecznie - chciałem się wyspać wiec jako odstani wstajemy. Stwierdzam że na słońce najlepsze będą sandały – niestety nie sprawdziłem pogody jaka była przez ostatni tydzień ...
Roweru już nasmarować nie zdążyłem, a kumple nie zaczekali z wyjazdem na mnie myśląc ze ich dogonię bo już na rower wsiadałem – a tu drobnostka - nosek spadł. Dokręcam szybko i gonie na start. Tam smaruje rower, moja "ekipa techniczna" dociera dopiero 5 min przed startem więc w ostatniej chwili dopijam Powerade z żelkiem i węgielkiem i ruszamy.
Czoło wyścigu było już daleko kiedy przekroczyliśmy start – najpierw Crenshowi coś rower zaczął stukać – Mit był z nim a że mogłem pomóc jedynie łyżkami do zmiany opony to pojechałem dalej. Ładny asfalt szybko przeszedł w bruk, a zerkając w tył za Crenshem zobaczyłem wykrzyknik. Pięknie – trasa będzie tędy wracać ma moje cienkie opony przejdą drogę krzyżową. No, ale dopiero za 40 km – więc pedałuje dalej, wyprzedzam Stolicę, potem Mit mnie i szybko znika z przodu. W międzyczasie rzucił klątwę na noski – że się urywają i dlatego nań nie jeździ – no i na 10 km nosek spadł. Na nieszczęście prawy, z nogi którą startuje. I od tej pory każdy miał polewkę obserwując jak chce ruszyć na rowerze próbując podciągnąć pedał na nieistniejącym nosku :(
Druga zagwozdka – tu jest mokro. Nawet bardziej niż mokro. Ale sandały wytrzymały i nie były nawet takie najgorsze – szybko noga schła i nie miałem oporów podczas wędrówki po rzekach. A te były dwie. Pierwsza, w poprzek, gdzie ktoś złośliwie zamknął mostek. Zobaczyłem Kasie robiącą zdjęcia i postanowiłem dać piękne ujęcia – szybka decyzja – o, ktoś się wywalił do wody – taranujemy! Szczęśliwie staranowanemu niewiele się stało - ja jednak ucierpiałem bardziej – moje przednie koło tak zakleszczyło się na jego pedale, że trzeba je było zdjąć. Co najgorsze, okazało się że potem Crensh miał jeszcze lepszy pomysł na super ujęcie i tą rywalizacje przegrałem z kretesem :(
Druga rzeka była już... wzdłuż, przez kilka km. Kilkanaście cm tylko wody, ale wystarczyło by nie było widać na dnie kamieni. I tu dowiedziałem się czemu większość zawodników godzinami debatuje jaka oponę wybrać. Moja się nie nadawała do takiego zjazdu. Nawet z zejściem miałem problem – na szczęście tu akurat sandały zdały świetnie egzamin. Całe szczęście że nowe siodełko pozwalało przyjąć lepszą pozycję podczas zjazdów i sam siebie zaskakiwałem gdzie mogłem zjechać. Reszta by się uśmiała, no ale oni mają 2x szersze opony i amor wybierający 2x więcej.
Pierwszy bufet to tylko kilka sekund – wypijam dwa kubki i nawet nie napełniam bidonu – odrabiam straty z taranowania. Koło na szczęście bije leciutko, ale z duszą na ramieniu czy wszystkie szprychy całe – jedziemy czy też często idziemy dalej. Po 35 km zaczynam czuć w kościach zmęczenie, i o dziwo zaczyna mnie boleć ... drugie kolano. Na szczęście niedługo potem widzę z daleka swojego psa przy żółtym pagórku – na odgłos paszczą pagórek staje się małżonką z aparatem – znów mnie nie doceniła i myślała że będę później ;) Kilka fotek udało się jej jednak zrobić, i z nową motywacją zegnany narzekaniem psa który za Chiny nie mógł zrozumieć czemu tym razem nie może za mną pobiec – pojechałem na drogę krzyżową, tfu, brukową. Dbając o całość szprych starałem się nie przekroczyć 20 km/h, a mimo to dostałem nieźle w kość. Najbardziej dołujące były fulle mknące kilkadziesiąt km/h, no ale po nieskończenie wielu sekundach nadszedł asfalt, a tam skończyła mi się zębatka – więc odpoczywałem jadąc 70 km/h, aż jakiś sadysta stwierdził że wystarczy i skierował .. na kamienie luzem. Na szczęście nie było tego dużo, i nie przejmując się już taką drobnostką jak schody, chyłkiem dotarłem na metę. I ktoś się dziwi że w W-wie ścieżki rowerowe prowadzą po schodach?
Na sam koniec Grzesiek zaprezentował mi swój firmowy manewr na nowym rowerze czyli pad na prawy bok w krzaki w SPD, by było efektowniej – mając w kieszeni jogurt, jak się okazało – fioletowy ;) A na drugi dzień cała ekipa lamersko postanowiła wracać od razu do W-wy, nie korzystając z uroku gór. A te z pieszej perspektywy były już dużo o bardziej przyjazne.
planszówki, bitewniaki, rekonstrukcje, koszykówka, rowery i wszelkie inne atrakcje tego świata
niedziela, 7 sierpnia 2005
czwartek, 28 lipca 2005
Olsztynek - Czasoprzestrzeń czyli odmienne stany świadomości
Tym razem jechaliśmy tego samego dnia na maraton. Ma to jedną zaletę – można się nieźle muzyką podkręcić. Na miejscu byliśmy przed dziesiątą, i w komfortowych warunkach dołączyliśmy do połowy ekipy. Drugą połowę spotkaliśmy na starcie. Tam kilkanaście fotek, profilaktyczny węgiel przed startem – okazało się ze ustawiliśmy się w środku stawki. Niestety w dwu grupach – część osób postanowiła o dwa metry mieć przewagę ustawienia ;)
Osiem lat jeździłem na rowerze, zrobiło się tego kilkanaście tysięcy km – i zawsze, powtarzam zawsze widziałem jaką mam prędkość i ile km przejechałem. Poczułem się więc trochę nieswojo, jak po starcie spoglądam na licznik i widzę zero. Testuje hamulce stając w miejscu i patrzę – magnes OK, niestety ale kabel licznika przerwany. Próbuję go skręcić – 2 min stracone. Trudno – zaczynam kalkulacje – przestrzeń zamieniam w czas – do bufetu 25 km, czyli myślę sobie jakoś ok. 12:20 będę na miejscu. Ustawiam licznik na jedyny sensowny wskaźnik czyli godzinę i okazuje się że za mną już prawie nikt nie jedzie. Na szczęście było szeroko i bez problemów można było wyprzedzać. Plan na dziś – dojechać i nie dać nowicjuszom powodów do satysfakcji.
Po kilku minutach doganiam Roberta – znaczy się nie jest źle. Trochę później mijam przed pierwszym podjazdem który trzeba przejść Marcina – prowadzenie roweru pod górę idzie mi lepiej niż podjazd. Około dwunastej dojeżdżam do Kasi, która była chyba zdziwiona ze ktoś z zespołu był za nią. Powiedziałem że jeszcze dwóch za nami jedzie, spytałem się który km i pojechałem dalej. Niedługo potem na bufecie uzupełniłem płyny – w przeciwieństwie do Istebnej, gdzie kazano mi samemu odkręcać i nalewać – tu miła pani zrobiła to sama w czasie który potrzebowałem na osuszenie 2 kubków Powerade. No ale ona była tam społecznie, jak powiedziała.
Po bufecie o mało co nie wpadłem na jakiegoś idiotę w Toyocie co zakopała się w błocie. Pryskała błotem z pod kół a wokół kręciło się kilku amatorów błotnych prysznicy, próbując wypchnąć nieboraka. Tam spotkałem Krystiana, który postanowił znaleźć świetne usprawiedliwienie faktu ze go wyprzedzam ;) Ja postanowiłem jednak pozwolić swym kolanom decydować czy i kiedy przerwa będzie potrzebna. Te jednak trzymały się dzielnie, i po dwu godzinach jazdy to nie one wymiękły, ale ja straciłem moc. Piasek lepił się do kół, które osiągnęły szerokość opon górali, i nawet z góry nie miałem siły jechać :(
I wtedy nadciągnął mini-peleton. Dwu kolarzy w koszulce Wsół ciągnęło kogoś, a na podczepce jechało kolejnych 3-4 zawodników – to dołączyłem i ja. Droga była twarda, czasem asfalt to stwierdziłem że nie będzie 26” pluł błotem memu krossowi w twarz. Piętnaście minut trzymałem tempo, potem na gorszej drodze stwierdziłem że nie dam rady. Podobnie stwierdziła dziewczyna z numerem 2704 i przez następne pół godziny ją goniłem – a to wszystko w żółwim tempem jak na wyścig rowerowy. Tylko myśl żeby nie być gorszym od dziewczyny trzymał mnie przy życiu. Inni chyba byli równie zmęczeni bo mało kto nas minął.
Na drugim bufecie dopadł mnie koleś ze Stolicy – trochę się wcześniej wymijaliśmy – on się pyta jak mi się jedzie. Daje radę – skłamałem i pojechałem – na szczęście on jeszcze na bufecie został bo przekonałby się że na prostej pod wiatr asfaltem można jechać na najmniejszym przełożeniu z przodu i trzecim z tyłu. Mając licznik to może 13-14 km/h by było. Żenada, ale wiedziałem że z bufetu tylko 11 km do mety – przeliczyłem to na 35 minut i wyszło ze dokładnie o drugiej powinienem być na mecie.
Nagle okazało się ze czas jest względny. Pół godziny do mety. Kręcę z dziesięć minut, patrzę – 25 minut do mety. Czas stanął w miejscu. Minuty płynęły jak godziny, a ja byłem tak słaby że już na najmniejszym podjeździe redukowałem strasznie przełożenia. 10 minut przed końcem stwierdziłem że tak dalej być nie może, i zacząłem jechać tempem które normalnie określam jako rekreacyjne. Czyli znacznie przyspieszyłem ;) Wyminąłem koleżankę 2704 (jak się okazało, Agata z Piaseczna) i potem już było z górki – nawet dosłownie. Pod koniec adrenalina pozwoliła nawet wrzucić środkową tarczę z przodu. Ostatnie kilkaset metrów rozpędziłem się tak że jadąc z taką prędkością byłbym na podium. I tak efekciarsko wjechałem na metę ... 45 sekund po czternastej. Niestety nie dałem rady zmieścić się 3 godzinach :(
Osiem lat jeździłem na rowerze, zrobiło się tego kilkanaście tysięcy km – i zawsze, powtarzam zawsze widziałem jaką mam prędkość i ile km przejechałem. Poczułem się więc trochę nieswojo, jak po starcie spoglądam na licznik i widzę zero. Testuje hamulce stając w miejscu i patrzę – magnes OK, niestety ale kabel licznika przerwany. Próbuję go skręcić – 2 min stracone. Trudno – zaczynam kalkulacje – przestrzeń zamieniam w czas – do bufetu 25 km, czyli myślę sobie jakoś ok. 12:20 będę na miejscu. Ustawiam licznik na jedyny sensowny wskaźnik czyli godzinę i okazuje się że za mną już prawie nikt nie jedzie. Na szczęście było szeroko i bez problemów można było wyprzedzać. Plan na dziś – dojechać i nie dać nowicjuszom powodów do satysfakcji.
Po kilku minutach doganiam Roberta – znaczy się nie jest źle. Trochę później mijam przed pierwszym podjazdem który trzeba przejść Marcina – prowadzenie roweru pod górę idzie mi lepiej niż podjazd. Około dwunastej dojeżdżam do Kasi, która była chyba zdziwiona ze ktoś z zespołu był za nią. Powiedziałem że jeszcze dwóch za nami jedzie, spytałem się który km i pojechałem dalej. Niedługo potem na bufecie uzupełniłem płyny – w przeciwieństwie do Istebnej, gdzie kazano mi samemu odkręcać i nalewać – tu miła pani zrobiła to sama w czasie który potrzebowałem na osuszenie 2 kubków Powerade. No ale ona była tam społecznie, jak powiedziała.
Po bufecie o mało co nie wpadłem na jakiegoś idiotę w Toyocie co zakopała się w błocie. Pryskała błotem z pod kół a wokół kręciło się kilku amatorów błotnych prysznicy, próbując wypchnąć nieboraka. Tam spotkałem Krystiana, który postanowił znaleźć świetne usprawiedliwienie faktu ze go wyprzedzam ;) Ja postanowiłem jednak pozwolić swym kolanom decydować czy i kiedy przerwa będzie potrzebna. Te jednak trzymały się dzielnie, i po dwu godzinach jazdy to nie one wymiękły, ale ja straciłem moc. Piasek lepił się do kół, które osiągnęły szerokość opon górali, i nawet z góry nie miałem siły jechać :(
I wtedy nadciągnął mini-peleton. Dwu kolarzy w koszulce Wsół ciągnęło kogoś, a na podczepce jechało kolejnych 3-4 zawodników – to dołączyłem i ja. Droga była twarda, czasem asfalt to stwierdziłem że nie będzie 26” pluł błotem memu krossowi w twarz. Piętnaście minut trzymałem tempo, potem na gorszej drodze stwierdziłem że nie dam rady. Podobnie stwierdziła dziewczyna z numerem 2704 i przez następne pół godziny ją goniłem – a to wszystko w żółwim tempem jak na wyścig rowerowy. Tylko myśl żeby nie być gorszym od dziewczyny trzymał mnie przy życiu. Inni chyba byli równie zmęczeni bo mało kto nas minął.
Na drugim bufecie dopadł mnie koleś ze Stolicy – trochę się wcześniej wymijaliśmy – on się pyta jak mi się jedzie. Daje radę – skłamałem i pojechałem – na szczęście on jeszcze na bufecie został bo przekonałby się że na prostej pod wiatr asfaltem można jechać na najmniejszym przełożeniu z przodu i trzecim z tyłu. Mając licznik to może 13-14 km/h by było. Żenada, ale wiedziałem że z bufetu tylko 11 km do mety – przeliczyłem to na 35 minut i wyszło ze dokładnie o drugiej powinienem być na mecie.
Nagle okazało się ze czas jest względny. Pół godziny do mety. Kręcę z dziesięć minut, patrzę – 25 minut do mety. Czas stanął w miejscu. Minuty płynęły jak godziny, a ja byłem tak słaby że już na najmniejszym podjeździe redukowałem strasznie przełożenia. 10 minut przed końcem stwierdziłem że tak dalej być nie może, i zacząłem jechać tempem które normalnie określam jako rekreacyjne. Czyli znacznie przyspieszyłem ;) Wyminąłem koleżankę 2704 (jak się okazało, Agata z Piaseczna) i potem już było z górki – nawet dosłownie. Pod koniec adrenalina pozwoliła nawet wrzucić środkową tarczę z przodu. Ostatnie kilkaset metrów rozpędziłem się tak że jadąc z taką prędkością byłbym na podium. I tak efekciarsko wjechałem na metę ... 45 sekund po czternastej. Niestety nie dałem rady zmieścić się 3 godzinach :(
poniedziałek, 4 lipca 2005
Istebna - Smak Ziemi Beskidzkiej
Na trasie Krystian zaprzeczył opinii że z rowerami na dachu można jechać tylko 130 km/h, oraz że nowoczesny diesel na trasie nie spala 10l na 100 km :) W górach przywitał nas deszcz. Krystian z Mariuszem byli wniebowzięci, ja wręcz przeciwnie, a im bliżej Istebnej, to lało coraz bardziej. Podczas rejestracji na aucie Krystiana oparł się jakiś warszawiak swoja Corsą – po ciemku straty nie były widoczne więc tylko namiary na miszcza kierownicy zostały wzięte. Jadąc na kwaterę jechaliśmy wzdłuż znaków BM – okazało się ze nocujemy na ok. 10-12 km trasy. Gospodarze byli bardzo gościnni – po 22 wyjechali po nas 2 km by poprowadzić leśnym labiryntem dróżek, przygotowali wielka michę makaronu, biały ser, roztopione masełko i michę naleśników z serem oraz słodki mus owocowy do smaku. Jakby komuś było mało – były jeszcze wędliny i chleb – tym już nie daliśmy rady.
Całą noc lało i przeszkadzało mi to spać – nie hałas, tylko wizja jazdy w strugach deszczu po błocie. Na szczęście rano przestało padać i kompromis zadowolił wszystkich – ja nie miałem deszczu – pozostali mieli błoto. Na śniadanie zamówiliśmy mleczną z ryżem, jajecznicę, standardowo było pieczywo z wędlinami – i znów nie daliśmy rady zjeść wszystkiego. Smarowanie rowerów, mocowanie tabliczek, pompek, woń Ben-Gaya – jeszcze pamiątkowe zdjęcie wraz z Sebastianem który rano przyjechał z Bielska – i po 10 jedziemy. 5 km z górki w większości po bardzo dobrym asfalcie wprawił nas w doskonałe humory.
Ostatnie korekty przełożeń w serwisie i ustawiamy się na samym końcu peletonu. Dołącza do nas Krzysiek i ruszamy 3 min po starcie całą piątką. Po pierwszym kilometrze podjazdu zostaje z Krystianem trochę z tyłu, ja mijam parę ze Stolicy, Krystian już nie i dalej jadę sam. Podjazd na Kubalonkę mija szybko, potem zaczynają się zjazdy po asfalcie, podchody w terenie – tu bryluje – 28” rower i kilkuletnie piesze chodzenie po górach robi swoje. Gorzej jest na zjazdach terenowych – tu ci których wyprzedziłem mijają mnie by potem dać się przegonić na podchodach czy asfaltowych zjazdach. A podjazdy asfaltowe są na remis – oni jadą 5 km/h a ja tak idę – mógłbym jechać ale wolę iść by oszczędzać kolano. A ono na szczęście wytrzymało.
Powoli nabieram wprawy – pierwszy zjazd po błocie pozwolił zasmakować w ziemi beskidzkiej (dosłownie), Powerade z żelem zapobiegło kryzysowi jaki miałem w Łomiankach. Na bufetach się jednak zatrzymuję na parę minut – by dać odpocząć kolanu, uzupełnić płyny i napchać bananami. Z ciekawszych fragmentów to ponadkilometrowy zjazd kiedyś opisywany jako szutrowy, który zamienił się na błoto na niewidocznych kamieniach. Nie chcąc ryzykować delikatnych opon i kół korzystałem z dobrodziejstw tarczówek – sprawdziły się rewelacyjnie – dwoma palcami można było jechać na heblach kilkanaście minut. Wtedy obiecałem sobie że kupie górala z ponad 2” oponami i 10 cm skokiem amora – kilkadziesiąt takich wyminęło mnie wtedy. Odbiłem sobie potem na asfalcie 60 km/h czesząc połowę tych huczących jak czołgi terenowców :)
Za przejściem granicznym lekki podjazd leśny zamienił się w drogę krzyżową po błocie, z rowerem w roli krzyża. Chyba 15 min podchodów, potem przecięcie asfaltu którym sadystyczni organizatorzy nie pozwolili jechać tylko skierowali na kolejne podejście – na szczęście trochę krótsze. Potem trochę zjazdów i ostatnie podejście – ale najbardziej strome i tam już roweru nie dało się prowadzić – trzeba było go podnosić – a wraz z nim kilka kg błota! Na ostatnich 2 km zacząłem się ścigać i miałem satysfakcję sprintem na mecie wyprzedzić o koło kogoś bardziej zmęczonego.
Zapomniałem napisać o kibicach – a byli rewelacyjni. Przy każdych zabudowaniach dużo dzieci, dorosłych, przybijanie piątki, oferowanie wody, doping oczywiście. Na 30 km dzieci w wiosce już miały na rowerach ... białe kartki naśladujące numery! Coś niesamowitego.
Na mecie wykazałem się naiwnością i stanąłem w krótkiej niby kolejce by zrobić zdjęcie i wysłać je mailem u Intela. Wspaniała organizacja pozwoliła na zrobienie 20 zdjęć w ... 45 minut. Pani szefowa uznała że obiad jej pracowników jest ważniejszy niż obiad kogoś kto ma 45 km i 4h w nogach, a i dzieci mają pierwszeństwo bo je ładnie umalowano. Na szczęście Krystian kierując się właściwym priorytetem najpierw wziął dwa piwa i dopiero później dołączył do kolejki zdjęciowej czyniąc oczekiwanie dużo raźniejszym:) No ale w końcu uwiecznieni cyfrowo i z wydrukowanym zdjęciem udaliśmy się na michę makaronu – Krystian zaczarował panie i dostał dwie – było go dużo, był niezły i sycący. Po kolejnym piwie i dłuższym odpoczynku udaliśmy się na kwatery – tym razem pod górę.
Rezultat – 46 km maratonu i 57 km w sumie. Mycie rowerów, potem rewelacyjny żur gdzie mięsa, kiełbasy i ziemniaków było w stosunku 1:1:1. Gospodarz wraz ze szwagrem uznał że cepry wymagają wzmocnienia z jego strony również, i przysiedliśmy się do butelki przepalanki i butelki miodówki. Wtedy dowiedzieliśmy się co to jest przepojka „po góralsku”. Na stole stała butelka wody, zakręcona oczywiście, i po każdej kolejce można było ... popatrzeć na nią ;) Po trzech kolejkach w 2 minuty stwierdziliśmy że musimy już iść na stadion na imprezę. Wracając po 22 zaskoczyły nas ciemności – kto to widział że w lesie nie ma latarni? Farciarsko trafił nam się stop na pace pick-upa ... sąsiadów gospodarza i jak królowie 4 km lasem po ciemku przejechaliśmy :) Gospodarz czekał na nas z resztkami w butelkach i jeszcze 2 kolejki obaliliśmy.
Rano Krystian stwierdził że za gorąco jest na rowerowanie i po śniadaniu udał się na odpoczynek – ja zaś pojechałem na objazd trasy od drugiej strony i po asfalcie. Świetna sprawa – pozwoliła umiejscowić w terenie poszczególne fragmenty maratonu, na spokojnie obejrzeć okolice i podziwiać jej piękno. Idealna okolica na rekreacyjną jazdę po górach – osady domów co dwa-trzy kilometry, do każdych prowadzą malownicze asfaltowe drogi na szerokość jednego auta – moje 28” czuły się jak ryba w wodzie :)
Całą noc lało i przeszkadzało mi to spać – nie hałas, tylko wizja jazdy w strugach deszczu po błocie. Na szczęście rano przestało padać i kompromis zadowolił wszystkich – ja nie miałem deszczu – pozostali mieli błoto. Na śniadanie zamówiliśmy mleczną z ryżem, jajecznicę, standardowo było pieczywo z wędlinami – i znów nie daliśmy rady zjeść wszystkiego. Smarowanie rowerów, mocowanie tabliczek, pompek, woń Ben-Gaya – jeszcze pamiątkowe zdjęcie wraz z Sebastianem który rano przyjechał z Bielska – i po 10 jedziemy. 5 km z górki w większości po bardzo dobrym asfalcie wprawił nas w doskonałe humory.
Ostatnie korekty przełożeń w serwisie i ustawiamy się na samym końcu peletonu. Dołącza do nas Krzysiek i ruszamy 3 min po starcie całą piątką. Po pierwszym kilometrze podjazdu zostaje z Krystianem trochę z tyłu, ja mijam parę ze Stolicy, Krystian już nie i dalej jadę sam. Podjazd na Kubalonkę mija szybko, potem zaczynają się zjazdy po asfalcie, podchody w terenie – tu bryluje – 28” rower i kilkuletnie piesze chodzenie po górach robi swoje. Gorzej jest na zjazdach terenowych – tu ci których wyprzedziłem mijają mnie by potem dać się przegonić na podchodach czy asfaltowych zjazdach. A podjazdy asfaltowe są na remis – oni jadą 5 km/h a ja tak idę – mógłbym jechać ale wolę iść by oszczędzać kolano. A ono na szczęście wytrzymało.
Powoli nabieram wprawy – pierwszy zjazd po błocie pozwolił zasmakować w ziemi beskidzkiej (dosłownie), Powerade z żelem zapobiegło kryzysowi jaki miałem w Łomiankach. Na bufetach się jednak zatrzymuję na parę minut – by dać odpocząć kolanu, uzupełnić płyny i napchać bananami. Z ciekawszych fragmentów to ponadkilometrowy zjazd kiedyś opisywany jako szutrowy, który zamienił się na błoto na niewidocznych kamieniach. Nie chcąc ryzykować delikatnych opon i kół korzystałem z dobrodziejstw tarczówek – sprawdziły się rewelacyjnie – dwoma palcami można było jechać na heblach kilkanaście minut. Wtedy obiecałem sobie że kupie górala z ponad 2” oponami i 10 cm skokiem amora – kilkadziesiąt takich wyminęło mnie wtedy. Odbiłem sobie potem na asfalcie 60 km/h czesząc połowę tych huczących jak czołgi terenowców :)
Za przejściem granicznym lekki podjazd leśny zamienił się w drogę krzyżową po błocie, z rowerem w roli krzyża. Chyba 15 min podchodów, potem przecięcie asfaltu którym sadystyczni organizatorzy nie pozwolili jechać tylko skierowali na kolejne podejście – na szczęście trochę krótsze. Potem trochę zjazdów i ostatnie podejście – ale najbardziej strome i tam już roweru nie dało się prowadzić – trzeba było go podnosić – a wraz z nim kilka kg błota! Na ostatnich 2 km zacząłem się ścigać i miałem satysfakcję sprintem na mecie wyprzedzić o koło kogoś bardziej zmęczonego.
Zapomniałem napisać o kibicach – a byli rewelacyjni. Przy każdych zabudowaniach dużo dzieci, dorosłych, przybijanie piątki, oferowanie wody, doping oczywiście. Na 30 km dzieci w wiosce już miały na rowerach ... białe kartki naśladujące numery! Coś niesamowitego.
Na mecie wykazałem się naiwnością i stanąłem w krótkiej niby kolejce by zrobić zdjęcie i wysłać je mailem u Intela. Wspaniała organizacja pozwoliła na zrobienie 20 zdjęć w ... 45 minut. Pani szefowa uznała że obiad jej pracowników jest ważniejszy niż obiad kogoś kto ma 45 km i 4h w nogach, a i dzieci mają pierwszeństwo bo je ładnie umalowano. Na szczęście Krystian kierując się właściwym priorytetem najpierw wziął dwa piwa i dopiero później dołączył do kolejki zdjęciowej czyniąc oczekiwanie dużo raźniejszym:) No ale w końcu uwiecznieni cyfrowo i z wydrukowanym zdjęciem udaliśmy się na michę makaronu – Krystian zaczarował panie i dostał dwie – było go dużo, był niezły i sycący. Po kolejnym piwie i dłuższym odpoczynku udaliśmy się na kwatery – tym razem pod górę.
Rezultat – 46 km maratonu i 57 km w sumie. Mycie rowerów, potem rewelacyjny żur gdzie mięsa, kiełbasy i ziemniaków było w stosunku 1:1:1. Gospodarz wraz ze szwagrem uznał że cepry wymagają wzmocnienia z jego strony również, i przysiedliśmy się do butelki przepalanki i butelki miodówki. Wtedy dowiedzieliśmy się co to jest przepojka „po góralsku”. Na stole stała butelka wody, zakręcona oczywiście, i po każdej kolejce można było ... popatrzeć na nią ;) Po trzech kolejkach w 2 minuty stwierdziliśmy że musimy już iść na stadion na imprezę. Wracając po 22 zaskoczyły nas ciemności – kto to widział że w lesie nie ma latarni? Farciarsko trafił nam się stop na pace pick-upa ... sąsiadów gospodarza i jak królowie 4 km lasem po ciemku przejechaliśmy :) Gospodarz czekał na nas z resztkami w butelkach i jeszcze 2 kolejki obaliliśmy.
Rano Krystian stwierdził że za gorąco jest na rowerowanie i po śniadaniu udał się na odpoczynek – ja zaś pojechałem na objazd trasy od drugiej strony i po asfalcie. Świetna sprawa – pozwoliła umiejscowić w terenie poszczególne fragmenty maratonu, na spokojnie obejrzeć okolice i podziwiać jej piękno. Idealna okolica na rekreacyjną jazdę po górach – osady domów co dwa-trzy kilometry, do każdych prowadzą malownicze asfaltowe drogi na szerokość jednego auta – moje 28” czuły się jak ryba w wodzie :)
poniedziałek, 30 maja 2005
Kielce - Lotny Bufet
Tym razem zacznę do końca - byłem wściekły jak dowiedziałem się, że dystans IT to 26 km a nie 34. Tyle moje kolano byłoby w stanie przejechać, no ale dystans został poznany dopiero po jego ukończeniu... Nie była to jedyna wpadka organizatorów, o czym później. Robiłem więc za lotny bufet na podjeździe przy Skoczni, a potem kondycyjnie sprawdziłem się na 10 km fragmencie trasy miedzy Skocznią a metą IT. Było nieźle, kolano nie protestowało, co dobrze rokuje za 2 tygodnie - no ale dziś mam wizytę kontrolna u lekarza ...
Wracając do początku - przed jedenasta wziąłem psa i pojechaliśmy z zaopatrzeniem pod Skocznie - najpierw urwałem lewy nosek przy pedale, potem w pół godziny na słońcu batoniki dla Sebastiana przybrały płynną postać co ewidentnie mu nie odpowiadało - sam sobie winien że tak późno przyjechał ;) Daniel jadąc przed Krystianem poratował się łykami jego Powerade, ale i dla właściciela też starczyło :) Peleton wyglądał imponująco - czołówka 16 km do Skoczni zrobiła w 31 minut (!), potem równomiernie kolejni maratończycy nadciągali - przez ponad 40 minut - widać było że upał wykańcza zwłaszcza tych co nie zadbali o odpowiednie zapasy napojów. Nie chcąc wykończyć też psa wróciłem do domu i już sam sprawdziłem trasę i samego siebie z uwzględnieniem kolana - dziękowałem Bogu że jadę sam bo tych zjazdów w peletonie jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić.
Wpadając na metę pełne zaskoczenie - już 5 Schenkerowcow jest – okazało się że dystans IT jechali, i już są po wyścigu z rewelacyjnymi wynikami - 3,6,18 i 34 miejsce w kategorii Open. Jako jedyna drużyna mieliśmy tylu zawodników i szkoda że nie było zespołowej klasyfikacji - pozostało się cieszyć 2 miejscem Piotrka w swej kategorii, któremu skręcona kostka nie przeszkodziła w świetnym wyniku i cennej nagrodzie.
Także na pełnym dystansie 4 Schenkerowcow skończyło wyścig w pełni punktując do klasyfikacji drużynowej – a co ważniejsze, powiększając przewagę nad zespołem Stolicy – i to mimo absencji najlepszego zawodnika (kontuzja zmusiła Piotra do udziału w krótszym dystansie)! Na uznanie zasługują zwłaszcza Sebastian z Danielem, którzy mimo pierwszego ścigania w górach i palącego słońca ukończyli wyścig z świetnymi rezultatami! A nie było to normą – prawie 200 uczestników przegrało ze słońcem, komarami, defektami i bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z podłożem. A walczono do końca – finisze na gumie z tyłu albo bez opony na przednim kole też miały miejsce.
Później wzmocnieni karkówką i napojami pojechaliśmy na kwaterę odświeżyć się przed wręczaniem wyników – mieliśmy w końcu reprezentanta na podium. Piotr miał chyba niedosyt przejechanych km bo wracał naokoło po asfalcie dwa razy dłuższą trasą niż ja z Michałem przez las i góry na skróty. No i opłaciło się miłym akcentem na sam koniec – napotkaniem dwóch miłych nieznajomych blondynek na rowerach, które nie mogły trafić na Ślichowice, gdzie jechaliśmy.
A kolejna wpadka organizatorów to ... dekoracja zwycięzców już o 16. Mimo 18 w regulaminie. Pól godziny przed 16 opuściliśmy imprezę, wracając tam już po 17 - no i Piotrowi pozostało tylko odebranie nagrody na zapleczu ...
Generalnie jednak impreza bardzo udana, wyniki świetne, humory znakomite.
Wracając do początku - przed jedenasta wziąłem psa i pojechaliśmy z zaopatrzeniem pod Skocznie - najpierw urwałem lewy nosek przy pedale, potem w pół godziny na słońcu batoniki dla Sebastiana przybrały płynną postać co ewidentnie mu nie odpowiadało - sam sobie winien że tak późno przyjechał ;) Daniel jadąc przed Krystianem poratował się łykami jego Powerade, ale i dla właściciela też starczyło :) Peleton wyglądał imponująco - czołówka 16 km do Skoczni zrobiła w 31 minut (!), potem równomiernie kolejni maratończycy nadciągali - przez ponad 40 minut - widać było że upał wykańcza zwłaszcza tych co nie zadbali o odpowiednie zapasy napojów. Nie chcąc wykończyć też psa wróciłem do domu i już sam sprawdziłem trasę i samego siebie z uwzględnieniem kolana - dziękowałem Bogu że jadę sam bo tych zjazdów w peletonie jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić.
Wpadając na metę pełne zaskoczenie - już 5 Schenkerowcow jest – okazało się że dystans IT jechali, i już są po wyścigu z rewelacyjnymi wynikami - 3,6,18 i 34 miejsce w kategorii Open. Jako jedyna drużyna mieliśmy tylu zawodników i szkoda że nie było zespołowej klasyfikacji - pozostało się cieszyć 2 miejscem Piotrka w swej kategorii, któremu skręcona kostka nie przeszkodziła w świetnym wyniku i cennej nagrodzie.
Także na pełnym dystansie 4 Schenkerowcow skończyło wyścig w pełni punktując do klasyfikacji drużynowej – a co ważniejsze, powiększając przewagę nad zespołem Stolicy – i to mimo absencji najlepszego zawodnika (kontuzja zmusiła Piotra do udziału w krótszym dystansie)! Na uznanie zasługują zwłaszcza Sebastian z Danielem, którzy mimo pierwszego ścigania w górach i palącego słońca ukończyli wyścig z świetnymi rezultatami! A nie było to normą – prawie 200 uczestników przegrało ze słońcem, komarami, defektami i bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z podłożem. A walczono do końca – finisze na gumie z tyłu albo bez opony na przednim kole też miały miejsce.
Później wzmocnieni karkówką i napojami pojechaliśmy na kwaterę odświeżyć się przed wręczaniem wyników – mieliśmy w końcu reprezentanta na podium. Piotr miał chyba niedosyt przejechanych km bo wracał naokoło po asfalcie dwa razy dłuższą trasą niż ja z Michałem przez las i góry na skróty. No i opłaciło się miłym akcentem na sam koniec – napotkaniem dwóch miłych nieznajomych blondynek na rowerach, które nie mogły trafić na Ślichowice, gdzie jechaliśmy.
A kolejna wpadka organizatorów to ... dekoracja zwycięzców już o 16. Mimo 18 w regulaminie. Pól godziny przed 16 opuściliśmy imprezę, wracając tam już po 17 - no i Piotrowi pozostało tylko odebranie nagrody na zapleczu ...
Generalnie jednak impreza bardzo udana, wyniki świetne, humory znakomite.
środa, 20 kwietnia 2005
Łomianki - Pierwszy Maraton
Pogoda na niedzielę zapowiadała się idealnie - więc pełen optymizmu załadowałem się do samochodu Piotrka by dotrzeć do Łomianek. Tam razem z Danielem dosiedliśmy naszych dwukołowych rumaków i pełni werwy ruszyliśmy na miejsce startu. Wśród tłumu rowerzystów odnaleźliśmy resztę zespołu. Teraz czas na zdjęcia, wymianę uwag i złośliwości ;). Ósemka kolarzy w jednolitych barwach Schenkera wyglądała imponująco - Piotrek zrobił kawał dobrej roboty organizując drużynę, stroje i motywując nas do startu! W końcu zajęliśmy miejsce w tłumie czekającym na start, który opóźnił się o 45 min. Liczba chętnych była tak duża, że mimo dodatkowego czasu nie wszyscy zdążyli się zapisać!
W końcu ruszyliśmy - pierwszy raz jechałem w peletonie i to liczącym ok. 1,5 tys. kolarzy - wrażenie niesamowite! Po kilkuset metrach kurz, pył, oczy dookoła głowy, bo część rowerzystów za wszelką cenę usiłuje się przebić do przodu ... I te gumy - co kilkaset metrów pechowcy wymieniający dętkę czy pompujący koło.
Planowaliśmy z Danielem jechać razem, z tyłu, robić zdjęcia itp, ale zadziałał andrenalina i ruszyłem do przodu - w tym tłumie szybko zgubiłem Daniela, nie wiedząc nawet czy z przodu czy z tyłu - postanowiłem więc gonić naszą czołówkę z Piotrami.
Po kilku kilometrach trochę się rozluźniło, uspokoiło, choć na przewężeniach jeszcze robiły się zatory. Największa niespodzianka czekała po ok. 1/3 trasy - rozlewisko i półmetrowej szerokości struga do przebycia - a setki rowerzystów przed nami rozjeździło niezłe błotko na dystansie kilkuset metrów. Zator spory, niektórzy desperaci obchodzący bokiem korek zanurzali się i po szyję w wodzie! Ja bezstresowo zrobiłem kilka zdjęć Sebastianowi, poprawiłem ściągacze i dopiero wtedy wykonałem skok o rowerze do błota - rewelacyjne wrażenie! Szczęśliwy że nie przemoczyłem butów popedałowałem w stronę pierwszego bufetu. Tam chwila przerwy na opanowanie nowej techniki jedzenia pomarańczy, i pełen energii stwierdziłem że można bardziej przycisnąć na pedały.
Trasa okazała się mniej piaszczysta niż wynikało to z sobotnich doświadczeń kolegów - większym problemem były korzenie - ale nowy rower jakoś sobie radził z nimi, więc zacząłem powoli wyprzedzać uczestników. Kilka kilometrów przed metą dopadłem Sebastiana, który zahipnotyzowany poprzedzającym go rowerzystą jechał w tempie iście spacerowym. Gdy zobaczył, że wyprzedza go kolega z drużyny, z nową motywacją siadł mi na kole i razem pociągnęliśmy ładny kawałek. Niestety 2 kilometry przed metą odezwała się stara kontuzja i musiałem zwolnić, co wykorzystał Sebastian mknąc do mety jako czwarty zamykający wynik drużyny Schenkera.
Po wyścigu chwila oddechu, mycie przy wozie strażackim, symboliczny posiłek regeneracyjny, zdjęcia i mój pierwszy w życiu wyścig kolarski dobiegł końca. Kto nie był - niech żałuje.
W końcu ruszyliśmy - pierwszy raz jechałem w peletonie i to liczącym ok. 1,5 tys. kolarzy - wrażenie niesamowite! Po kilkuset metrach kurz, pył, oczy dookoła głowy, bo część rowerzystów za wszelką cenę usiłuje się przebić do przodu ... I te gumy - co kilkaset metrów pechowcy wymieniający dętkę czy pompujący koło.
Planowaliśmy z Danielem jechać razem, z tyłu, robić zdjęcia itp, ale zadziałał andrenalina i ruszyłem do przodu - w tym tłumie szybko zgubiłem Daniela, nie wiedząc nawet czy z przodu czy z tyłu - postanowiłem więc gonić naszą czołówkę z Piotrami.
Po kilku kilometrach trochę się rozluźniło, uspokoiło, choć na przewężeniach jeszcze robiły się zatory. Największa niespodzianka czekała po ok. 1/3 trasy - rozlewisko i półmetrowej szerokości struga do przebycia - a setki rowerzystów przed nami rozjeździło niezłe błotko na dystansie kilkuset metrów. Zator spory, niektórzy desperaci obchodzący bokiem korek zanurzali się i po szyję w wodzie! Ja bezstresowo zrobiłem kilka zdjęć Sebastianowi, poprawiłem ściągacze i dopiero wtedy wykonałem skok o rowerze do błota - rewelacyjne wrażenie! Szczęśliwy że nie przemoczyłem butów popedałowałem w stronę pierwszego bufetu. Tam chwila przerwy na opanowanie nowej techniki jedzenia pomarańczy, i pełen energii stwierdziłem że można bardziej przycisnąć na pedały.
Trasa okazała się mniej piaszczysta niż wynikało to z sobotnich doświadczeń kolegów - większym problemem były korzenie - ale nowy rower jakoś sobie radził z nimi, więc zacząłem powoli wyprzedzać uczestników. Kilka kilometrów przed metą dopadłem Sebastiana, który zahipnotyzowany poprzedzającym go rowerzystą jechał w tempie iście spacerowym. Gdy zobaczył, że wyprzedza go kolega z drużyny, z nową motywacją siadł mi na kole i razem pociągnęliśmy ładny kawałek. Niestety 2 kilometry przed metą odezwała się stara kontuzja i musiałem zwolnić, co wykorzystał Sebastian mknąc do mety jako czwarty zamykający wynik drużyny Schenkera.
Po wyścigu chwila oddechu, mycie przy wozie strażackim, symboliczny posiłek regeneracyjny, zdjęcia i mój pierwszy w życiu wyścig kolarski dobiegł końca. Kto nie był - niech żałuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)