sobota, 27 grudnia 2008

Gra planszowa listopada

Gdy z 23 rozgrywek 8 jest w jedną z gier, a kolejna może się poszczycić tylko 2 partiami, wynik powinien być oczywisty. A nie jest, bo nuworysz rzucił wyzwanie królowi. I jednak wygrał, tym razem wyżej cenię 8 rozgrywek w Dominiona od 2 Agricoli, ale tylko dlatego że były to moje pierwsze partie. W końcu kupiłem Dominion, Agricolą trochę się nasyciłem a rządza gry w nową pozycję jeszcze nie wygasła.
Gdzieś z tyłu czaił się jeszcze Through the Ages, ale jedna rozgrywka to troszeczke za mało.

sobota, 1 listopada 2008

Gra planszowa października

Październik = Gratislavia, przynajmniej jeśli chodzi o moje granie w tym miesiącu. Na wyróżnienie zasługuje tym razem nie jedna gra, ale projektant - Reiner Knizia, 6 z 11 gier w które grałem to jego pozycje. Ale każda po jednym razie więc nie mogły zagrozić Wysokiemu Napięciu. Tak, w końcu zagrałem w Wysokie Napięcie, i to dwa razy. Ta gra zawsze była odrzucana przez znajomych, zawsze znalazła się jaka nowa gra do poznania, a ja odczuwałem coraz większy niedosyt. Całe szczęście nie pozostał on w pełni zaspokojony i cały czas pałam rządzą wygrania w Wysokie Napięcie ;)

poniedziałek, 13 października 2008

Gratislavia II

Lubię Wrocław, więc po bardzo pozytywnych wrażeniach na Pionku decyzja by jechać na Gratislavię była oczywista. Jednak w ostatniej chwili pojawiła się perspektywa że jednak nie pojadę. Perspektywa miała 4 miesiące, 4 łapy, co 4 godziny srała, za to sikała co 2 :) Jednak udało się to załatwić logistykę, więc ruszając o 4 rano zabrałem Samura i Costiego i w drogę.

Obawiałem się jazdy trochę ponad 2 tygodnie po skręceniu prawej nogi, ale okazało się że nie było tragicznie. Kostka odzwyczajona ostatnimi czasy od systematycznego ruchu pod koniec co prawda sygnalizowała swoja obecność, ale trasa jej posłużyła bo zeszły nawet resztki opuchlizny. A jechało się nieźle mimo wysypu fotoradarów na trasie – tylko raz Costi mnie zagadał i zgubiliśmy drogę :). Na miejscu Samur po telefonie do przyjaciela umówił nas z Magmą i dzięki niemu zaparkowaliśmy przed Politechniką. Tuż po nas przyjechał mst, i ta kolejność okazała się potem decydująca ;)

W międzyczasie Magma pokazał nam hostel, gdzie się z Costim udaliśmy zgodnie z dewizą „przezorny zawsze ma gdzie spać” ;). Było to może 4 minuty od politechniki, okazało się dużym mieszkaniem w starym budownictwie, świetnie urządzonym i dobrze pomyślanym. Zapowiedzieliśmy resztę ludzi, dostaliśmy miejsca na górze piętrowych łóżek, i usatysfakcjonowani miejscówką poszliśmy grać, strojąc się też w nowe poznańskie koszulki.

Zacząłem od Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog, potem postanowiłem przenieść się na Kniziaton. Sympatycznie pomyślany, rozgrywki z większymi emocjami bo i wynik istotny – po 4 partiach(Razzia!, Circus Flohcati, Blue Moon City i Przez Pustynie) i sporej ilości punktów przy Kingdoms nie dość że dałem ciała maksymalnie, to jeszcze graliśmy ze „szpionem” który notorycznie odchodził od stołu i przeciągał rozgrywkę ;) Po tej klęsce zagrałem m.in. z liderem punktacji Mst w Tygrys i Eufrat, Mst wygrał i przyjemnie było obserwować go w akcji. Już na luzie 2 lekkie partyjki 2-osobowe, by podczas drugiej w Zaginione Miasta Steady ku mojemu osłupieniu podszedł i oznajmił że jak wygram partię to i cały konkurs. A że gra mi podeszła, to i się udało :)

Wieczorem grupowo udaliśmy się do knajpy, prowadzeni przez Steady’ego chyba po spirali, bo krążyliśmy niemiłosiernie po Wrocławiu. W końcu udało się nam dotrzeć na miejsce, kosztując gruzińskich specjałów i poznając grę Finto. Na miłe zakończenie dnia udaliśmy się do Spiżu, gdzie przetestowałem piwo miodowe – test zakończył się postanowieniem by następną Gratislavie zacząć już w piątek w Spiżu :)

Drugiego dnia postanowiłem odpocząć od konkursów i w rewelacyjnej sali Horrorowej siałem terror dwiema partiami Agricoli, najpierw dwuosobowo z Wiewiórką potem z 3 debiutantami w tym z moim kuzynem by miło zakończyć dzień partią Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog. Równolegle Costi wygrał turniej Maneouver, tylko Samur się wyłamał i nie wygrał nic ;)

Powrót przebiegał spokojniej, ruch był większy a i zatrzymaliśmy się by coś zjeść. Costi z Samurem gadali o grach komputerowych a ja chyba po raz pierwszy w życiu poczułem się staro, będąc w branży IT a nie rozumiejąc tego slangu. Na szczęście Costi pozbawił mnie kompleksów, pytając co to jest eurogra – jak widać nie można wiedzieć wszystkiego ;)

piątek, 3 października 2008

Gra planszowa września

Tym razem tematem przewodnim był Pionek, co nie przeszkodziło na podium wskoczyć grze z innego wieczoru, czyli Saboteur. 4 szalone rozgrywki przy piwie - ta gra idealnie się do tego nadaje :)
Na drugim miejscu Agricola - 3 partie i mocna ugruntowana pozycja. I tylko 2 miejsce, skoro zwycięzca również miał 3 partie?
Oznacza to, że do akcji wszedł Through the Ages: A Story of Civilization . Też 3 rozgrywki, każda jeszcze mocno przesterowana, ale równie mocno satysfakcjonująca, a jeszcze mocniej wpływająca na rządze kolejnych gier. Niestety, "waga" rozgrywek, czyli długość i "mózgożerność" nie pozwala na częstsze rozkosze obcowania z Through the Ages :(

wtorek, 9 września 2008

Gra planszowa sierpnia

Sierpień to Kaszubkon, i mnóstwo gier - 56, wiec tym razem bedzie szerokiem 5-miejscowe podium. Zacznę od 5 miejsca, czyli Razzia! Chwiler, ale bardzo sympatyczny i cały czas sprawiający mi dużo frajdy.
4 miejsce - Manoeuvre. Ta gra ma coś w sobie, niby za nią nie przepadam, niby wiem jak grać ale nie lubie grać w ten sposób, ale siadam jednak do tej pozycji - 4 rozgrywki.
3 miejsce - Caylus. 3 rozgrywki, mój poziom gry w końcu był jaki-taki i mogłem nawiązać walkę. No i niedostyt tytułu został zaspokojony :)
2 miejsce, niespodziewanie - Puerto Rico. Niby tylko 2 partie, ale jakie. Nie dość, że w końcu opanowałem tę grę i to ja kierowałem grą a nie na odwrót, a rozgrywkę z Wiewiórką, Costim i Duchem będe pamiętał wyjątkowo długo :).
A zwycięzcą została - Agricola. 5 gier, każda bardzo sympatyczna, w rożnorodnym ale zawsze zacnym gronie. Zacząłem grać z kartami i to jest sól tej pozycji. Zasłużony lider.

poniedziałek, 8 września 2008

Pionek w rytmie sinusoidy

Do tej pory Pionek nie jawił się zbyt atrakcyjnie by się nań udać – dużo bliżej jest na Politechnikę, można zagrać tam w każdą wolną chwile weekendu praktycznie. Jednak Kaszubkon pozostawił po sobie tak dobre wrażenie, że jeszcze na nim podjąłem decyzje – jadę na Pionek. Nie samymi grami człowiek żyje, więc postanowiłem poznać „to coś” Pionka, czyli atmosferę w Gliwicach.

Tym razem postanowiłem wziąć kierownicę we własne ręce, a w poszukiwaniu współpasażerów podjąłem drugą dobrą decyzję – jechać przez Radom I Kielce. W W-wie zabrałem Costiego, w Radomiu czekali Vappor i BMC, a w Kielcach Squirrel z Cyrylem. I już w aucie okazało się w czym jest siła Pionka – to jego uczestnicy, a szczególności pomarańczowe koszulki :) Wiewiórka zdecydowanie umiliła i tak wesołą do tej pory podróż – jej zalety pozwalała docenić zwłaszcza dynamiczna jazda w sporym ruchu :) Dopingowany okrzykami Squirrel wycisnąłem z samochodu znacznie więcej niż zwykłem to robić na co dzień ;) a reszta chłopaków była wniebowzięta.

Niestety wszystko co dobre za szybko się kończy, a my zeszliśmy sinusoidą ze szczytów na samo dno – podjechaliśmy pod hotel Tiffany. No i się okazało, że nasza rezerwacja już wyszła – znaczy się rezerwacja była, ale wolnych trójek już nie :) Mimo to zapłaciliśmy – powiedziano że jak wrócimy wieczorem to trójeczka będzie na nas czekać. Okazało się to dwójką z dostawką – ale ci którzy przyjechali dopiero wieczorem mieli ponoć większe problemy i musieli szukać innego lokum. Zaś szczytem wszystkiego była propozycja 2 dwójek zamiast trójki ... w cenie 2 dwójek czyli prawie 100 zł drożej! Po tym nawet sympatyczna sala konferencyjna nie ratuje w moich i costiego oczach tej miejscówki – zwłaszcza że cena i jakość śniadania były odwrotnie proporcjonalne do siebie – i to nie w stronę „mało płacisz dobrze jesz”.

Na szczęście nie zraziło nas to, bo doskonale wiemy że sinusoida idzie potem do góry. Pojechaliśmy więc na Pionka z Browarionem, zostawiając u niego nasze bagaże. Na wejściu zaszokowała nas opłata – aż 200 gr. Zapożyczyłem się więc i zacząłem chłonąć atmosferę imprezy wraz z bułką na drugie śniadanie. Musiałem chyba wyglądać bardzo samotnie bo od razu zacząłem przyciągać pomarańczowe koszulki – to chyba najlepsza metoda by je wszystkie bardzo szybko poznać :) Długo nie dałem się zmolestować, ale jak skończyłem jeść to i wymówka się też skończyła i niestety musiałem w coś zagrać. Poszczęściło się ... Squirrel i dzięki temu poznałem Konfrontacje Władcy Pierścieni. Ma dwie zalety – Śródziemie i krótki czas gry – niestety uległem Wiewiórce i pierścień trafił do miejsca przeznaczenia.

I w końcu nadszedł czas na danie główne – akademia Don Simona pt „Nie będę już cierpiał jak ktoś napisze zagram w Through the Ages ale z osobami które już grały”. Jak wielkie poczucie krzywdy było w narodzie świadczy 16 osobowa frekwencja ;) Po ok. 40 minutowym wykładzie przyszła kolej na praktyki – te na początku niemrawe, stopniowo nabierały rozpędu. Don Simon dwoił się i troił, ale gier było 5 i przez to zrobił się spory down-time. No ale ta gra tak ma, mimo to ląduje u mnie na pierwszym miejscu w kategorii miodność i satysfakcja z grania - przypomina Cywilizację sprzed 20 lat pod tym i innymi względami. Dla mnie gra Pionka. Pierwszą rozgrywkę wygrał dla mnie Michał Anioł, w drugiej(następnego dnia) byłem ostatni, ale satysfakcje miałem jakbym wygrał bo udało mi się zbudować niezły potencjał, nabierając przy tym doświadczenia. Fascynujące w TtA jest to jak szybko rzecz w której czujesz się mocny staje się twoją najsłabszą stroną – przypomina to trochę kurs żeglarski gdzie jak ktoś koryguje kurs łodzi to kończy się to zwrotem w drugą stronę i płynięciem wężykiem.

Ale szczyt sinusoidy osiągnęliśmy znów w poznańskim towarzystwie, kiedy wraz z Seneszelem, Demnogonisem i Westwoodem (ten co prawda z Krakowa ale to prawie to samo) udaliśmy się do ukraińskiej knajpy. Za miesiąc jedziemy z costim walczyć pod Kamieńcem a w Gliwicach poczuliśmy już zew Ukrainy. Knajpa jakby żywcem wzięta stamtąd, wliczając obsługę i jakość jedzenia - miód i piwo pszeniczne w gębie. Poczułem się jak w niebie, w błogostanie odpadliśmy z costim w elimicjacjach w turnieju wiedzy i jedyne na co mnie było stać to obserwować zmagania finałowe. Moim faworytem był Draco, niestety poległ na rokterowej poezji inspirowanej Kaszubkonem. Wielkie brawa dla WC i ujka za turniej – pomysł i wykonanie przednie.

Niestety sinusoida zjeżdżała już w dół – trzeba się było zabierać, zakwaterować i pieszo pospacerowaliśmy w stronę Knajpy. W porównaniu do Gliwic W-wa to dziura – po drodze widzieliśmy kilka bardzo interesujących lokali, niestety Knajpa nie trafiła do tej kategorii. Nie było tam jednego miejsca odpowiedniej wielkości i potworzyły się lokalne koła zainteresowań zamknięte choćby z przyczyn brakomiejscowych na nowoprzybyłych. BMC i vappor którym nie dane było skorzystać z ukraińskich uciech skonsumowali pizzę, ja z costim rozważaliśmy wyższość ukraińskiego pszenicznego piwa nad ofertą Knajpy i stwierdziliśmy że najlepiej będzie wycofać się do Tiffany i pomanewrować. Sinusoida ruszyła więc w górę, ja powstrzymałem swoje zapędy i w końcu pokonałem costiego, niby francuzami, ale kostki mi nie sprzyjały. Manouvre to dobra gra, ale nie w moim typie.

Ostatnią atrakcją wieczoru był Brass – w końcu doczekaliśmy się na Wiewiórkę i wraz z costim i Akakusem zaczęliśmy kopać kanały i układać szyny kolejowe. Odpuściłem już eksperymenty i trochę narobiłem nadszarpniętą w Dębrzynie opinie – co prawda costi miał pretensję że tłumaczyłem skrótami myślowymi, ale w końcu załapał o co biega w tej grze a i najgorzej mu nie poszło :) Miałem jeszcze ochotę na Through the Ages ale jakoś sprowadzono mnie do pionu – chłopakom chyba nie uśmiechało się wracać z niewyspanym kierowcą.

Rano śniadanie czyli dołek sinusoidy – jajecznica czy kiełbasa taka sobie, trochę serka topionego i dżemik, przynajmniej chleba nie limitowali. Na poprawę humoru zdaliśmy pokój i pojechaliśmy na Pionek. Tym razem już nie dałem się odwieść od TtA, potem Caylus Magna Carta i na szybko żółwiki, Ligretto football, Flix Mix, pamiątkowe zdjęcie. Zlot zakończyły Wojny Ryżowe - te nabyłem specjalnie na Pionek zwiedziony obietnicą, i okazało się że było warto. Co prawda karty opisane fatalnie – jakby był sam skrót opisu działania bez zasadniczej treści, ale dało się grać zwłaszcza dzięki zaangażowaniu Squirrel w wyjaśnienie zasad. Użyłem całej swojej perswazji politycznej i już w połowie gry Beata, Veri i costi stwierdzili ze trzeba bić lidera. Mój dajmio stoczył kolejno 2 pojedynki, oczywiście wygrane, nawet mimo losowania remisu :) Nie pozostałem dłużny i pokonałem dajmio Beaty, niestety nie skończyliśmy rozgrywki, więc wszystko się mogło zdarzyć – mimo tak zmasowanego ataku gra ma mechanizmy pozwalające go przetrwać.

Na zakończenie rozegraliśmy kilka testowych gier jak "Ustaw krzesła", "Zbierz plakaty", "Znieś ławkę" "Zanieś materace do budynku obok" i poszliśmy z costim pokazać vapporowi i BMC ukraińską knajpę. Chłopaki już nie popełnią błędu i nie będą jeść pizzy w Gliwicach. Sinusoida skierowała się w dół a my do auta, niestety bez Squirrel. Przez to było nudno, chłopaki tylko od czasu do czasu wspominali jak to było fajnie z Wiewiórką na tylnim siedzeniu :)

sobota, 19 lipca 2008

Zwycięstwo na froncie Giga

Przeciwnicy:
Marszałek Dystans i generał Czas. Groźna i bardzo niebezpieczna para przeciwników, walcząca zawsze razem. Dodatkowo często podczas walki doskwiera V kolumna „Tłok”.
Dywizja „Ragozd” armii „Schenker”: Jednostka po półtoramiesięcznej przerwie w walkach wyszła trochę z wprawy, testowe poligony potwierdziły że przygotowanie nie jest wzorowe. Uzbrojenie jednostki jest uniwersalne, choć świeżo wymienione – napęd i opony Racing Ralph mają za sobą niecałe 800 km walk.

Miejsce bitwy:
Powerade MTB Maraton, Międzygórze, Front Giga: 82 km, 2520m przewyższeń (oficjalnie, ponoć było więcej). Trasa średnio trudna, z długimi, wymagającymi podjazdami. Pogoda sprzyjająca planowanej operacji, bez upałów i bez deszczu. Nawierzchnia głównie szutrowa, luźna.

Przebieg starcia:
Dowództwo zdając sobie sprawę z większych wymagań na froncie Giga postanowiło za zadanie pokonanie Dystansu, bez specjalnego przejmowania się Czasem. Przy okazji można było wykorzystać sprzyjającą okoliczność, że w tym roku działalność V kolumny „Tłok” na tym odcinku została znacznie zniwelowana. Wątpliwości czy jednostka poradzi sobie przed takim wyzwaniem jednak pozostały i były praktycznie do końca, jednak nawet pogoda nie dała pretekstu by przesunąć oddział na łatwiejszy odcinek Mega.

W okolice działań dywizja została przerzucona wraz z dwiema innymi I korpusu „BZ” – „Daniel” i „Palec” dzień wcześniej. Tutaj w ośrodku Gigant nastąpiła koncentracja armii z dywizją „Magda” II korpusu „Poznań”. Oczywiście nastąpiła wymiana doświadczeń między jednostkami i opracowanie planu ataku następnego dnia, uwzględniając dywizję „Robert” II korpusu która miała dołączyć już przed startem. Armia postanowiła skoncentrować się na odcinku Mega, wykorzystując odwrócenie uwagi przeciwnika moim atakiem na Giga.

By uprzedzić V kolumnę, atak na froncie Giga zaczynały się tym razem pół godziny wcześniej. Przygotowania trwały od rana – czyszczenie sprzętu, kontrola ciśnienia, uzupełnianie zapasów. Te mogłem zabrać mniejsze, bo odpuszczenie Czasu by skupić się na Dystansie daje możliwość skorzystania z punktów zaopatrzenia na planowanej trasie ataku. Nieokreślona pogoda była powodem że zdecydowałem się na walkę w długim rękawie, biorąc ze sobą też krótki i kurtkę przeciwdeszczową. Zarówno bluza jak i pogoda okazały się cieplejsze niż się wydawało i zmiana wyposażenia została dokonana na pierwszym punkcie zaopatrzenia.

Początek natarcia był świetny – do boju zagrzewały jednostki uderzające dopiero w drugim rzucie na froncie Giga, można było się nie obawiać ataku V kolumny – atak zaczynał się długim podjazdem. Zgodnie z taktyką rozważnego korzystania z sił moja dywizja posuwała się a ariergardzie natarcia, jednak po kilkunastu minutach okazało się że mimo wszystko optymalne tępo ataku jest szybsze niż kilku innych oddziałów. Niestety, na samym początku zawiodła kompania zwiadowcza „Pulsometr” – okazało się że skończyło się zasilanie i pododdział do końca walk pozostał bezużyteczny. Dokuczliwy było zwłaszcza brak ciągłej informacji o przeciwniku „Czas”. Druga kompania zwiadu „Sigma” przejęła częściowo te obowiązki, ale kosztem zwiększonego bałaganu logistycznego.

Atak rozwijał się pomyślnie nawet mimo próby uderzenia V kolumny. Już po nieco ponad godzinie pojawiły się pierwsze jednostki frontu Mega, atakujące na wspólnym tu jeszcze odcinku. Posuwały się co prawda pojedynczo, ale podczas zjazdu jedna z nich tylko o 1-2 sekundy zdążyła uprzedzić atak sabotażystów wyprzedzając mnie tuż przed zwalonym przez nich drzewem który zwężał trasę zjazdu do single-tracka. Mogąc pominąć Czas, a uwzględniając ostrzeżenia o niestabilnych szutrach na zjazdach, jeszcze większy nacisk na nich kładłem na bezpieczeństwo niż szybkość.

Pierwsze problemy zaczęły się ok 36 kilometra, podczas najdłuższego z podjazdów. Kompania „Kolano” batalionu „Lewa Noga” zaczęła sygnalizować kłopoty. Po jakimś czasie podobne sygnały dochodziły również z kompanii „Kolano” drugiego batalionu. Problem narastał – jednostki te słynęły w całej armii jako wyjątkowo problemowe, ale tym razem charakter kłopotów był trochę inny. Niestety, zatrzymało to na kilka minut natarcie całej dywizji, z czego były jednak zadowolone kompanie „Krzyż” i „Tyłek” z batalionu zaopatrzenia. Atak szybko został wznowiony, jednakże do momentu pokonania całego podjazdu niezbędny był jeszcze jeden postój.

Niedaleko za szczytem był kolejny punkt zaopatrzeniowy i miejsce, gdzie oba fronty się rozdzielały. Dywizja uzupełniała zapasy nieśpiesznie, dając dłuższą chwilę wytchnienia najbardziej utrudzonym pododdziałom. Po dłuższej chwili nadciągnęła też dywizja „Palec” i po szybkiej wymianie doświadczeń bojowych kontynuowała natarcie. A w dowództwie mojej dywizji trwał dylemat – czy jednostka podoła trudom Giga, czy też złamać rozkazy i zjechać na front Mega. Gdyby, jak wcześniej, rozkazy pozostawiały dowolność wyboru, fatalne morale dywizji by przeważyło. Tym razem jednak sztab uznał że atak jeszcze jest możliwy, a ew. wycofanie będzie możliwe przecież w każdej chwili.

Natarcie zostało więc wznowione w kierunku Giga, i od razu cała dywizja tego pożałowała. Równie długi zjazd co podjazd był po mocno wystających kocich łbach, i jednostka od razu zaczęła marzyć o przezbrojeniu w sprzęt amortyzowany również z tyłu. Jest to jednak równie realne jak zamiana wszystkich Hummerów na Rosomaki w Afganistanie ;) Atak trwał jednak cały czas mimo stosunkowo żałosnego tempa, by w końcu teren zrobił się bardziej sprzyjający – malownicze trawersy z pięknymi widokami. Dobre zaopatrzenie dało znać o sobie i od razu morale dywizji wzrosło a natarcie nabrało animuszu, zwłaszcza na w końcu wspaniałym zjeździe. Szuter poprzecinany drewnianymi belkami odpływów pozwalał na osiągnięcie wspaniałego tempa ataku, całe szczęście że kontrwywiad działał lepiej niż w Afganistanie i oznaczył taśmami niebezpieczne miejsca gwałtownych zakrętów. Odpowiednio wcześnie wyhamowywały one tempo natarcia pozwalając bezpiecznie zmienić jego kierunek.

Następny podjazd koło Jaskini Niedźwiedziej mimo dotychczasowych kłopotów dywizja pokonywała powoli, z przestojami, ale już rutynowo, docierając w końcu do trzeciego i ostatniego punktu zaopatrzenia. Tam była kuszona zabronionym przez Konwencje Genewską podczas działań zbrojnych paliwem „Piwo”, ale własne zapasy innego wysokowydajnego paliwa „Born” pozwoliły nie ulec tej pokusie. Dywizja pobrała więc tylko standardowe uzupełnienie do własnych zapasów i pokrzepiona informacjami że został tylko jeden nieduży podjazd a potem już tylko w dół, ponowiła atak.

I wtedy dowództwo zmroził sygnał z plutonu „Ścięgno” kompanii Kolano batalionu „Prawa Noga” – jest źle. Ten oddział miał już na sumieniu kilkumiesięczne przerwy w działaniach bojowych całej dywizji, na szczęście faktycznie został już tylko jeden podjazd, a raczej podejście. W tej formie ataku pluton nie protestuje, tak jak i podczas zjazdu. Niestety, bez niego natarciu ciężko nabrać impetu i tylko w sprzyjającym terenie toczy się głównie siłą rozpędu. I gdy pozostałe pododdziały raportowały wysoką skuteczność nowego paliwa i pełną gotowość bojową, skuteczny szybki atak nie był możliwy. W końcu dywizja osiągnęła cel, w stanie krańcowo różnym – dwie straszliwie wyczerpane kompanie i reszta jednostek na ich tle wyglądająca jak po lekkim poligonie. Z jednej strony sukces i zrealizowanie planów, z drugiej rozczarowanie niewykorzystanym potencjałem.

Po zakończeniu działań bojowych na odprawie i podsumowaniu działań okazało się że dywizja „Magda” została wyróżniona, jako druga w swojej klasie, awansując do grona elitarnych, gwardyjskich oddziałów. Mimo tego i mimo wszelkich problemów, najlepiej został doceniony wysiłek mojej dywizji, która po raz kolejny okazała się najbardziej efektywna, ale po raz pierwszy na tle całej armii a nie jednej czy dwu dywizji.

niedziela, 1 czerwca 2008

Szybkie numerki w Nałęczowie

1 czerwca – dzień dziecka. Niektórzy uważają, że powinien być do dzień wyjątkowy. Dla mnie wyjątkowy jest każdy dzień z moją córką, więc pozwoliłem tego dnia wykazać się dziadkom. 2,5 latka fascynuje wszystko, słoń w oddali jest mniej ciekawy niż barierka w zasięgu ręki, a większym świętem od taty jest babcia :) Pojechałem więc jak zwykle pod prąd, do Nałęczowa, namówiony przez Palca – 150 km, niedaleko, szybki numerek.

Faktycznie, Palec prowadzi szybko, na miejscu byliśmy o 9:30. Standardowe przygotowania, i ustawiamy się w sektorach. Palec w D, ja w E – w sumie może 20 osób łącznie w tych dwu, pustki. Przed nami trochę więcej kolarzy w A,B,C, ale widać linie startu. A za nami tłumy – w tym momencie przestałem myśleć o jeździe turystycznej – druga taka okazja może się nie powtórzyć. Przed startem połykam żela Borna – opakowanie jest nieużyteczne dla mnie w trasie, sprawdzam więc czy zadziała przed. Chyba tak, bo cały czas trzymam pozycje w peletonie, najpierw w rundzie honorowej, potem na trasie.

Na pierwszym podjeździe mijam Palca, ten rewanżuje się na zjeździe. Kolejny podjazd i znów go wyprzedzam, wjeżdżamy w lessowe pola, kurzy się niemiłosiernie. Czasami ledwo co widać osobę jadącą tuż przede mną. Dobrze że nie założyłem soczewek – w kurzu od razu wtedy oczy bolą, bo on dostaje się wszędzie. Jedzie mi się dobrze aż w wąwozie nagle blokuje mi się przednie koło. Muszę stanąć, ciemna rynna, nie ma gdzie zejść na bok, co chwila ktoś mnie mija w pełnym pędzie. Powtarzam jak katarynka UWAGA! i patrzę co się stało – linka od hamulca weszła w tarczę. Jakim cudem nie wiem, ręką nie dałem rady wyciągnąć, użyłem kluczy – poszło łatwo i jadę dalej – szybki numerek na szczęście.

Mimo to minęło mnie sporo osób które wcześniej pracowicie wyprzedzałem na podjazdach – m.in. Palec, którego znów dopadam w Kazimierzu na podjeździe. Noga podaje dalej, Palec zostaje po raz ostatni z tyłu, już do końca. Trasa jest szybka, dużo asfaltu, szutru, podjazdy symboliczne. W końcu opony pokazują co potrafią – na asfalcie pomykam jak na kolarzówce. To i gorąco to idealne warunki dla mnie – na bufetach się nie zatrzymuje (a te ponoć były kiepskie, brakowało wody), upał przeszkadza mi mniej niż innym. Odcinki po łąkach, po muldowych ścieżkach dają trochę po rękach, całe szczęście że są bo inaczej kolarzówka byłaby chyba najlepszym rowerem na ten wyścig.

Tempo jest bardzo szybkie, w pewnym momencie zastanawiam się czy nie warto jechać tylko na 2 żelki, stwierdzam jednak że zjem 3, tylko trochę częściej. Chyba dobrze, bo jednak jechało się intensywnie. Na kolejnym asfalcie podczepiam się pod szybki pociąg – ktoś chyba gonił po złapaniu kapcia bo ciągnął jak dwa parowozy, zrobił się mały peletonik i kilometry padały jeden po drugim w niesamowitym tempie. Niestety, przy odbiciu na szuter jakiś idiota złapał skurcze i naciągał mięśnie. Idiota, bo zostawił rower na środku drogi w poprzek! Pierwszy w peletonie hamował delikatnie, kolejny bardziej, ja już musiałem dać mocno po heblach – szybki numerek, zarzuciło mi tył i gleba.

Powiedziałem idiocie co o nim myślę, sprawdzam rower, wygląda OK, więc jadę dalej. Niestety, wypadłem z rytmu, a łańcuch zaczął tańczyć po kasecie. Na szczęście udało się go jako tako podregulować, ale ochota do ścigania się gdzieś odjechała. Usadowiłem się w aktualnej stawce i tak już jechałem aż do mety. A tu jeszcze zaczęli się maruderzy z Mini. Tym razem był to spory, 34 km dystans, całe szczęście że nie było najmniejszych problemów z wyprzedzaniem – grzecznie ustępowali drogi lub było miejsce. Na sam koniec jeszcze trasa była kiepsko oznaczona – ja zjechałem kilkaset metrów, ci co zawracali przede mną na pewno sporo więcej. Kolejny minus dla orgów – 2 metry taśmy załatwiłyby sprawę, a słyszałem że sporo osób tam się zgubiło – Palec błądził kilkanaście minut.

Całe szczęście, że przynajmniej były tabliczki z odległością do mety – jechałem w ciemno, nie znałem trasy i tylko orientacyjną długość. Kończyłem w dziwnym stanie – niby nogi nie bolały, nie czułem zmęczenia mięśni, ale nie miałem woli jazdy. Nie potrafiłem się zmobilizować by przyspieszyć, a rezerwy chyba miałem. Dobrze że przede mną jechali niezłym tempem, więc przynajmniej nie traciłem. Na metę wpadało się z sporej górki po prostej, niezbyt bezpiecznie rozwiązanie. Już na finiszu spostrzegłem przede mną dziewczynę, wyprzedziłem ją o włos rzutem na taśmę – okazało się że była z Mini i chyba była mocno zdziwiona takim traktowaniem ;) – różnica prędkości pewnie przekroczyła 30 km/h.

Na mecie w bufecie tylko woda i resztki jedzenia na ziemi. Trudno, idę do punktu medycznego. Ręka nie wygląda najgorzej, spore ale płytkie obtarcie, podobnie biodro. Gorzej z nadgarstkiem – ten boli, na szczęście nie puchnie. Spodnie porwane, brudne, więc dostaję opatrunek na biodro aż to wszystko przyschnie po jodynie. Potem odbieram reklamówkę z jak zwykle bogatymi gratisami (plecak, czapeczka, odblaski rowerowe) i przede wszystkim kuponem na posiłek – jak zwykle u Langa nie kolarski – golonka, karkówka lub kiełbasa. Porcje tym razem mniejsze niż w Szczawnie, ale moja była wystarczająca. Szukając Palca zobaczyłem wyniki – szok – 92 miejsce, gdyby nie incydent z hamulcem byłbym w ósmej dziesiątce – 20 miejsc wyżej dzieliły tylko dwie minuty. Najlepszy wynik procentowy ze wszystkich startów – 76%. Oj, warto było popełnić taki szybki numerek w Nałęczowie :)

Potem czas zwolnił – odpoczynek w cieniu, piwko z sokiem, czekanie na losowanie nagród, dekoracje – bardzo przyjemna atmosfera pomaratonowa. Wielki plus dla orgów za atrakcje dla dzieci – dmuchany zamek do skakania, coś w rodzaju squasha, tylko że piłka na sznurku lata dookoła kija, malowanie twarzy i wiele innych. Gdyby nie nadgarstek, to pokręciłbym się trochę na rowerze po okolicy, ten niestety z każdym ruchem przypominał o sobie. Wyjazd też się opóźnił – Palec zaparkował na głazie, coś z podwozia mu częściowo odpadło i musiał to zdemontować do końca :)