<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616</id><updated>2012-02-17T04:01:10.813+01:00</updated><category term='rekonstrukcje'/><category term='planszówki'/><category term='Mein Panzer'/><category term='XVIIw'/><category term='Maraton'/><category term='Bitwy Morskie'/><category term='strategiczne'/><category term='wyjazd'/><category term='Rower'/><category term='OKO'/><category term='koszykówka'/><category term='OiM'/><category term='Polonia'/><category term='bitewniaki'/><category term='konwent'/><category term='GQ3'/><category term='banki'/><title type='text'>Ragozd</title><subtitle type='html'>planszówki, bitewniaki, rekonstrukcje, koszykówka, rowery i wszelkie inne atrakcje tego świata</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>53</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-2352996592313101851</id><published>2010-11-01T22:39:00.001+01:00</published><updated>2010-11-01T23:19:48.122+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>51 stan - rzut okiem</title><content type='html'>&lt;b&gt;Wydanie&lt;/b&gt; - ładne pudełko, ale w środku zmieściłoby się ... co najmniej 5 kompletów gry więcej :) Innymi słowy potrzebne jest małe pudełeczko do transportu, bazowe może czekać na dodatki których powstanie jest więcej niż pewne. Żetony - to najsłabszy punkt 51st, dużo drobnych żetonów, a mimo to dalej za mało - ale te temat - rzeka został już wyjaśniony, dodatkowe żetony będą. Karty - piękne grafiki, mnóstwo symboli, ale można się z nimi oswoić szybko. Do mnie trafiły szybciej niż w RftG.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Klimat&lt;/b&gt; - niestety nie przepadam za "przyszłościowymi" tematami, ale potrafię ocenić że gra pod tym względem jest zrobiona wzorowo. Trochę niestety rażą mnie jednak nazwy jak Gangersi czy Mutki na kartach - może kiedyś Trzewik sprzeda licencję czy sam na tym silniku zrobi gre fantasy, to będę wniebowzięty :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Instrukcja&lt;/b&gt; - mogłoby być gorzej, ale mogłoby być dużo lepiej. Raczej nie przeszła etapu "nieznający gry czyta i próbuje grać".  Po próbie zapoznawczej partii - gdzie gra pokonała nas po pierwszej rundzie (tłumaczył zasady właściciel) i po 2-krotnej lekturze byłem przekonany że zagramy bez problemu. Efekt - błędna partia, w kolejnej, już prawidłowej kilkanaście min analizy tekstu na szczęście poprawnej. Zbyt mało przykładów, niepotrzebne próby opisywania mechaniki - klasycznym przykładem jest akcja zamiany lidera. Tu zamiast definitywnego za pistolet wymieniasz 1 lidera na 2 i kładziesz 2 PZ na bazie zbyt zagmatwane tłumaczenie że akcja zamiany daje 1 PZ a 1 PZ jest za już wyłożoną kartę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo mylące są też otwarte lokacje - brakuje prostego zdania "Właściciel może korzystać tylko z swoich akcji, do swoich fabryk nie może wysyłać ludzi - one są tylko do innych graczy". Dla mnie właśnie te ikonki ludzików na kartach akcji i fabryk były najbardziej nieoczywiste i nie raz próbowałem wysłać człowieka do własnej fabryki :( Inną nieoczywistą rzeczą jest próba sumowania punktów co rundę na planszy. Tak - mając po pierwszej rundzie 2 pkt, a po drugiej 4 pkt, w komplecie chcieliśmy na torze zaznaczyć 6 pkt. Też brak jasnego postawienia sprawy :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Mechanika&lt;/b&gt; To największa siła gry. Bardzo elegancka, bardzo ładnie wpisana w klimat, oparta na świetnym pomyśle. Szkoda tylko że gra nie jest dopracowana pod tym względem i musimy niepotrzebnie pamiętać kilka rzeczy. Pierwsza -  brakuje mi oznaczenia darmowej akcji przebudowy - mamy 3 karty do oznaczenia podstawowych akcji, mnóstwo żetonów do oznaczenia dodatkowych, a o fakcie czy wykonaliśmy darmową przebudowę czy nie musimy pamiętać. Po prostu brakuje 4 karty akcji, takiej samej dla 4 frakcji - za 1 cegłę akcja przebudowy. Pewnie większość graczy powie że się czepiam, ale wspomniana elegancja powinna zobowiązywać ;) Trzy podstawowe karty kontaktu każdej strony można by np. zastąpić jedną. Tę podzieliłbym na 4 części - Podboju, Współpracy, Przyłączania i, nowość, Przebudowy. Aktualnie 3 różne karty niepotrzebnie tylko zajmują aż tyle miejsca na stole, a o przebudowie trzeba pamiętać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugą sprawą są limity żetonów PZ na kartach. Niby to banał - na kartach lokacji 3, na liderach 5, na bazie bez ograniczeń - no to dlaczego ten banał nie przenieść na karty? Choćby na zasadzie oznaczeni rodzajów kart w lewym górnym rogu ilustracji - w prawym górnym dałbym 3 lub 5 symboli żetonów PZ. Grafik poradziłby sobie z tym bez trudu (koniczynka, stosik, prawie jak na 6 stronie instrukcji). No i jak łatwo to byłoby sprzedać w instrukcji :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzecia sprawa - brak podpowiedzi dla graczy - karty z wymienieniem (nawet nie opisem) dostępnych akcji. To już spora bariera wejścia początkującego gracza w grę, niedostrzegalna dla graczy mających naście gier za sobą. Zaś na drugiej stronie opis przebiegi draftu - to zostało zrobione tak nieintuicyjnie, jak tylko można było. Zamiast sprawdzonego mechanizmu odwrotnej kolejności doboru drugich kart potworek kolejności dobierania i dociągania kolejnych kart ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Przebieg rozgrywki&lt;/b&gt; - tutaj wydaje się że opcji jest multum. 4 różne frakcje, 3 sposoby zagrania każdej karty (a nawet 4 dla appalahów  :)) i ... niestety mamy pasjans. Dlaczego niestety - bo ta mnogość po 5 partiach zaczęła się za mnie układać w jedyny optymalny układ do zagrania. Czy to w 5 czy 30 sekund wyznaczany - ale jedyny optymalny. Karty nie dawały mi wyboru. Sytuację ratuje trochę draft - 2 karty wybieramy, 1 losujemy - świetny pomysł, szkoda że wykonanie przekombinowane :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siłę dostępnych możliwości wydaje się że mam już wyrobioną - najważniejsze są dodatkowe karty, potem dodatkowe akcje zwłaszcza przyłączania i przebudowy, lokacje fabryczne i dające PZ-ty. Darmową, zbyt dużą wg mnie dopałką są liderzy - jeśli ułożą się nierównomiernie, gracz który dostanie ich więcej ma łatwiej. Argument że zamiast tego mogłaby to być inna, dająca równie wiele karta mnie nie przekonuje, bo równie dobrze mogłaby być to inna, niewiele dająca karta :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Podsumowanie&lt;/b&gt; Czy mimo to 51st jest złą grą? Absolutnie nie. Jest jak narkotyk - krótka, stosunkowo łatwa w optymalizacji ręka pozwala na wysiłek intelektualny nie za duży, ale i nie za mały, który od razu ma przełożenie w wyniku. Jeśli jest dobry, można mieć sporą satysfakcję, jeśli zły to zawsze jest wina losu i złych kart ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aktualnie bardzo ciekawi mnie czy powyższe wnioski są prawidłowe, i czy opisane przeze mnie zjawisko jest jak Dominionowy syndrom taktyki tylko na kasę która wykańcza wszystkich naiwnych próbujących kombinować inaczej ;) Gra niestety nie jest dopracowana, ma sztucznie zawyżony próg wejścia dla początkujących, i całe szczęście, bo działa jak narkotyk i po skończonej partii chcemy od razu zacząć kolejną :) W Dominionie kolejne dodatki zwiększyły interaktywność i zniwelowały taktykę samo złoto. Tak więc przed 51st perspektywy świetlane :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Proponowane zmiany&lt;/b&gt; Poza wspominanymi korektami technicznymi, jedna, wzmiankowana nie tylko przeze mnie sprawa nie daje mi spokoju - liderzy. Zagrać ich łatwo, wnoszą zasoby, dają punkty, i co budzi najwięcej kontrowersji, ich wymiana jest dodatkowo punktowana. Cena tej akcji jest zbyt niska - rozważyłbym koszt 2 broni.&lt;br /&gt;Druga sprawa - dałbym możliwość wysłania 3 ludzików po kartę&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-2352996592313101851?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/2352996592313101851/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=2352996592313101851' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2352996592313101851'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2352996592313101851'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2010/11/51-stan-rzut-okiem.html' title='51 stan - rzut okiem'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3265682270084276653</id><published>2010-09-23T22:45:00.000+02:00</published><updated>2010-09-23T22:45:10.236+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bitewniaki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='XVIIw'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='OiM'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='strategiczne'/><title type='text'>Podjazd na Wilczą poczyniony</title><content type='html'>Regimentarz Ragozdecki po wydarzeniach spod Ujścia dostał pod komendę podjazd rajtarski, by wiernego Kazimierzowi pułkownika Szwelickiego dopaść i pojmać. Niezwyczajny komendą nad rajtarią wielką eksperiencję zdobył i choć zadania nie wypełnił to z życiem uszedł :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety w kiepskim oświetleniu komórka nie zawsze stanęła na wysokości zadania, ale z mimo wszystko zdjęcia umieszczam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby poznać słabe strony Szweda, a docenić mocne RON umówiłem się z Rafałem na podjazd :) Scenariusz dobraliśmy trochę niezgodnie z zasadami, bo z definicji miała to być obrona przeprawy, wybrałem ze będę strona mocniejsza, a wystawiwszy 6 kompani rajtarii najemnej z dowódcą za 7 pkt, Rafał postawił na 6 pkt polski podjazd kozacko-pancerny z jedna tatarska chorągwią. I tu mnie zmartwił, ponieważ Tatarzy RON będą, a raczej już kosztują 1 pkt za dwie podstawki - w zamian dostając jedynie co drugi oddział weteranów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Namówiłem tez Rafała, by przypadek remisowej siły i losowania wtedy dodatkowego efektu scenariusza zastosować nie przed a dopiero po wybraniu scenariusza. I to był strzał w 10 i najpewniej wejdzie do zasad podjazdu - nadał bowiem starciu wyjątkowego kolorytu. Okazało się bowiem ze pułkownik Szwelicki był wczorajszy (dowodzenie -1) i jego głos nie niósł najdalej, w zamian teren przed mostem po Szwedzkiej stronie okazał się bagnisty i równie mocno dawał się we znaki Szwedom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polacy wystawili przed mostem 1 chorągiew na harce, inna flankowała bród, po drugiej stronie Tatarzy, reszta urzutowana w centrum. Ja ustawiłem linie z jazdy na przemian strzelecko - pancerną, niestety przez to bagno popełniłem pierwszy błąd i strzelców z lewego skrzydła dałem na ostrzał harcowników i do końca bitwy na prawny skrzydle i w centrum przed mostem nie mailem już arkebuzerów. &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusOS-tC6I/AAAAAAAABKc/Wj1PxFYqYOc/s640/DSC00067a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Po pierwszej turze - moi strzelcy podjechali za bardzo do przodu podnieceni możliwością ostrzału. Z lewej strony polska chorągiew "wabik", na brodzie siły przerzucone przez Rafała, potencjalny cel arkebuzerów na ich prawej flance prawie wyszedł z pola ostrzału&lt;/i&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusOkJFnwI/AAAAAAAABKg/dvfwIjIis-c/s640/DSC00068a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Przeklęte bagno w centrum, na mojej lewej flance Tatarzy przepłynęli rzekę, pancerni obstawiają most, rajtarzy na lewo blokują Tatarom możliwość wyjścia na tyły a w centrum pierwszy błąd - arkebuzerzy w kapeluszach na prawo od opancerzonych rajtarów.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rafał wykorzystał to doskonale - od razu przerzucił większość sil na stronę brodu, i zmusił moich strzelców do walki wręcz. Arkebuzerzy trafiający na 3 niewiele zdziałali ostrzałem, ale szarża kompanii na "wabiących" polaków skończyła się potopieniem ich w rzece bez strat własnych .&lt;br /&gt;&lt;img src=""http://lh4.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusO3NBrnI/AAAAAAAABKo/67cnAIXRLBg/s640/DSC00070a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Przed walkami w 2 turze -  arkebuzerzy zorientowali się że zbyt daleko do przodu pojechali i przeszli do obrony - zwarli szyk by sprawniej manewrować i karakolowali, z miernym niestety skutkiem. Z lewej strony pierwsza walka, manewrowi Polacy niestety uniknęli opancerzonych rajtarów - arkebuzerów już nie mogli&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusO73IR8I/AAAAAAAABKs/GBxC9FC_QsI/s640/DSC00071a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Po trzeciej turze - sytuacja diametralnie zmieniona - dwu kompanijny skwadron arkebuzerów został wycięty w pień, ścigający o włos nie ogarnęli dowódcy, ale dopadli trzecią, bohaterską kompanię którą zdezorganizowali. Od dołu pojawiają się Tatarzy - widm klęski zagląda w oczy Szwedów. &lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całe szczęście inicjatywę mają Szwedzi, - tutaj cały czas dotkliwie bolała Rafała głowa i braki w dowodzeniu :) Nie mógł wydać dwu szarż ponieważ druga chorągiew była za daleko, nie stać go też było na zwiększenie inicjatywy. Moje prawe skrzydło przestało istnieć, na lewym zaś dwu kompanijny skwadron opancerzonych rajtarów ganiał za tatarami ze skutkiem wiadomym :) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusc9mCF4I/AAAAAAAABK0/Q4b1HiHWGQ4/s640/DSC00073a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Przed piątą turą - Ragozdecki uciekł na most ścigany przez Tatarów (za daleko by dostali rozkaz szarży) ale skwadron rajtarów zwarł szeregi i wyszedł na pozycję do szarży. Za tatarami polska chorągiew która skończyła właśnie dorzynać arkebuzerów. Za mostem pancerni bawią się w ciucubabkę z rajtarami. Ja w lewo, oni na moją prawą flankę. Ja w prawo - oni na lewej. &lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polakom w końcu brakło miejsca - unikający walki Tatarzy i musieli zatrzymać się na polskiej jeździe która nie dała pola na dalsza ucieczkę - szarża ciężkiej rajtarii doszła! Rezultaty były marne, nawet bez straty podstawki, ale ilością i jakością Szwedów Tatarzy uciekli z pola bitwy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusc8fe5OI/AAAAAAAABK4/5yDmqTZN-Ww/s640/DSC00074a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Po piątej turze - Polska jazda wiedziała czego się po Tatarach spodziewać i odpowiednio ustawiła szyki :)&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, mimo poświecenia prawie całego dowodzenia na inicjatywę, tę uzyskał Rafał rzucając 0 ... Ja miałem 9 (5 wsparte 4).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusddpVdlI/AAAAAAAABLA/-asW8u61rKA/s640/DSC00076a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedyspozycja polskiego dowódcy nie pozwoliła na wydanie 2 szarż na oflankowanych rajtarów i Polacy wybrali manewr rzucając się na most by ustrzelić szwedzkiego dowódce - 5 strzałami trafili 4x dowódcę który miał już 1 trafienie od tatarów. Wszystkie poszły w pancerz :) Rajtarzy karakolowali z pistoletów (z powodzeniem, dobijając polską podstawkę jazdy), niestety strata ta nie załamała morale polskiej jazdy i cala potyczka skończyła się remisem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bitwa była niezwykle pasjonująca, 2 losowe efekty nadały jej niezwykłego kolorytu. System scenariuszy w OIM jest genialny :)&lt;br /&gt;Bylem niezwykle zniesmaczony (nie)manewrowością szwedzkiej jazdy, 4 podstawkowy front był nieruchawy, 2 podstawkowy musiał kręcić i kilka razy przy jednym ruchu - masakra. Na tym tle doborowa i rozproszona polska jazda była wzorem manewrowości. Manewr, manewr i czekamy na inicjatywę, no i bez przepicia - to recepta RON na sukces. Trzymanie linii frontu i cierpliwość - to dewiza Szwedów, przed którymi Polacy mimo wszystko czuli (i słusznie) respekt. A bagno zbytnio mnie przestraszyło - teraz znając zwrotność jazdy parłbym prosto przez bagno - wiele w porównaniu z ciągłymi obrotami bym nie stracił.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3265682270084276653?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3265682270084276653/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3265682270084276653' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3265682270084276653'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3265682270084276653'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2010/09/podjazd-na-wilcza-poczyniony.html' title='Podjazd na Wilczą poczyniony'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://lh6.ggpht.com/_T0Uo1ABFBnQ/TJusOS-tC6I/AAAAAAAABKc/Wj1PxFYqYOc/s72-c/DSC00067a.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-6358402512552094729</id><published>2009-11-05T00:16:00.000+01:00</published><updated>2009-11-05T00:16:34.554+01:00</updated><title type='text'>Miesiąc albo dwa w pigułce</title><content type='html'>Nie piszę tu za często, choć okazje były. &lt;br /&gt;Konto w banku, które likwiduje od czerwca i które posiadam do tej pory zaliczając wizytę w oddziale raz w miesiącu.&lt;br /&gt;Mistrzostwa Europy w koszykówce i wyjątkowo udane wyjazdy do Wrocławia i Łodzi (niestety nie mające poparcia w wynikach reprezentacji).&lt;br /&gt;Nowinki techniczno-społecznościowe jak Nasza Klasa, Blip, Facebook, które na zasadzie słomianego ognia wypalają się szybko.&lt;br /&gt;Początek sezonu koszykarskiego który u mnie objawia się również rozpoczęciem wizyt na basenie :)&lt;br /&gt;I wiele innych, które dawniej skłaniały mnie do napisania kilku zdań. &lt;br /&gt;Czy ten blog ma sens? Mimo wszystko tak. Choć nikt go nie czyta, pozwala czasem na uporządkowanie myśli poprzez przelanie ich w słowa. Na trochę przemyśleń refleksji. I mimo że ostatnio bardziej pasywnie podchodzę do blogów, są widoki na poprawę&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-6358402512552094729?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/6358402512552094729/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=6358402512552094729' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/6358402512552094729'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/6358402512552094729'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/11/miesiac-albo-dwa-w-piguce.html' title='Miesiąc albo dwa w pigułce'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-4572671423637337974</id><published>2009-09-08T04:03:00.006+02:00</published><updated>2009-09-08T16:30:53.608+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Stronghold, czyli Kronikarz baja, a Eurogracz liczy</title><content type='html'>Moje pierwsze spotkanie ze Strongholdem to słowo pisane. Trzewik, autor gry, pióro ma lekkie, język sprawny, i cykl artykułów o grze stał się przebojem na skalę międzynarodową. Wśród opisywanych sukcesów i niepowodzeń jeden fakt przykuł moją uwagę – na pewnym etapie gry gracze byli zmuszani rozegrać kilka tur więcej, mimo że wynik był już oczywisty. Zwycięzca mógł się upajać swym tryumfem, pokonany doceniać klasę zwycięzcy – tylko jakoś nikt się tym nie zachwycił. Wprowadzono więc balans punktów zwycięstwa – i żyli długo i szczęśliwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugie spotkanie ze grą było już namacalne – piękna plansza, mnóstwo opcji, jedna lepsza od drugiej, a wybrać można tak niewiele – to już nie krótka kołderka, to gospodarka totalnego deficytu. Mechanika działa zgrabnie, zasady typu „dużo w tłumaczeniu, szybkie w stosowaniu” ,  pierwsze wnioski i doświadczenia generują potrzebę zagrana raz jeszcze by je potwierdzić.  Po prostu świetna gra, dodatkowo wygrywamy. &lt;br /&gt;OK., to wygrajmy jeszcze bardziej – ale jednak atakujący ciśnie. To „bardziej” jakoś się oddala, choć zwycięstwo niezagrożone. Sprytny plan obrońcy spali się dosłownie w katedrze, brakuje nań jednej klepsydry – trzeba bronić się na murach! Szybkie przeliczenie sił – nie obronimy się. Kolejne szybkie przeliczenie – poza jednym odcinkiem, obronimy się na pewno. To mały wyłom, nie odbierze nam zwycięstwa. Tylko zaraz – a co ten atakujący wykombinuje – jakieś rozkazy położył, może mu się uda zdobyć więcej niż jeden mur? &lt;br /&gt;Niedoczekanie – na jednym odcinku i tak przegramy, trzeba zabrać stamtąd kostki i wzmocnić inne, moja natura eurogracza zoptymalizowała przewagi na odcinkach – wszędzie już bezpieczny zapas. Jest OK, a na jednym i tak się nie mogliśmy utrzymać.&lt;br /&gt;Zaraz zaraz, powiedziała moja natura interesująca się wojskowością – przecież tak nie postąpiłby żaden szanujący się dowódca – odpuszczenie muru to podejrzenie o zdradę, zaprzeczenie sztuce wojskowej! Ale przecież musimy to wygrać, ten docinek musimy poświęcić, powiedział Eurogracz i postawił na swoim.  &lt;br /&gt;Niebroniony mur padł, pozostałe się utrzymały – liczymy punkty, wygrywamy 14:10 Sukces, grało się świetnie, chce się grać jeszcze. Ocena 9.5, jak to, tylko 9,5? Przecież wszystko takie naj, powiedział Eurogracz?  Gracz - Oficer już nie odpowiedział – król ściął go za zdradę, opuszczenie stanowiska i poddanie twierdzy, czego kronikarze już nie opisali … &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choroba jest znana, więc trzeba ją leczyć, bo ocena gry spadła o 1. Diagnoza – opuszcza się mur atakowany przez wroga najbardziej, ponieważ niezależnie od siły ataku zawsze jest punktowany tak samo. Lekarstwo – uzależnić punkty zwycięstwa od siły, którymi atakujący zdobędzie mury. Eurogracz policzył – zadziała, wystarczy dać odpowiednią wagę. Im silniejszy atak, tym więcej da punktów, więc nie będzie można go bezkarnie odpuścić. Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy przyznały mu rację, ale życia oficerowi to nie wróciło. &lt;br /&gt;Można jednak wrócić honor, który dla wojskowych jest cenniejszy niż życie. Tu jednak potrzeba coś więcej – może zlikwidować skutek, a nie przyczynę – powiedziały Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy, a Eurogracz zaczął od razu liczyć. Rozgrywka była wygrana już 2 tury wcześniej, mimo że atakujący zdobył w nich duże ilości punktów, nie miało to już znaczenia w wyniku.  Zaraz zaraz – przecież ten problem miał być już rozwiązany, a rozstrzygnięte gry miały być kończone. A jednak nie, dodatkowo takie ciągnięcie na siłę wygranej partii kosztowało honor i życie Oficera. Życia się już nie wróci, &lt;br /&gt;Eurogracz zaczął więc liczyć by odpracować swoje winy i zwrócić honor oficerowi. Wzór na zakończenie gry okazał się prosty, a Wyrzuty Sumienia Po Straconym Dowódcy po usłyszeniu rozwiązania wykrzyknęły – właśnie mówisz o Honorowej Kapitulacji. Gdybym miał takie wyjście, byłbym bohaterem, nie zdrajcą! Zamiast opuścić stanowisko, poddałbym twierdze na korzystnych warunkach. No i można grać pół godziny krócej, czyli jest szansa na dwie partie jednego wieczoru :) - dodał Eurogracz&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-4572671423637337974?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/4572671423637337974/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=4572671423637337974' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4572671423637337974'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4572671423637337974'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/09/stronghold-czyli-kronikarz-baja.html' title='Stronghold, czyli Kronikarz baja, a Eurogracz liczy'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-4561827683395263619</id><published>2009-08-17T22:40:00.003+02:00</published><updated>2009-08-17T23:49:04.549+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wyjazd'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konwent'/><title type='text'>Kaszubkon 2009</title><content type='html'>Urlop, na który czekałem od roku mógł nie dojść do skutku. W firmie bardzo ważny projekt był opóźniony, a osoba zań odpowiedzialna zastępowała mnie podczas urlopu. Stanęło więc na tym, że będę się łączył i pilne sprawy realizował zdalnie. Lepsze to niż nic :)&lt;br /&gt;Z W-wy na Kaszuby jechałem przez Kielce - wziąłem córkę i Agę, w W-wie psa i na miejscu byliśmy ok 13. Niestety, okazało się że jest tylko jedna osoba sprzątająca i domek odstaliśmy przed 17. Była w nim tylko jedna szafa na 5 osób, ale miłe towarzystwo szybko pozwoliło zapomnieć o tych niedogodnościach. Ale wielki głośnik na tarasie obok zapomnieć nie pozwalał - na szczęście jego właściciele wyprowadzali się dwa dni później.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Córka&lt;/span&gt; - było rewelacyjnie :) Polecam każdemu tatusiowi wybrać się z pociechą bez mamy. Ja co prawda miałem znaczną pomoc Zosi, Agi i Kasi,  3-6h dziennie w tym na obiedzie, ale wspólne śniadania, kolacje, spacery i wiele innych atrakcji - nie do ocenienia. Z drugiej strony wieczory do 22 były wyłączone z grania - następnym razem wezmę córkę na tydzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pies&lt;/span&gt; - pierwszą noc spędził w domku, potem jednak lepsza lokalizacja było miejsce pod werandą na smyczy - sprawdziła się znakomicie. Psiarskie warunki były znośne - na ośrodku rządziły dwa jamniki atakujące z werwą każdego nowo przybyłego psa. Im nie ma się co dziwić, ale właściciele jak zwykle dużo gorsi - kusiło mnie by dać jamnikom nauczkę, ale jak to mówią "zabijesz szmatę a za człowieka pójdziesz siedzieć" i biedny Gandalf na smyczy przyjmował kolejne ataki jamników - wytrzymał dzielnie, a z tego co słyszałem podczas jednego śniadania jeden z jamników podszedł troszkę za blisko - i ataki straciły na intensywności ;) &lt;br /&gt;Z drugiej strony rezydowało stadko 3 psów, szczekających na mojego na potęgę, więc integracji nie było. Ale problemów również - każdy miał swoją część jeziora i nie wchodziły sobie w paradę. A jezioro - psia rewelacja. Aportowanie patyka z wody - ściana ognia nie byłaby przeszkodą. Spacery po lesie, pływanie za rowerem wodnym - psi raj. Do pełni szczęścia brakowało drobnej inwestycji - małym nakładem można byłoby dokończyć ogrodzenie pod domkiem, dodać furtkę i przekształcić w psi kojec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Siatka&lt;/span&gt; - późne śniadania zabierały mi początkowe sety, ale te 2-3h grania było :) Całe szczęście odbyło się bez poważniejszych kontuzji, nie licząc klika dziurek w stopach :) Rozkręcałem się z dnia na dzień :) - świetna sprawa :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Kosz&lt;/span&gt; - niestety po 3 grach musiałem zrezygnować - tuż przed kolacją, wyczerpująca fizycznie, grożąca kontuzja, ale zadecydowało że nie za bardzo miałem wtedy z kim córki zostawić - ileż można było kombinować. Szkoda :( bo grało się rewelacyjnie, choć warunków czy umiejętności rewelacyjnych nie mam nawet na warunki Kaszubkonu - ujawniło się tam kilku naprawdę dobrych graczy. A zasłony Rysława to już był kosmos :) na tym poziomie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na samym końcu &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;planszówki&lt;/span&gt; - tu byłem najbardziej do tyłu. Czas na granie miałem de facto dopiero po 22 - czasami udawało się po obiedzie, ale pies + córka to niezbyt sprzyjająca konfiguracja :) Z drugiej strony dzięki temu nadrobiłem takie gry jak Agricola, czy moje odkrycie Kaszubkonu czyli Roll Through the Ages. Odświeżyłem Brass, Caylus, Wysokie Napięcie, niestety nie udało się poznać Le Havre i Imperial :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mogło też zabraknąć &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;TtA&lt;/span&gt;, choć tylko 5 gier do kilka innych obserwowanych - gra genialna, cały czas nowe sytuacje, jak np. pełna armia pancerna (3 korpusy po 3 dywizje) czyli 6 czołgów i 3 kawalerie w taktyce heavy cavalry powstała by obronić wojnę i zapunktować z eventu tuż po niej. Licząc nietrafiony cel wojny Zbyszka stracił na tym ok 70-80 pkt :) Albo pakt naukowy Valmonta, który wyzerował sobie naukę a nie mająć po najeździe jej przyrostu zablokował Nataniela z nauką na 3 tury :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Ośrodek&lt;/span&gt; - i łyżka dziegciu w beczce miodu - Rumcajs vel Voltomierz czyli nowy kierownik - wielka porażka. Nieprzyjemna persona z anty przykładem podejścia do klienta. Spowodował znaczną rotacje personelu, brak doświadczenia skutkował błedami na recepcji i opóźnieniami w uzupełnianiu posiłków. Wydawanie kluczy do zajętych pokoi, wyciąganie gości z jeziora by tłumaczyli że rezerwację mają tylko na tydzień - gość ewidentnie nie panował nad tym co się działo i zniechęcał klientów. Rok temu Dębrzyno było pewnikiem, teraz jest okazja by rozejrzeć się za innym ośrodkiem - trzeba jednak przyznać że mimo tych niedociągnięć Kaszuby postawiły wysoką poprzeczkę którą niełatwo będzie przeskoczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znów pierwsze o czym myśle po powrocie z Kaszubkonu to kolejna edycja tej niesamowitej imprezy :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-4561827683395263619?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/4561827683395263619/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=4561827683395263619' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4561827683395263619'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4561827683395263619'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/08/kaszubkon-2009.html' title='Kaszubkon 2009'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-8499060107664529131</id><published>2009-02-11T21:07:00.003+01:00</published><updated>2009-02-11T21:15:08.163+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>TtA - trochę przemyśleń nt. kart cz.1</title><content type='html'>Najważniejsze - nie bać się brać kart za 3 akcje.  Z epoki I nie warto wychodzic z 2 cudami - zbyt kosztowna inwestycja.&lt;br /&gt;Kart jest sporo, poniżej mój subiektywny ranking Cudów, Bohaterów i Ustrojów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cuda A:&lt;br /&gt;Piramidy – akcja się zwróci, najlepszy z cudów.&lt;br /&gt;Biblioteka Aleksandryjska – gdyby nie 4 akcje budowy, postawiłbym ją ponad piramidami.&lt;br /&gt;Wiszące Ogrody, Kolos – chyba lepiej poczekać na cuda z epoki I.&lt;br /&gt;Bohaterowie A:&lt;br /&gt;Arystoteles – mój faworyt. Wiedza na początku jest mocno deficytowa.&lt;br /&gt;Juliusz Cezar – militarne akcje doceniam coraz bardziej. +1 siły też miłe.&lt;br /&gt;Homer – ładnie punktuje i pozwala tanio budować wojsko. &lt;br /&gt;Aleksander Wielki – najbardziej może zwiększyć siłę militarną.&lt;br /&gt;Mojżesz – na początku ludność i tak kosztuje mało jedzenia.&lt;br /&gt;Hammurabi – aż się prosi, by go zaatakować. Już wolę bez bohatera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cuda I:&lt;br /&gt;Uniwersytet Karoliński – 2 żarówki piechotą nie chodzą w I epoce.&lt;br /&gt;Bazylika Św. Piotra – tylko 2 akcje i rozwiązuje problem buziek do końca gry.&lt;br /&gt;Taj Majhal – 1 pkt. Zwycięstwa więcej od bazyliki, ale bez buziek.&lt;br /&gt;Wielki Mur – dużo akcji potrzebnych, daje wszystkiego po trochu, do zastanowienia.&lt;br /&gt;Ustroje I:&lt;br /&gt;Monarchia – od biedy można na niej skończyć zmiany ustrojowe. &lt;br /&gt;Teokracja – szkoda czasu i zasobów.&lt;br /&gt;Bohaterowie I&lt;br /&gt;Leonardo da Vinci – daje żarówki i kamień – dla pokojowych graczy.&lt;br /&gt;Fryderyk Barbarossa – jak znalazł dla agresywnych graczy. &lt;br /&gt;Krzysztof Kolumb – może odkryć naprawdę cenną kolonie. Idealny do zastąpienia dobrego wodza A pod koniec epoki I.&lt;br /&gt;Joanna Arc – czasami może wybawić gracza z małą siłą.&lt;br /&gt;Michał Anioł – wygrywa grę na II epoki, w pełnej to przedwczesny finisz …&lt;br /&gt;Czyngis  Han – dla wyjątkowego fanatyka.&lt;br /&gt;cdn.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-8499060107664529131?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/8499060107664529131/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=8499060107664529131' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8499060107664529131'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8499060107664529131'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/02/tta-troche-przemyslen-nt-kart.html' title='TtA - trochę przemyśleń nt. kart cz.1'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-2931626874756788099</id><published>2009-02-02T21:11:00.006+01:00</published><updated>2009-02-04T22:33:24.321+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa stycznia</title><content type='html'>W styczniu tak byłem pewien zwycięzcy, że już pod koniec miesiąca chciałem już robić wpis. W końcu co może przebić 33 partii Dominiona przy 39 zagranych wogóle? I co z tego że 2/3 on-line, skoro w dobrym i znanym z realnego świata towarzystwie?&lt;br /&gt;A jednak, jest taka gra. &lt;strong&gt;Through the Ages&lt;/strong&gt;. Znów tylko dwie partie, ale jakie :) Coraz bardziej się przekonuje że podstawa w tej grze to opanować jej losowość i nie dać sie ponieść kartom. Lepiej wybrać jedną droższą i konkretną niż 2 tanie i też niby dobre :). Kusi teraz rozgrywka w 4 osoby, i bardziej militarnie nastawieni gracze - w pokojowym środowisku czuje się jak ryba w wodzie i czas na kolejne wyzwania. W końcu jakaś gra musi też zostać grą 2009 roku ;)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-2931626874756788099?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/2931626874756788099/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=2931626874756788099' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2931626874756788099'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2931626874756788099'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/02/gra-planszowa-stycznia.html' title='Gra planszowa stycznia'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5340231141778068145</id><published>2009-01-12T12:21:00.005+01:00</published><updated>2009-01-21T13:33:04.686+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>TtA na Ursynowie</title><content type='html'>Tym razem pomyślałem, by pojechać samochodem. Ale ten stał w warsztacie i w sumie bez żalu udałem się metrem. Po godzinnej lekturze i 15 min spacerze po Ursynowe mogliśmy z bazikiem i Ola przystąpić do Through the Ages. Zacznę od końca - była to jedna z lepszych moich partii w TtA, i z największymi wachaniami sytuacji, mimo tylko jednej udanej agresji. &lt;br /&gt;Zacząłem moją ulubioną strategią 4 koplanie - 2 farmy, Homer dawał mi punkty a piramida akcje. Niby wszystko szło dobrze, miałem węgiel, problem z żarciem rozwiązały farmy za 3, choć trochę mnie one opóźniły, ale bazik z Cookiem odjeżdżał w punktacji, Ola zablokowała mi lepszą piechotę i podkradła Newtona, oboje zmienili ustrój i militarnie poszli do przodu, a u mnie jakiś marazm się pojawił. Leonardo zszedł mi pechowo, jedna karta więcej i miałbym go kolejke dłużej, a tak brak jednej żarówki dręczył mnie 3 kolejne kolejki i opóźnił wprowadzenie demokracji co najmniej o 2 kolejki :(.&lt;br /&gt;O dogonieniu Bazika dawno już przestałem marzyć, na szczęście przeprowadził on udany najazd na Ole zakończony smiercią Newtona, który mocno przyspieszał rozwój naukowy Oli, a mi obierał nadzieje na 2 miejsce. Ja cały czas dołowałem militarnie, ale miałem na szczęście na ręku karty obrony, które pozwalały czuć się w miare pewnie, a Ola z bazikiem nie gali zdarzeń którwe nie pemiują z reguły takiej postawy ;)&lt;br /&gt;W końcu wprowadziłem demokracje, przedostatnią kartą był Einstein, który mimo to dał mi w 2 kolejki sporo punktów zwycięstwa. Zagrałem 4 wynalazki, ukończyłem cud za 26 pkt i nagle okazało się że zamiast walczyć o 2 miejsce gonie Bazika :) Decydujące były wydarzenia - kolonizacja za 11 pkt zwycięstwa w moim ostatnim ruchu - powięciłem całe wojsko i zdobyłem kolonie - a przede wszystkim bazik nie miał dobrej reki, a mnie podpasowało ostatnie wydarzenie i jedno wrzucone przez Ole i jakimś cudem nadrobiłem dystans (ten wynosił nawet ok 50 pkt w momencie śmierci bazikowego Cooka).&lt;br /&gt;Niestety, po skończeniu kart 3 ery nie odrzuciliśmy kart II i rolników - tłumaczy nas troche że dochodziła druga w nocy. Trudno, na pierwszy rzut oka wydaje się że nie miałoby to wływu na wynik.&lt;br /&gt;Kluczowym momentem w grze był fakt, kiedy bazik osiągnął znacząca przewage militarna i nie atakował. Ja miałem co prawda mocne karty obrony, ale na drugi atak by nie starczyło. No i Ola nie miała ataku kiedy wykosztowałem się na kolonie - ale właśnie dlatego nie lubie Hammurabiego ;) &lt;br /&gt;Na koniec okazało się że w dni robocze metro nie działa, a nocnymi dotłukłem się do domu na 4 rano - odrobiłem 2h zaległej lektury :) Jeszcze tylko spacer z psem ...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5340231141778068145?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5340231141778068145/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5340231141778068145' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5340231141778068145'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5340231141778068145'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/01/tta-na-ursynowie.html' title='TtA na Ursynowie'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-826064084490824840</id><published>2009-01-05T11:16:00.002+01:00</published><updated>2009-01-19T12:24:13.483+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa roku 2008</title><content type='html'>186 rozgrywek, z czego większość na Kaszubconie i późniejszych, została już opisana. Tym razem podium szerokie, 8-miejscowe.&lt;br /&gt;8 miejsce - Razzia! 8 gier&lt;br /&gt;7 miejsce - Manoeuvre 14 gier&lt;br /&gt;6 miejsce - Race for the Galaxy 8 gier. Po pierwszym półroczu byłaby na 2 miejscu, potem już nie trafiła do mnie. Nie odmówię, ale też i nie zaproponuje rozgrywki w tę pozycję.&lt;br /&gt;5 miejsce - Dominion 13 gier.   &lt;br /&gt;4 miejsce - Tygrys &amp; Eufrat 5 gier. I cały czas mam niedosty tej pozycji.&lt;br /&gt;3 miejsce - Through the Ages: A Story of Civilization 6 gier. 2 miesiące wystarczyły by wskoczyć na ścisłe podium. W tym roku pewnie stoczy morderczą walkę z Dominion o 1 miejsce.&lt;br /&gt;2 miejsce - Brass 11 gier, też głównie w pierwszym półroczu. Gra świetna, posiadająca 2 oblicza,  &lt;br /&gt;1 miejsce - &lt;strong&gt;Agricola&lt;/strong&gt; 16 gier. Nic więcej nie trzeba dodawać&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-826064084490824840?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/826064084490824840/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=826064084490824840' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/826064084490824840'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/826064084490824840'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/01/gra-planszowa-roku-2008.html' title='Gra planszowa roku 2008'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-107521915832642365</id><published>2009-01-01T12:09:00.001+01:00</published><updated>2009-01-17T12:26:50.445+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa grudnia</title><content type='html'>Grudzień nie obfitował w granie planszówkowe, tylko 8 rozgrywek z czego 5 szybkich w Dominion. To znakomita gra, ale musi ustąpić prawdziwemu królowi, jak wilki lwu. Gdy na arenę wchodzi &lt;strong&gt;Through the Ages: A Story of Civilization&lt;/strong&gt;, nic innego się nie liczy - dwie rozgrywki trzyosobowe pozwalają zaliczyć grudzień jako udany planszówkowo, zwłaszcza że pozostała partyjka to Agricola - czyli mój absolutny Top Three gier. &lt;br /&gt;A oba wieczory z &lt;strong&gt;TtA&lt;/strong&gt; znakomite, wyrównane, w doborowym towarzystwie -dokładnie tak to powinno wygladać zawsze :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-107521915832642365?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/107521915832642365/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=107521915832642365' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/107521915832642365'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/107521915832642365'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/01/gra-planszowa-grudnia.html' title='Gra planszowa grudnia'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3751025213571041873</id><published>2008-12-27T12:15:00.000+01:00</published><updated>2009-01-17T12:26:17.642+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa listopada</title><content type='html'>Gdy z 23 rozgrywek 8 jest w jedną z gier, a kolejna może się poszczycić tylko 2 partiami, wynik powinien być oczywisty. A nie jest, bo nuworysz rzucił wyzwanie królowi. I jednak wygrał, tym razem wyżej cenię 8 rozgrywek w &lt;strong&gt;Dominiona&lt;/strong&gt; od 2 Agricoli, ale tylko dlatego że były to moje pierwsze partie. W końcu kupiłem &lt;strong&gt;Dominion&lt;/strong&gt;, Agricolą trochę się nasyciłem a rządza gry w nową pozycję jeszcze nie wygasła. &lt;br /&gt;Gdzieś z tyłu czaił się jeszcze Through the Ages, ale jedna rozgrywka to troszeczke za mało.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3751025213571041873?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3751025213571041873/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3751025213571041873' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3751025213571041873'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3751025213571041873'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/12/gra-planszowa-listopada.html' title='Gra planszowa listopada'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-2341361191423195861</id><published>2008-11-01T12:27:00.004+01:00</published><updated>2009-01-17T12:37:58.809+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa października</title><content type='html'>Październik = Gratislavia, przynajmniej jeśli chodzi o moje granie w tym miesiącu. Na wyróżnienie zasługuje tym razem nie jedna gra, ale projektant - Reiner Knizia, 6 z 11 gier w które grałem to jego pozycje. Ale każda po jednym razie więc nie mogły zagrozić &lt;strong&gt;Wysokiemu Napięciu&lt;/strong&gt;. Tak, w końcu zagrałem w &lt;strong&gt;Wysokie Napięcie&lt;/strong&gt;, i to dwa razy. Ta gra zawsze była odrzucana przez znajomych, zawsze znalazła się jaka nowa gra do poznania, a ja odczuwałem coraz większy niedosyt. Całe szczęście nie pozostał on w pełni zaspokojony i cały czas pałam rządzą wygrania w &lt;strong&gt;Wysokie Napięcie&lt;/strong&gt; ;)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-2341361191423195861?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/2341361191423195861/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=2341361191423195861' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2341361191423195861'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2341361191423195861'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/11/gra-planszowa-padziernika.html' title='Gra planszowa października'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3729927719298862721</id><published>2008-10-13T23:07:00.001+02:00</published><updated>2008-10-17T01:27:04.541+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konwent'/><title type='text'>Gratislavia II</title><content type='html'>Lubię Wrocław, więc po bardzo pozytywnych wrażeniach na Pionku decyzja by jechać na Gratislavię była oczywista. Jednak w ostatniej chwili pojawiła się perspektywa że jednak nie pojadę. Perspektywa miała 4 miesiące, 4 łapy, co 4 godziny srała, za to sikała co 2 :) Jednak udało się to załatwić logistykę, więc ruszając o 4 rano zabrałem Samura i Costiego i w drogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obawiałem się jazdy trochę ponad 2 tygodnie po skręceniu prawej nogi, ale okazało się że nie było tragicznie. Kostka odzwyczajona ostatnimi czasy od systematycznego ruchu pod koniec co prawda sygnalizowała swoja obecność, ale trasa jej posłużyła bo zeszły nawet resztki opuchlizny. A jechało się nieźle mimo wysypu fotoradarów na trasie – tylko raz Costi mnie zagadał i zgubiliśmy drogę :). Na miejscu Samur po telefonie do przyjaciela umówił nas z Magmą i dzięki niemu zaparkowaliśmy przed Politechniką. Tuż po nas przyjechał mst, i ta kolejność okazała się potem decydująca ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W międzyczasie Magma pokazał nam hostel, gdzie się z Costim udaliśmy zgodnie z dewizą „przezorny zawsze ma gdzie spać” ;). Było to może 4 minuty od politechniki, okazało się dużym mieszkaniem w starym budownictwie, świetnie urządzonym i dobrze pomyślanym. Zapowiedzieliśmy resztę ludzi, dostaliśmy miejsca na górze piętrowych łóżek, i usatysfakcjonowani miejscówką poszliśmy grać, strojąc się też w nowe poznańskie koszulki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacząłem od Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog, potem postanowiłem przenieść się na Kniziaton. Sympatycznie pomyślany, rozgrywki z większymi emocjami bo i wynik istotny – po 4 partiach(Razzia!, Circus Flohcati, Blue Moon City i Przez Pustynie) i sporej ilości punktów przy Kingdoms nie dość że dałem ciała maksymalnie, to jeszcze graliśmy ze „szpionem” który notorycznie odchodził od stołu i przeciągał rozgrywkę ;) Po tej klęsce zagrałem m.in. z liderem punktacji Mst w Tygrys i Eufrat, Mst wygrał i przyjemnie było obserwować go w akcji. Już na luzie 2 lekkie partyjki 2-osobowe, by podczas drugiej w Zaginione Miasta Steady ku mojemu osłupieniu podszedł i oznajmił że jak wygram partię to i cały konkurs. A że gra mi podeszła, to i się udało :) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem grupowo udaliśmy się do knajpy, prowadzeni przez Steady’ego chyba po spirali, bo krążyliśmy niemiłosiernie po Wrocławiu. W końcu udało się nam dotrzeć na miejsce, kosztując gruzińskich  specjałów i poznając grę Finto. Na miłe zakończenie dnia udaliśmy się do Spiżu, gdzie przetestowałem piwo miodowe – test zakończył się postanowieniem by następną Gratislavie zacząć już w piątek w Spiżu :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugiego dnia postanowiłem odpocząć od konkursów i w rewelacyjnej sali Horrorowej siałem terror dwiema partiami Agricoli, najpierw dwuosobowo z Wiewiórką potem z 3 debiutantami w tym z moim kuzynem  by miło zakończyć dzień partią Wysokiego Napięcia, gdzie wygrał Yog. Równolegle Costi wygrał turniej Maneouver, tylko Samur się wyłamał i nie wygrał nic ;)&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Powrót przebiegał spokojniej, ruch był większy a i zatrzymaliśmy się by coś zjeść. Costi z Samurem gadali o grach komputerowych a ja chyba po raz pierwszy w życiu poczułem się staro, będąc w branży IT a nie rozumiejąc tego slangu. Na szczęście Costi pozbawił mnie kompleksów, pytając co to jest eurogra – jak widać nie można wiedzieć wszystkiego ;)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3729927719298862721?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3729927719298862721/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3729927719298862721' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3729927719298862721'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3729927719298862721'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/10/gratislavia-ii.html' title='Gratislavia II'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-8892368081664213330</id><published>2008-10-03T11:07:00.000+02:00</published><updated>2009-01-19T11:16:22.894+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa września</title><content type='html'>Tym razem tematem przewodnim był Pionek, co nie przeszkodziło na podium wskoczyć grze z innego wieczoru, czyli Saboteur. 4 szalone rozgrywki przy piwie - ta gra idealnie się do tego nadaje :)&lt;br /&gt;Na drugim miejscu Agricola - 3 partie i mocna ugruntowana pozycja. I tylko 2 miejsce, skoro zwycięzca również miał 3 partie?&lt;br /&gt;Oznacza to, że do akcji wszedł &lt;strong&gt;Through the Ages: A Story of Civilization &lt;/strong&gt;. Też 3 rozgrywki, każda jeszcze mocno przesterowana, ale równie mocno satysfakcjonująca, a jeszcze mocniej wpływająca na rządze kolejnych gier. Niestety, "waga" rozgrywek, czyli długość i "mózgożerność" nie pozwala na częstsze rozkosze obcowania z &lt;strong&gt;Through the Ages &lt;/strong&gt;:(&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-8892368081664213330?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/8892368081664213330/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=8892368081664213330' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8892368081664213330'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8892368081664213330'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2009/01/gra-planszowa-wrzenia.html' title='Gra planszowa września'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-4115760387058999277</id><published>2008-09-09T10:50:00.001+02:00</published><updated>2009-01-19T11:06:46.545+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Gra planszowa sierpnia</title><content type='html'>Sierpień to Kaszubkon, i mnóstwo gier - 56, wiec tym razem bedzie szerokiem 5-miejscowe podium. Zacznę od 5 miejsca, czyli Razzia! Chwiler, ale bardzo sympatyczny i cały czas sprawiający mi dużo frajdy.&lt;br /&gt;4 miejsce - Manoeuvre. Ta gra ma coś w sobie, niby za nią nie przepadam, niby wiem jak grać ale nie lubie grać w ten sposób, ale siadam jednak do tej pozycji - 4 rozgrywki.&lt;br /&gt;3 miejsce - Caylus. 3 rozgrywki, mój poziom gry w końcu był jaki-taki i mogłem nawiązać walkę. No i niedostyt tytułu został zaspokojony :)&lt;br /&gt;2 miejsce, niespodziewanie - Puerto Rico. Niby tylko 2 partie, ale jakie. Nie dość, że w końcu opanowałem tę grę i to ja kierowałem grą a nie na odwrót, a rozgrywkę z Wiewiórką, Costim i Duchem będe pamiętał wyjątkowo długo :).&lt;br /&gt;A zwycięzcą została - &lt;strong&gt;Agricola&lt;/strong&gt;. 5 gier, każda bardzo sympatyczna, w rożnorodnym ale zawsze zacnym gronie. Zacząłem grać z kartami i to jest sól tej pozycji. Zasłużony lider.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-4115760387058999277?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/4115760387058999277/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=4115760387058999277' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4115760387058999277'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4115760387058999277'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/09/gra-planszowa-sierpnia.html' title='Gra planszowa sierpnia'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-1537977048178479164</id><published>2008-09-08T02:36:00.001+02:00</published><updated>2008-09-09T13:18:26.480+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konwent'/><title type='text'>Pionek w rytmie sinusoidy</title><content type='html'>Do tej pory Pionek nie jawił się zbyt atrakcyjnie by się nań udać – dużo bliżej jest na Politechnikę, można zagrać tam w każdą wolną chwile weekendu praktycznie. Jednak Kaszubkon pozostawił po sobie tak dobre wrażenie, że jeszcze na nim podjąłem decyzje – jadę na Pionek. Nie samymi grami człowiek żyje, więc postanowiłem poznać „to coś” Pionka, czyli atmosferę w Gliwicach.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Tym razem postanowiłem wziąć kierownicę we własne ręce, a w poszukiwaniu współpasażerów podjąłem drugą dobrą decyzję – jechać przez Radom I Kielce. W W-wie zabrałem Costiego, w Radomiu czekali Vappor i BMC, a w Kielcach Squirrel z Cyrylem. I już w aucie okazało się w czym jest siła Pionka – to jego uczestnicy, a szczególności pomarańczowe koszulki :) Wiewiórka zdecydowanie umiliła i tak wesołą do tej pory podróż – jej zalety pozwalała docenić zwłaszcza dynamiczna jazda w sporym ruchu :) Dopingowany okrzykami Squirrel wycisnąłem z samochodu znacznie więcej niż zwykłem to robić na co dzień ;) a reszta chłopaków była wniebowzięta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety wszystko co dobre za szybko się kończy, a my zeszliśmy sinusoidą ze szczytów na samo dno – podjechaliśmy pod hotel Tiffany. No i się okazało, że nasza rezerwacja już wyszła – znaczy się rezerwacja była, ale wolnych trójek już nie :) Mimo to zapłaciliśmy – powiedziano że jak wrócimy wieczorem to trójeczka będzie na nas czekać. Okazało się to dwójką z dostawką – ale ci którzy przyjechali dopiero wieczorem mieli ponoć większe problemy i musieli szukać innego lokum. Zaś szczytem wszystkiego była propozycja 2 dwójek zamiast trójki ... w cenie 2 dwójek czyli prawie 100 zł drożej! Po tym nawet sympatyczna sala konferencyjna nie ratuje w moich i costiego oczach tej miejscówki – zwłaszcza że cena i jakość śniadania były odwrotnie proporcjonalne do siebie – i to nie w stronę „mało płacisz dobrze jesz”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście nie zraziło nas to, bo doskonale wiemy że sinusoida idzie potem do góry. Pojechaliśmy więc na Pionka z Browarionem, zostawiając u niego nasze bagaże. Na wejściu zaszokowała nas opłata – aż 200 gr. Zapożyczyłem się więc i zacząłem chłonąć atmosferę imprezy wraz z bułką na drugie śniadanie. Musiałem chyba wyglądać bardzo samotnie bo od razu zacząłem przyciągać pomarańczowe koszulki – to chyba najlepsza metoda by je wszystkie bardzo szybko poznać :) Długo nie dałem się zmolestować, ale jak skończyłem jeść to i wymówka się też skończyła i niestety musiałem w coś zagrać. Poszczęściło się ... Squirrel i dzięki temu poznałem Konfrontacje Władcy Pierścieni. Ma dwie zalety – Śródziemie i krótki czas gry – niestety uległem Wiewiórce i pierścień trafił do miejsca przeznaczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w końcu nadszedł czas na danie główne – akademia Don Simona pt „Nie będę już cierpiał jak ktoś napisze zagram w Through the Ages ale z osobami które już grały”. Jak wielkie poczucie krzywdy było w narodzie świadczy 16 osobowa frekwencja ;) Po ok. 40 minutowym wykładzie przyszła kolej na praktyki – te na początku niemrawe, stopniowo nabierały rozpędu. Don Simon dwoił się i troił, ale gier było 5 i przez to zrobił się spory down-time. No ale ta gra tak ma, mimo to ląduje u mnie na pierwszym miejscu w kategorii miodność i satysfakcja z grania - przypomina Cywilizację sprzed 20 lat pod tym i innymi względami. Dla mnie gra Pionka. Pierwszą rozgrywkę wygrał dla mnie Michał Anioł, w drugiej(następnego dnia) byłem ostatni, ale satysfakcje miałem jakbym wygrał bo udało mi się zbudować niezły potencjał, nabierając przy tym doświadczenia. Fascynujące w TtA jest to jak szybko rzecz w której czujesz się mocny staje się twoją najsłabszą stroną – przypomina to trochę kurs żeglarski gdzie jak ktoś koryguje kurs łodzi to kończy się to zwrotem w drugą stronę i płynięciem wężykiem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale szczyt sinusoidy osiągnęliśmy znów w poznańskim towarzystwie, kiedy wraz z Seneszelem, Demnogonisem i Westwoodem (ten co prawda z Krakowa ale to prawie to samo) udaliśmy się do ukraińskiej knajpy. Za miesiąc jedziemy z costim walczyć pod Kamieńcem a w Gliwicach poczuliśmy już zew Ukrainy. Knajpa jakby żywcem wzięta stamtąd, wliczając obsługę i jakość jedzenia - miód i piwo pszeniczne w gębie. Poczułem się jak w niebie, w błogostanie odpadliśmy z costim w elimicjacjach w turnieju wiedzy i jedyne na co mnie było stać to obserwować zmagania finałowe. Moim faworytem był Draco, niestety poległ na rokterowej poezji inspirowanej Kaszubkonem. Wielkie brawa dla WC i ujka za turniej – pomysł i wykonanie przednie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety sinusoida zjeżdżała już w dół – trzeba się było zabierać, zakwaterować i pieszo pospacerowaliśmy w stronę Knajpy. W porównaniu do Gliwic W-wa to dziura – po drodze widzieliśmy kilka bardzo interesujących lokali, niestety Knajpa nie trafiła do tej kategorii.   Nie było tam jednego miejsca odpowiedniej wielkości i potworzyły się lokalne koła zainteresowań zamknięte choćby z przyczyn brakomiejscowych na nowoprzybyłych. BMC i vappor którym nie dane było skorzystać z ukraińskich uciech skonsumowali pizzę, ja z costim rozważaliśmy wyższość ukraińskiego pszenicznego piwa nad ofertą Knajpy i stwierdziliśmy że najlepiej będzie wycofać się do Tiffany i pomanewrować. Sinusoida ruszyła więc w górę, ja powstrzymałem swoje zapędy i w końcu pokonałem  costiego, niby francuzami, ale kostki mi nie sprzyjały. Manouvre to dobra gra, ale nie w moim typie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnią atrakcją wieczoru był Brass – w końcu doczekaliśmy się na Wiewiórkę i wraz z costim i Akakusem zaczęliśmy kopać kanały i układać szyny kolejowe. Odpuściłem już eksperymenty i trochę narobiłem nadszarpniętą w Dębrzynie opinie – co prawda costi miał pretensję że tłumaczyłem skrótami myślowymi, ale w końcu załapał o co biega w tej grze a i najgorzej mu nie poszło :)  Miałem jeszcze ochotę na Through the Ages ale jakoś sprowadzono mnie do pionu – chłopakom chyba nie uśmiechało się wracać z niewyspanym kierowcą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano śniadanie czyli dołek sinusoidy – jajecznica czy kiełbasa taka sobie, trochę serka topionego i dżemik, przynajmniej chleba nie limitowali. Na poprawę humoru zdaliśmy pokój i pojechaliśmy na Pionek. Tym razem już nie dałem się odwieść od TtA, potem Caylus Magna Carta i na szybko  żółwiki, Ligretto football, Flix Mix, pamiątkowe zdjęcie. Zlot zakończyły Wojny Ryżowe - te nabyłem specjalnie na Pionek zwiedziony obietnicą, i okazało się że było warto. Co prawda karty opisane fatalnie – jakby był sam skrót opisu działania bez zasadniczej treści, ale dało się grać zwłaszcza dzięki zaangażowaniu Squirrel w wyjaśnienie zasad. Użyłem całej swojej perswazji politycznej i już w połowie gry Beata, Veri i costi stwierdzili ze trzeba bić lidera. Mój dajmio stoczył kolejno 2 pojedynki, oczywiście  wygrane, nawet mimo losowania remisu :) Nie pozostałem dłużny i pokonałem dajmio Beaty, niestety nie skończyliśmy rozgrywki, więc wszystko się mogło zdarzyć – mimo tak zmasowanego ataku gra ma mechanizmy pozwalające go przetrwać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na zakończenie rozegraliśmy kilka testowych gier jak "Ustaw krzesła", "Zbierz plakaty", "Znieś ławkę" "Zanieś materace do budynku obok" i poszliśmy z costim pokazać vapporowi i BMC ukraińską knajpę. Chłopaki już nie popełnią błędu i nie będą jeść pizzy w Gliwicach.  Sinusoida skierowała się w dół a my do auta, niestety bez Squirrel. Przez to było nudno, chłopaki tylko od czasu do czasu wspominali jak to było fajnie z Wiewiórką na tylnim siedzeniu :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-1537977048178479164?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/1537977048178479164/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=1537977048178479164' title='Komentarze (52)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1537977048178479164'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1537977048178479164'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/09/pionek-w-rytmie-sinusoidy.html' title='Pionek w rytmie sinusoidy'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>52</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-4546229200476601841</id><published>2008-07-19T21:20:00.001+02:00</published><updated>2008-09-04T21:24:09.019+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Zwycięstwo na froncie Giga</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Przeciwnicy:&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;Marszałek Dystans i generał Czas. Groźna i bardzo niebezpieczna para przeciwników, walcząca zawsze razem.  Dodatkowo często podczas walki doskwiera V kolumna „Tłok”. &lt;br /&gt;Dywizja „Ragozd” armii „Schenker”: Jednostka po półtoramiesięcznej przerwie w walkach wyszła trochę z wprawy, testowe poligony potwierdziły że przygotowanie nie jest wzorowe.  Uzbrojenie jednostki jest uniwersalne, choć świeżo wymienione – napęd i opony Racing Ralph mają za sobą niecałe 800 km walk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Miejsce bitwy:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Powerade MTB Maraton, Międzygórze, Front Giga: 82 km, 2520m przewyższeń (oficjalnie, ponoć było więcej). Trasa średnio trudna, z długimi, wymagającymi podjazdami. Pogoda sprzyjająca planowanej operacji, bez upałów i bez deszczu. Nawierzchnia głównie szutrowa, luźna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Przebieg starcia:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Dowództwo zdając sobie sprawę z większych wymagań na froncie Giga postanowiło za zadanie pokonanie Dystansu, bez specjalnego przejmowania się Czasem. Przy okazji można było wykorzystać sprzyjającą okoliczność, że w tym roku działalność V kolumny „Tłok” na tym odcinku została znacznie zniwelowana. Wątpliwości czy jednostka poradzi sobie przed takim wyzwaniem jednak pozostały i były praktycznie do końca, jednak nawet pogoda nie dała pretekstu by przesunąć oddział na łatwiejszy odcinek Mega. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W okolice działań dywizja została przerzucona wraz z dwiema innymi I korpusu „BZ” – „Daniel” i „Palec” dzień wcześniej. Tutaj w ośrodku Gigant nastąpiła koncentracja armii z dywizją „Magda” II korpusu „Poznań”. Oczywiście nastąpiła wymiana doświadczeń między jednostkami i opracowanie planu ataku następnego dnia, uwzględniając dywizję „Robert” II korpusu która miała dołączyć już przed startem. Armia postanowiła skoncentrować się na odcinku Mega, wykorzystując odwrócenie uwagi przeciwnika moim atakiem na Giga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By uprzedzić V kolumnę, atak na froncie Giga zaczynały się tym razem pół godziny wcześniej. Przygotowania trwały od rana – czyszczenie sprzętu, kontrola ciśnienia, uzupełnianie zapasów. Te mogłem zabrać mniejsze, bo odpuszczenie Czasu by skupić się na Dystansie daje możliwość skorzystania z punktów zaopatrzenia na planowanej trasie ataku. Nieokreślona pogoda była powodem że zdecydowałem się na walkę w długim rękawie, biorąc ze sobą też krótki i kurtkę przeciwdeszczową. Zarówno bluza jak i pogoda okazały się cieplejsze niż się wydawało i zmiana wyposażenia została dokonana na pierwszym punkcie zaopatrzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początek natarcia był świetny – do boju zagrzewały jednostki uderzające dopiero w drugim rzucie na froncie Giga, można było się nie obawiać ataku V kolumny – atak zaczynał się długim podjazdem. Zgodnie z taktyką rozważnego korzystania z sił moja dywizja posuwała się a ariergardzie natarcia, jednak po kilkunastu minutach okazało się że mimo wszystko optymalne tępo ataku jest szybsze niż kilku innych oddziałów. Niestety, na samym początku zawiodła kompania zwiadowcza „Pulsometr” – okazało się że skończyło się zasilanie i pododdział do końca walk pozostał bezużyteczny. Dokuczliwy było zwłaszcza brak ciągłej informacji o przeciwniku „Czas”. Druga kompania zwiadu „Sigma” przejęła częściowo te obowiązki, ale kosztem zwiększonego bałaganu logistycznego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Atak rozwijał się pomyślnie nawet mimo próby uderzenia V kolumny. Już po nieco ponad godzinie pojawiły się pierwsze jednostki frontu Mega, atakujące na wspólnym tu jeszcze odcinku. Posuwały się co prawda pojedynczo, ale podczas zjazdu jedna z nich tylko o 1-2 sekundy zdążyła uprzedzić atak sabotażystów wyprzedzając mnie tuż przed zwalonym przez nich drzewem który zwężał trasę zjazdu do single-tracka. Mogąc pominąć Czas, a uwzględniając ostrzeżenia o niestabilnych szutrach na zjazdach, jeszcze większy nacisk na nich kładłem na bezpieczeństwo niż szybkość. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze problemy zaczęły się ok 36 kilometra, podczas najdłuższego z podjazdów. Kompania „Kolano” batalionu „Lewa Noga” zaczęła sygnalizować kłopoty. Po jakimś czasie podobne sygnały dochodziły również  z kompanii „Kolano” drugiego batalionu. Problem narastał – jednostki te słynęły w całej armii jako wyjątkowo problemowe, ale tym razem charakter kłopotów był trochę inny. Niestety, zatrzymało to na kilka minut natarcie całej dywizji, z czego były jednak zadowolone kompanie „Krzyż” i „Tyłek” z batalionu zaopatrzenia. Atak szybko został wznowiony, jednakże do momentu pokonania całego podjazdu niezbędny był jeszcze jeden postój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedaleko za szczytem był kolejny punkt zaopatrzeniowy i miejsce, gdzie oba fronty się rozdzielały. Dywizja uzupełniała zapasy nieśpiesznie, dając dłuższą chwilę wytchnienia najbardziej utrudzonym pododdziałom. Po dłuższej chwili nadciągnęła też dywizja „Palec” i po szybkiej wymianie doświadczeń bojowych kontynuowała natarcie. A w dowództwie mojej dywizji trwał dylemat – czy jednostka podoła trudom Giga, czy też złamać rozkazy i zjechać na front Mega. Gdyby, jak wcześniej, rozkazy pozostawiały dowolność wyboru, fatalne morale dywizji by przeważyło. Tym razem jednak sztab uznał że atak jeszcze jest możliwy, a ew. wycofanie będzie możliwe przecież w każdej chwili. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natarcie zostało więc wznowione w kierunku Giga, i od razu cała dywizja tego pożałowała. Równie długi zjazd co podjazd był po mocno wystających kocich łbach, i jednostka od razu zaczęła marzyć o przezbrojeniu w sprzęt amortyzowany również z tyłu. Jest to jednak równie realne jak zamiana wszystkich Hummerów na Rosomaki w Afganistanie ;) Atak trwał jednak cały czas mimo stosunkowo żałosnego tempa, by w końcu teren zrobił się bardziej sprzyjający – malownicze trawersy z pięknymi widokami. Dobre zaopatrzenie dało znać o sobie i od razu morale dywizji wzrosło a natarcie nabrało animuszu, zwłaszcza na w końcu wspaniałym zjeździe. Szuter poprzecinany drewnianymi belkami odpływów pozwalał na osiągnięcie wspaniałego tempa ataku, całe szczęście że kontrwywiad działał lepiej niż w Afganistanie i oznaczył taśmami niebezpieczne miejsca gwałtownych zakrętów. Odpowiednio wcześnie wyhamowywały one tempo natarcia pozwalając bezpiecznie zmienić jego kierunek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następny podjazd koło Jaskini Niedźwiedziej mimo dotychczasowych kłopotów dywizja  pokonywała powoli, z przestojami, ale już rutynowo, docierając w końcu do trzeciego i ostatniego punktu zaopatrzenia. Tam była kuszona zabronionym przez Konwencje Genewską podczas działań zbrojnych paliwem „Piwo”, ale własne zapasy innego wysokowydajnego paliwa „Born” pozwoliły nie ulec tej pokusie. Dywizja pobrała więc tylko standardowe uzupełnienie do własnych  zapasów i pokrzepiona informacjami że został tylko jeden nieduży podjazd a potem już tylko w dół, ponowiła atak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wtedy dowództwo zmroził sygnał z plutonu „Ścięgno” kompanii Kolano batalionu „Prawa Noga” – jest źle. Ten oddział miał już na sumieniu kilkumiesięczne przerwy w działaniach bojowych całej dywizji, na szczęście faktycznie został już tylko jeden podjazd, a raczej podejście. W tej formie ataku pluton nie protestuje, tak jak i podczas zjazdu. Niestety, bez niego natarciu ciężko nabrać impetu i tylko w sprzyjającym terenie toczy się głównie siłą rozpędu. I gdy pozostałe pododdziały raportowały wysoką skuteczność nowego paliwa i pełną gotowość bojową, skuteczny szybki atak nie był możliwy. W końcu dywizja osiągnęła cel, w stanie krańcowo różnym – dwie straszliwie wyczerpane kompanie i reszta jednostek na ich tle wyglądająca jak po lekkim poligonie. Z jednej strony sukces i zrealizowanie planów, z drugiej rozczarowanie niewykorzystanym potencjałem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zakończeniu działań bojowych na odprawie i podsumowaniu działań okazało się że dywizja „Magda” została wyróżniona, jako druga w swojej klasie, awansując do grona elitarnych, gwardyjskich oddziałów. Mimo tego i mimo wszelkich problemów, najlepiej został doceniony wysiłek mojej dywizji, która po raz kolejny okazała się najbardziej efektywna, ale po raz pierwszy na tle całej armii a nie jednej czy dwu dywizji.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-4546229200476601841?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/4546229200476601841/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=4546229200476601841' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4546229200476601841'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4546229200476601841'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/07/zwycistwo-na-froncie-giga.html' title='Zwycięstwo na froncie Giga'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-9161788132790767705</id><published>2008-06-01T23:30:00.001+02:00</published><updated>2008-06-03T22:06:48.940+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Szybkie numerki w Nałęczowie</title><content type='html'>1 czerwca – dzień dziecka. Niektórzy uważają, że powinien być do dzień wyjątkowy. Dla mnie wyjątkowy jest każdy dzień z moją córką, więc pozwoliłem tego dnia wykazać się dziadkom. 2,5 latka fascynuje wszystko, słoń w oddali jest mniej ciekawy niż barierka w zasięgu ręki, a większym świętem od taty jest babcia :) Pojechałem więc jak zwykle pod prąd, do Nałęczowa, namówiony przez Palca – 150 km, niedaleko, szybki numerek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Faktycznie, Palec prowadzi szybko, na miejscu byliśmy o 9:30. Standardowe przygotowania, i ustawiamy się w sektorach. Palec w D, ja w E – w sumie może 20 osób łącznie w tych dwu, pustki. Przed nami trochę więcej kolarzy w A,B,C, ale widać linie startu. A  za nami tłumy – w tym momencie przestałem myśleć o jeździe turystycznej – druga taka okazja może się nie powtórzyć. Przed startem połykam żela Borna – opakowanie jest nieużyteczne dla mnie w trasie, sprawdzam więc czy zadziała przed. Chyba tak, bo cały czas trzymam pozycje w peletonie, najpierw w rundzie honorowej, potem na trasie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pierwszym podjeździe mijam Palca, ten rewanżuje się na zjeździe. Kolejny podjazd i znów go wyprzedzam, wjeżdżamy w lessowe pola, kurzy się niemiłosiernie. Czasami ledwo co widać osobę jadącą tuż przede mną. Dobrze że nie założyłem soczewek – w kurzu od razu wtedy oczy bolą, bo on dostaje się wszędzie. Jedzie mi się dobrze aż w wąwozie nagle blokuje mi się przednie koło. Muszę stanąć, ciemna rynna, nie ma gdzie zejść na bok, co chwila ktoś mnie mija w pełnym pędzie. Powtarzam jak katarynka UWAGA! i patrzę co się stało – linka od hamulca weszła w tarczę. Jakim cudem nie wiem, ręką nie dałem rady wyciągnąć, użyłem kluczy – poszło łatwo i jadę dalej – szybki numerek na szczęście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo to minęło mnie sporo osób które wcześniej pracowicie wyprzedzałem na podjazdach – m.in. Palec, którego znów dopadam w Kazimierzu na podjeździe. Noga podaje dalej, Palec zostaje po raz ostatni z tyłu, już do końca. Trasa jest szybka, dużo asfaltu, szutru, podjazdy symboliczne. W końcu opony pokazują co potrafią – na asfalcie pomykam jak na kolarzówce. To i gorąco to idealne warunki dla mnie – na bufetach się nie zatrzymuje (a te ponoć były kiepskie, brakowało wody), upał przeszkadza mi mniej niż innym. Odcinki po łąkach, po muldowych ścieżkach dają trochę po rękach, całe szczęście że są bo inaczej kolarzówka byłaby chyba najlepszym rowerem na ten wyścig.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tempo jest bardzo szybkie, w pewnym momencie zastanawiam się czy nie warto jechać tylko na 2 żelki, stwierdzam jednak że zjem 3, tylko trochę częściej. Chyba dobrze, bo jednak jechało się intensywnie. Na kolejnym asfalcie podczepiam się pod szybki pociąg – ktoś chyba gonił po złapaniu kapcia bo ciągnął jak dwa parowozy, zrobił się mały peletonik i kilometry padały jeden po drugim w niesamowitym tempie. Niestety, przy odbiciu na szuter jakiś idiota złapał skurcze i naciągał mięśnie. Idiota, bo zostawił rower na środku drogi w poprzek! Pierwszy w peletonie hamował delikatnie, kolejny bardziej, ja już musiałem dać mocno po heblach – szybki numerek, zarzuciło mi tył i gleba. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiedziałem idiocie co o nim myślę, sprawdzam rower, wygląda OK, więc jadę dalej. Niestety, wypadłem z rytmu, a łańcuch zaczął tańczyć po kasecie. Na szczęście udało się go jako tako podregulować, ale ochota do ścigania się gdzieś odjechała. Usadowiłem się w aktualnej stawce i tak już jechałem aż do mety. A tu jeszcze zaczęli się maruderzy z Mini. Tym razem był to spory, 34 km dystans, całe szczęście że nie było najmniejszych problemów z wyprzedzaniem – grzecznie ustępowali drogi lub było miejsce. Na sam koniec jeszcze trasa była kiepsko oznaczona – ja zjechałem kilkaset metrów, ci co zawracali przede mną na pewno sporo więcej. Kolejny minus dla orgów – 2 metry taśmy załatwiłyby sprawę, a słyszałem że sporo osób tam się zgubiło – Palec błądził kilkanaście minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całe szczęście, że przynajmniej były tabliczki z odległością do mety – jechałem w ciemno, nie znałem trasy i tylko orientacyjną długość. Kończyłem w dziwnym stanie – niby nogi nie bolały, nie czułem zmęczenia mięśni, ale nie miałem woli jazdy. Nie potrafiłem się zmobilizować by przyspieszyć, a rezerwy chyba miałem. Dobrze że przede mną jechali niezłym tempem, więc przynajmniej nie traciłem. Na metę wpadało się z sporej górki po prostej, niezbyt bezpiecznie rozwiązanie. Już na finiszu spostrzegłem przede mną dziewczynę, wyprzedziłem ją o włos rzutem na taśmę – okazało się że była z Mini i chyba była mocno zdziwiona takim traktowaniem ;) – różnica prędkości pewnie przekroczyła 30 km/h.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mecie w bufecie tylko woda i resztki jedzenia na ziemi. Trudno, idę do punktu medycznego.  Ręka nie wygląda najgorzej, spore ale płytkie obtarcie, podobnie biodro. Gorzej z nadgarstkiem – ten boli, na szczęście nie puchnie. Spodnie porwane, brudne, więc dostaję opatrunek na biodro aż to wszystko przyschnie po jodynie. Potem odbieram reklamówkę z jak zwykle bogatymi gratisami (plecak, czapeczka, odblaski rowerowe) i przede wszystkim kuponem na posiłek – jak zwykle u Langa nie kolarski – golonka, karkówka lub kiełbasa. Porcje tym razem mniejsze niż w Szczawnie, ale moja była wystarczająca. Szukając Palca zobaczyłem wyniki – szok – 92 miejsce, gdyby nie incydent z hamulcem byłbym w ósmej dziesiątce – 20 miejsc wyżej dzieliły tylko dwie minuty. Najlepszy wynik procentowy ze wszystkich startów – 76%. Oj, warto było popełnić taki szybki numerek w Nałęczowie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem czas zwolnił – odpoczynek w cieniu, piwko z sokiem, czekanie na losowanie nagród, dekoracje – bardzo przyjemna atmosfera pomaratonowa. Wielki plus dla orgów za atrakcje dla dzieci – dmuchany zamek do skakania, coś w rodzaju squasha, tylko że piłka na sznurku lata dookoła kija, malowanie twarzy i wiele innych. Gdyby nie nadgarstek, to pokręciłbym się trochę na rowerze po okolicy, ten niestety z każdym ruchem przypominał o sobie. Wyjazd też się opóźnił – Palec zaparkował na głazie, coś z podwozia mu częściowo odpadło i musiał to zdemontować do końca :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-9161788132790767705?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/9161788132790767705/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=9161788132790767705' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/9161788132790767705'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/9161788132790767705'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/06/szybkie-numerki-w-naczowie.html' title='Szybkie numerki w Nałęczowie'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-943829605951857258</id><published>2008-05-25T23:44:00.002+02:00</published><updated>2008-06-03T22:08:28.833+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Deszczowy Dancing w Supraślu</title><content type='html'>Niestety prognozy zmieniły się o 180 stopni i długi weekend na Podlasiu był deszczowy. Pierwszego dnia na 9 km czasówce nie robiło to wrażenia. Tylko mżyło, trasa krótka i w większości po asfaltowej ścieżce rowerowej – bułka z masłem. Na start poprowadził Grzesiek z Pawłem – dla nich to był debiut w maratonach. Zarejestrowaliśmy się, miałem startować pół godziny później – mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zostałem zgłoszony. Ale i tak nazwiska były z takimi błędami że Paweł nie wystartował – nie raczyli bowiem wywoływać również wg numeru. Zawodnicy startowali co kilkadziesiąt sekund, więc czekał ponad godzinę na ponowną kolej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trasa miała zostać skrócona do 8 km (mi wyszło 9,4 km), postanowiłem jechać szybko ale bez szaleństw. W połowie trasy mignęła mi z przodu sylwetka poprzedzającego zawodnika, powoli ją doganiałem, i przy znaku 500m do mety wyprzedziłem. Finisz był pod górkę, i w moim przypadku mocny bo 2 sekundy później kolega pokazał że łatwo wyprzedzić się nie da. Też musiałem przyspieszyć i pod górę mknąłem na przełożeniu na którym zwykle zjeżdżam :) Udało się, zarobiłem dzięki temu kilka sekund. Byłem co prawda w połowie stawki (53/106), ale nie dałem się żadnej dziewczynie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sobotę pogoda była podobna, deszczyk  mżył raz mocniej, raz słabiej. Do nas dołączył Marek i razem stanęliśmy w sektorze. Na szczęście zdecydowałem się zdjąć kurtkę przed startem – nie była potrzebna i tylko przeszkadzałaby. Spodziewałem się więcej asfaltu na początku – ten zaś szybko się skończył, a leśne ścieżki okazały się przeważnie błotniste. Szutru było niewiele, ale nie jechało się źle, choć cały rower tańczył w błocie. Pierwszy bufet w świetnym miejscu, ale trochę za daleko. Ja nie skorzystałem, ale dla tych z tyłu to chyba półtorej godziny jazdy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze podjazdy – nie było tłoku, do miejscowości Zasady podjechałem wszystko. Celowałem z czasem na sporo poniżej 3 godzin, i wtedy ujrzałem łąkę, a w oddali grupkę około 50 maratończyków. Nie spieszyłem się, powoli, po bagnisku podjechałem do mostku – zostało niewiele ponad 10 osób więc nie czekałem wiele. Ktoś przede mną o mało co nie wpadł do wody, strażacy którzy napinali liny robiące za barierki poradzili by iść lewą stroną. Potem było jeszcze kilka strumyczków, już bez mostków. Pierwszy za pomocą kęp trawy i roweru udało się przeskoczyć suchą stopą, w kolejnym rower schował całe przednie koło, i moją lewą nogę. Trudno, jeszcze była przeprawa po ogrodzeniu i piekielne bagna się skończyły. Na rowerze kupa błota, trawy, opony ważą chyba ze 2 kg każda – pomyślałem, najgorsze za mną. Zwłaszcza że gromadka dzieci dopingowała z ujmującą kartką z napisem „Kibicujemy wam” :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myliłem się. Kolejne kilometry przyniosły dużo krótkich, stromych, interwałowych podjazdów, odbierających motywację i siłę do dalszej jazdy. Znów taniec na oponach, Dancing Ralphy pokazały że takie warunki nie dla nich. Choć błota nie było dużo, i lepsze opony przy nieco lepszej technice pozwoliłyby wszystko przejechać, gdyby noga podawała. Ja potraktowałem to jako wymówkę, i podchodziłem z czystym sumieniem. Na jednym, na szczęście mało stromym zjeździe taniec przeszedł w poślizg i wylądowałem głową idealnie prostopadle w zbocze wąwoziku. Kolega który jechał za mną powiedział że wyglądało to bardzo efektownie i groźnie, na szczęście nie jechałem szybko i większość upadku zamortyzowałem ręką. Kask tylko głębiej osadził mi się na czole i pojechałem dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jadłem wg planowanego czasu jazdy max 3h, całe szczęście na drugim bufecie postanowiłem porwać batonik na wszelki wypadek. Przydał się idealnie, inaczej musiałbym sięgać do plecaka, a smakował wyśmienicie przyprawiony podlaskim błotem. Po upadku obie ręce miałem ubłocone, całe szczęście że deszczyk po jakimś czasie pozwolił zmyć to wszystko z kierownicy. Od Zasad jechałem już tylko by dojechać, na przetrwanie – ale tak jak większość, bo może 2-3 osoby mnie wyprzedziły, ja niewiele więcej, i to głównie po defektach. Nie było znaku 5 km do mety, ale obstawa trasy podała w pewnym momencie że tylko 2 km zostało – trochę przyspieszyłem, ale w stylu żółwia raczej. Nie miałem siły by finiszować na blacie, choć wynik nie był zły – niecałe 3:14 h, i 71% zwycięzcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mecie okazało się że nie działa mi chip – już na matach kontrolnych nie piskał. Sprawdziłem, jest, na szczęście sędziowie rejestrowali również wizualnie i byłem w wynikach. Nie chciało mi się go demontować do kontroli, skorzystałem z bufetu, załapałem się jeszcze na wodnisty makaron – na szczęście jestem wszystkożerny i nie przeszkadzała mi mierna jakość „dania”. Okazało się że firma cateringowa wystawiła orgów do wiatru i musieli coś organizować prawie w ostatniej chwili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grzesiek przyjechał szybciej niż się spodziewałem, i o wiele w lepszym humorze. W takich warunkach jego turystyczny rower ledwo co dojechał, tak jak i Pawła, ale obaj połknęli bakcyla, i stawią się też w Lublinie może już na nowym sprzęcie. Mój też był ubłocony, ale spisywał się dzielnie do końca – nie chciałem myć go w jeziorze – gdzieś w okolicy miał być Karcher, ale musiałem się zadowolić zwykłym kranem. Niestety nie umyłem butów i okazało się że nie mogę zdjąć jednego już przy aucie. Na szczęście niedaleko była kałuża i po kilkukrotnym przemyciu zapięcia w końcu puścił. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Start w niedziele odpuściłem, i okazało się że wyszło mi to na dobre. Już w poniedziałek jadąc do pracy okazało się że lewy bark nie jest w pełni formy. Rekreacyjny dojazd do pracy wytrzymał, ale w terenie byłoby gorzej. To pewnie przy tej wywrotce go nadciągnąłem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-943829605951857258?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/943829605951857258/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=943829605951857258' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/943829605951857258'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/943829605951857258'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/05/deszczowy-dancing.html' title='Deszczowy Dancing w Supraślu'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3644104440239824023</id><published>2008-05-12T23:09:00.000+02:00</published><updated>2008-05-15T23:11:12.537+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Oczko w Warszawie</title><content type='html'>Po dwóch górskich maratonach, z jednej strony forma wzrosła, z drugiej atrakcyjność płaskiego, piaszczystego ścigania po Kampinosie zmalała – na tyle że przystępowałem do startu mocno niewyspany i na pewno nie wg zaleceń przygotowań przed startem ;) Nie sprawdziłem nawet jak najlepiej dojechać autobusem na WAT, a że przesiadka się opóźniła dotarłem na miejsce tuż przed 11. Na szczęście do sektora nie było kolejki – skorzystałem więc z tego dobrodziejstwa bez problemu. A z tyłu jeszcze cała masa uczestników – w sumie maraton ukończyło ponad 1 tys. Uczestników, a startowało ponad 1200 ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To oznaczało korki, zwłaszcza na początku trasy – dlatego nawet 6 sektor był zbawie-niem. Pierwsze kilometry po asfalcie i szutrze troszkę rozciągnęły stawkę, ale ja nie lubię i też nie za bardzo mogę „dać do pieca” by jak najmniej się do korków załapać – trochę sprinterów mnie wyprzedziło. W lesie trochę się blokowało, nawet na kałużach, ale w sumie nie było źle – jechało się niezłym tempem, a że miejsc do wyprzedzania nie było zbyt wiele, więc pierw-szą połowę zawodów przejechałem spokojnie. Myślałem nad tytułem relacji – ten zawsze wybieram na trasie – w końcu stwierdziłem że 21 start trzeba jakoś uczcić :) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Błota, mino deszczu i zapowiedzi praktycznie nie było, piasek mokry i przejezdny, ko-rzenie przereklamowane, wzniesienia, zaraz – jakieś wzniesienia? Pogoda przepiękna – jecha-ło się sympatycznie. Zastanawiałem się nawet nad Giga, ale nie znalazłem motywacji, dodat-kowo obiecałem jak najwcześniej wrócić do domu. Na rozjeździe pojechałem więc na Mega, ale by uspokoić sumienie, przyspieszyłem. Trochę się rozluźniło, więc można było wyprze-dzać, zwłaszcza że „noga podawała”. W końcu znalazło się i błoto, drzewa na trasie, ale w sumie była to przyjemna odmiana. Nawet przejechałem jeden strumyczek i delikatnie się za-moczyłem :), kolejka pieszych przed resztą przeszkód pozwalała się również pieszo ominąć suchą nogą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, podczas jednego z wyprzedzeń pojechałem mniej uczęszczaną ścieżką i za-kończyło się to atakiem sporej gałęzi najpierw na mój piszczel, potem na przednią przerzutkę i dopiero na koniec obręcz ze szprychami złamały atak. Całe szczęście że przestałem pedało-wać i straty polegały tylko na ocieraniu się łańcucha na blacie o przerzutkę. Na asfalcie ma-netką mogłem to korygować, w terenie starałem się ignorować. Ok. 12 km przed metą załapa-łem się na „pociąg”, jako czwarty wagonik. Jechało się raźniej no i trochę szybciej, ale jakoś kilka km przed metą pociąg zwolnił więc pognałem do przodu już sam. Okolica wskazywała na bliskość mety, noga dalej podawała, i zawodników coraz więcej było do wyprzedzenia – niestety  fajny podjazd był zakorkowany i trzeba było iść :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na sam koniec zaliczyłem najlepszy z moich finiszów – na stadionie nie było żadnych udziwnień jak w Karpaczu i można się było rozpędzić – minąłem tam 9 zawodników (poli-czyłem oczywiście dopiero w wynikach) niestety na dwójkę przed sobą nie starczyło czasu i przełożeń w rowerze (ta sytuacja na płaskim po raz pierwszy) – niestety zbyt leniłem się w pierwszej połowie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, że nie mogłem zostać dłużej na WAT-ie – lubie tę pomaratonową atmosfere to-talnego odpoczynku, rower też nie wymagał mycia, niestety na makaron się nie załapałem, a szkoda, bo był wybór i pachniał przepysznie mimo małych porcji. A wynik mnie zaskoczył – nie dość że nie dałem się zdublować Gigowcom, to uzyskałem najlepszy % wynik w historii moich startów – z jednej strony szkoda więc wolniejszej pierwszej części, z drugiej nie wiem czy utrzymałbym szybsze tempo przez cały wyścig.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3644104440239824023?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3644104440239824023/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3644104440239824023' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3644104440239824023'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3644104440239824023'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/05/oczko-w-warszawie.html' title='Oczko w Warszawie'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5610984742599045681</id><published>2008-05-03T23:04:00.000+02:00</published><updated>2008-05-15T23:09:04.064+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Długi górski weekend  cz.2 - Szczawno</title><content type='html'>2 maja jest dzień przerwy – jedziemy do Szczawna na rejestrację robiąc skok w bok do Czech na piwo :) U Langa gadżety bogatsze – czapeczka i koszulka polo, bidon i parę innych – w porównaniu do GG czy Mazovii to full-wypas. Ale w końcu nie po to się startuję. Okazało się też, że pasują chipy z Mazovii – ale niestety nie mieliśmy ich przy sobie. Po rejestracji czekamy godzinę na spaghetti – kucharz nie nadawał się do niczego i przyjechał nowy. Typowa polska przypadłość ponoć :) ale przynajmniej kluchy były dobre :) Na koniec jeszcze szukaliśmy dętki po sklepach – wziąłem na wszelki wypadek dwie – całe szczęście , bo jak zajrzeliśmy po powrocie do rowerów, to tym razem z przodu flak. Kolejna wymiana dętki – ta tym razem pasuje do obręczy – widać inna metodologia dmuchania :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano wcześniejsze śniadanie i jedziemy na start. Przebieramy się w aucie – chcąc dopompować opony odkręcam z przodu od razu cały wentyl – na szczęście spokojne wkręcił się na miejsce z powrotem :) bo już miałem przed oczami kolejna wymianę. Za to okazuje się że z tyłu na hamulcach zrobiły się rowki i nie zawsze puszczają obręcz. Trudno – do startu już niewiele, da się z tym żyć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to w Szczawnie, jest pętla honorowa na wzgórze Giedymina – okazało się że jednak nie mam świeżości i czułem w nogach Karpacz. Ale jakoś dawało radę – było tylko mokro – całą noc padał deszcz. Nie są to ulubione warunki dla moich opon, które mają wtedy wiele mówiącą ksywę „Dancing Ralph” :) Okazało się – w pełni zasłużenie. W ogóle nie kontrolowałem toru jazdy, z Chełmca profilaktycznie schodziłem, zaliczyłem też kilka upadków w błotnych koleinach – na szczęście niegroźnych.  Błoto spowodowało, że było dużo trudniej niż w Karpaczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A podjazd na Chełmiec był rewelacyjny – trasa została poprowadzona zupełnie inaczej, klucząc i schodząc często z drogi – malowniczy był zwłaszcza fragment gdzie widziało się zjeżdżających już w dół. Niestety przede mną ktoś źle pojechał i musiałem się wracać niecały kilometr z kilkoma innymi pechowcami – instynkt stadny zadziałał. Na jednym ze zjazdów zaś zakleszczył mi się też łańcuch między kasetą a szprychami – niby człowiek wie że trzeba przed zjazdem ustawić biegi, no ale teraz wiem już lepiej :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trasa miała być stosunkowo krótka – 46 km i dwa główne podjazdy – o ile ten na Chełmiec dłużył się niesamowicie, to miałem wrażenie że na Mniszka nie wjeżdżaliśmy – a na pewno nie do końca. W zamian za to mordercza była końcówka – kombinacja kocich łbów i błotka była bardzo nieprzyjemna – niby płasko a jechało się jak pod górę. W Szczawnie ostatnie kilometry to już sama przyjemność – wykrzesałem ostatki sił dopingowany przez kibiców :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mecie czekało już dwu Piotrków, Daniel też szybko dojechał – a na bufecie niestandardowo do wyboru golonka i karkówka w ilości takiej że nie trzeba było już iść na obiad – kolejny plus dla Langa. Zdałem chipa, umyliśmy rowery i trzeba już było się zbierać do Warszawy...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5610984742599045681?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5610984742599045681/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5610984742599045681' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5610984742599045681'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5610984742599045681'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/05/dugi-grski-weekend-cz2-szczawno.html' title='Długi górski weekend  cz.2 - Szczawno'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-8878338086876321308</id><published>2008-05-03T23:00:00.000+02:00</published><updated>2009-04-15T22:45:15.884+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Długi górski weekend  cz.1 - Karpacz</title><content type='html'>Po kilku przymiarkach ustalił się 4-osobowy skład – oprócz mnie jeszcze Palec, Wilq i Daniel, który we wtorek 29 maja załadował się do nowego vana. Grand Voyager to rewelacyjne auto – 4 rowery wraz ze sporymi bagażami załadowały się bez problemu po położeniu 3 rzędu siedzeń, dla nas pozostało z przodu równie dużo miejsca. Do Karpacza dotarliśmy po północy, następnego dnia rano Piotrki wybrały się w góry rowerami, a ja z Danielem pieszo - spotkaliśmy się potem na szlaku, co zaowocowało kilkoma rowerowymi filmikami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po południu rejestracja – okazało się że od tego roku u GG chipy są wtopione w nr startowy – fajna sprawa, a europejski system identyfikacji pozwolił na robienie profesjonalnych zdjęć od razu identyfikowanych wg chipa przez specjalizowaną firmę. Wieczorem po maratonie można było sobie obejrzeć kilkanaście ikonek własnych zdjęć, a jeśli się spodobały – zakupić za jedyne 40 zł :) Po zarejestrowaniu zaplanowaliśmy obiad w Harrachovie, gdzie przebywała kolejna część naszej ekipy. Czeskie piwo i knedliki wspaniale się komponują :) Wracając zajrzeliśmy jeszcze na herbatkę do Magdy z Poznania – pracuje od niedawna i to jej pierwszy sezon rowerowy w Schenkerze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano padało i było stosunkowo zimno :( Okazało się niestety że bluzę z długim rękawem zostawiłem w biurze i zamiast na cebulkę musiałem postawić na system 0-1 czyli polar. Nie było jednak źle – przed startem przestało padać, a jeszcze przed metą wyszło słońce. Strat prowadził ponad 5 km pod górę asfaltem – pozwoliło to rozciągnąć i ustawić stawkę. O dziwo, pod koniec podjazdu zobaczyłem i nawet wyprzedziłem Palca. Szybko mi się zrewanżował na zjeździe, więc pognałem za nim – niestety nie głównym torem jazdy co zakończyło się złapaniem snake’a tuż przed asfaltem :( &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyciągnąłem więc dętkę, a tu zagwozdka – jest dłuższa o ponad 10 cm od obręczy. Ki diabeł – mam dętkę 28”? Wożę ją w plecaku już drugi rok, więc wszystko możliwe – ale sprawdzam – pisze na niej jak byk 26”. Nie mam wyjścia – zakładam – też po raz pierwszy od 2 lat, więc nie idzie mi to zbyt sprawnie – dobrze że przynajmniej zakładanie tylnego koła przećwiczone. Wsiadam na rower po ponad 20 minutach – nikogo na trasie. Doganiam parę gdzie ona ma już widocznie dosyć, potem kolejną parę, potem dojeżdżam na bufet razem z orgiem na quadzie, który mówi że z tyłu jeszcze 4 osoby. Znaczy się – byłem na samiutkim końcu. Stwierdzam więc że koniec ścigania, oszczędzam siły na Szczawno. Żele i batony energetyczne lądują w plecaku by nie kusiły, zajadam się bananami i morelami na bufecie i jadę dalej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słynny już śnieg na Dwu Mostach trochę przejeżdżony i zdecydowanie przereklamowany, ale poza tym trasa łatwa i raczej sucha – zastanawiam się czy dam radę kogoś wyprzedzić z drużyny. Postanawiam nie kalkulować tylko nie przekraczać tętna 175. Na podjazdach nie zawsze się udaje, ale w końcu na zjeździe widzę Magdę leżącą w objęciach pedałów SPD – pytam się czy wszystko OK. i po potwierdzeniu jadę dalej. Potem mijam Mariusza, chłopaków z Poznania, w końcu Daniela – nie jest jednak tak źle ze mną. Jednak podjazd w Miłkowie weryfikuje tą tezę – poddaję się i przy końcu asfaltu resztę pokonuję z buta. Na przedostatnim podjeździe już w Karpaczu mijam Krystiana, potem jeszcze gubię trasę razem z kilkoma osobami – ale tylko na moment, szybko się znajduje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na metę jest pod górę, ale jej bliskość dodaje sił. Jest stadion, wrzucam blat i przyspieszam ... prosto w barierkę. Hamulec, i zatrzymuję się 30 cm przed nią – ktoś postanowił uatrakcyjnić finisz prowadząc go po stoku nad bieżnią stadionu, a wcześniej 2-metrową chopką.  Wsiadam na rower ale nie ruszam – oczywiście mam prawie najtwardsze przełożenia – ręcznie redukuje, chopkę schodzę, po stoku jadę jak na hulajnodze – całą radość finiszu szlag trafił.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Odpoczynek, jedzenie, picie – na kwatery jest 4km pod górkę, więc postanawiam zostać jeszcze na loterii - niestety nikt od nas nic nie wylosował. Wlokę się pod górę, szybki prysznic bo chłopaki zebrali się pół godziny wcześniej i jedziemy na kolację.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-8878338086876321308?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/8878338086876321308/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=8878338086876321308' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8878338086876321308'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8878338086876321308'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/05/dugi-grski-weekend-cz1-karpacz.html' title='Długi górski weekend  cz.1 - Karpacz'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-4899410304239242801</id><published>2008-04-15T23:10:00.001+02:00</published><updated>2008-04-15T23:13:11.235+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Otwock – Reaktywacja!</title><content type='html'>Przed maratonem wszystko szło nie tak. Wystarczy powiedzieć że mimo nastawionego budzika na 7 rano obudziłem się o 8:35. Panika i szybki telefon do kolegi który miał po mnie przyjechać by był choć 10 minut później. Pośpieszne śniadanie, pakowanie i wybiegam z rowerem trochę po 9:10. W samochodzie wymieniam baterie od licznika – jeszcze w środę działał. Na szczęście pamiętałem prawidłową wartość obwodu koła i miałem właściwe odczyty na trasie :)&lt;br /&gt;No cóż – przyjąłem to za dobrą wróżbę i postanowiłem jechać turystycznie – bez bukłaka w plecaku, soczewek, w zwykłych okularach. Na bufetach grzecznie zatrzymać się na żarełko i picie, nie przemęczać, podziwiać widoki. Na miejscu rejestracja podtrzymała postanowienia – stałem prawie godzinę – między innymi dzięki burakowi, który nie dość że stanął cwaniacko przy innej literce, to nie miał pojęcia co jest grane – chciał zeszłoroczny numer nie zaglądając do netu i nie wypełniając kartki – Polak potrafi! Mnie załatwili szybko, ale numerki na sobie i rowerze zainstalowałem dopiero 5 minut przed 11. &lt;br /&gt;Na starcie ustawiłem się prawie na końcu, pogoda była zdradliwa więc miałem bluzę. I gdy 10 po 11 miałem ją chować do plecaka – start. Trudno – zdejmę na bufecie – ale i tak dobre 3 minuty upłynęły zanim koniec się ruszył, na początku metodą na hulajnogę bo tłok się nie rozładował. Wilq od razu znalazł jakąś lukę i zniknął z przodu, ja zgodnie z turystycznym założeniem nie chciałem się przemęczać – po minucie jednak atmosfera wyścigu się udzieliła i zacząłem przesuwać się do przodu. &lt;br /&gt;Na początku było szeroko, potem trasa przeważnie miała dwa twarde ślady z piachem pomiędzy. Po pewnym czasie stwierdziłem, że wyprzedzam bardziej głową niż nogami. Uważam że technicznie kiepsko u mnie z jazdą, ale dookoła ludzie radzili sobie jeszcze gorzej. Dodatkowo schodzenie z roweru bez zjechania na bok, jazda równoległa z tą samą prędkością – nie każdy jest Kajzerem i może wyprzedzać po piachu środkiem. Kilkanaście km jechałem z zawodnikiem Cyklozy – wyprzedzaliśmy jednym tempem i zauważyłem że jak byśmy nie wyprzedzali, czy ja lepiej w danym momencie czy też on – i tak co kilka minut lądowaliśmy razem za większą grupą na single-tracku. &lt;br /&gt;Spodziewałem się że będzie bardziej mokro, ale poza sporadycznymi mokrymi miejscami było w sam raz. Kto chciał, mógł się utaplać jak świnia, dało się też przejechać o suchym bucie. Szybko zrobiło mi się gorąco i jeszcze przed pierwszym bufetem zdjąłem bluzę – w między czasie wyprzedziło mnie kilkudziesięciu zawodników – ponownie mijałem min Ole z Cyclistów – szacunek za taką jazdę! Bufet z założenia zatrzymałem się – a można było przejechać i dostać wszystko co potrzeba – na przestrzeni kilkuset metrów 3 grupy osób podających picie, batony i banany – ideał. Kolejne już jechałem oczywiście :)&lt;br /&gt;Mijając rozjazd na Giga nawet pomyślałem czy by tam nie skręcić – ale profilaktycznie pojechałem prosto i to była dobra decyzja. Po 45 km zacząłem lekko czuć plecy, po 55 km zacząłem czuć że paliwo się kończy. W tym momencie minąłem Wilqa i to dodało mi trochę sił – ale ostatnie 3 km przejechałem już tylko by dojechać – finisz na stadionie 25 km/h świadczy o tym dobitnie :) Trochę czułem kolano, ale ono i tak bardziej bolało mnie ... w sobotę, gdy się pakowałem na maraton. Chyba zamiast do ortopedy pora na wizytę u ... psychologa.&lt;br /&gt;Na mecie od razu bufet, ciasto, banany, picie – tuż za mną przyjechał Wilq i razem czekaliśmy na resztę zespołu – a trochę to trwało ;) Potem kluchy, czyli parodia spaghetti, mycie roweru, zespół się rozjechał a ja o włos nie załapałem się na rozdanie nagród – niby losowanie ale uczestników zostało chyba tyle samo co fantów. W wynikach najpierw słabe miejsce – ponad 300, ale potem okazało się że było ponad 1200 startujących, z czego 850 na Mega – szok – sądziłem że będzie max. 800 w sumie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-4899410304239242801?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/4899410304239242801/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=4899410304239242801' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4899410304239242801'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4899410304239242801'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/04/otwock-reaktywacja.html' title='Otwock – Reaktywacja!'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-1984592467448359367</id><published>2008-02-27T22:30:00.001+01:00</published><updated>2008-04-02T22:40:11.397+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='banki'/><title type='text'>Mądry Polak po szkodzie, ale nie w Pekao ... cz. 2</title><content type='html'>Nie sądziłem, że Pekao będzie w stanie zaskoczyć mnie bardziej, ale jednak! 22.02 o 18 zaczęła się konwersja mojego konta. 25.02 o godz. 18 odebrałem PIN dostępowy do internetu - wysłany na początku miesiąca wg konsultanta, czyli dopiero 15.02. Cały dzień nie miałem dostępu do rachunku - a był to dzień kluczowy, ponieważ spłaty karty (przelew zdefiniowany wcześniej jeszcze w BPH). Patrzę - przelew nie poszedł, mimo że środki były. Na infolinie dodzwonić się nie sposób, wysłałem wiec prośbę o kontakt. &lt;br /&gt;Dziś rano zadzwonił konsultant i powiedział, że przelew nie poszedł, bo ... Pekao ustawiło standardowe limity bezpieczeństwa przelewów! Mam od tygodnia ustawiony przelew na X zł, podobne co miesiąc, a oni mi transferują konto z 2x mniejszym limitem! I nie można go zmienić od razu - mimo kodów wysyłanych SMSem jeszcze konsultant musi oddzwonić! A ja dalej mając środki nie mogę spłacić karty! Czegoś takiego Mrożek by nie wymyślił ...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-1984592467448359367?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/1984592467448359367/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=1984592467448359367' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1984592467448359367'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1984592467448359367'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/02/mdry-polak-po-szkodzie-ale-nie-w-pekao.html' title='Mądry Polak po szkodzie, ale nie w Pekao ... cz. 2'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3484196310563474979</id><published>2008-02-21T22:24:00.000+01:00</published><updated>2008-04-02T22:38:48.158+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='banki'/><title type='text'>Mądry Polak po szkodzie, ale nie w Pekao ...</title><content type='html'>Miesiąc temu czytałem, jak Pekao blokowało karty migrowanych klientów BPH. Pomyślałem - jak to dobrze, że ja będę później - nauczą się na błędach. A jednak - nie! &lt;br /&gt;Mój listonosz awiza zostawia jak mu się podoba - dostając od razu ponowne, odebrałem 13.02 kartę Pekao z informacja, że 18.02 zostanie zablokowana ta z BPH. Niestety, nie mogłem jej aktywować, bo nie dostałem PINu. 14.02 zadzwoniłem do Pekao - konsultant po kilku minutach powiedział ze się zorientuje i oddzwoni. &lt;br /&gt;18.02 moja karta została zablokowana, 19.02 nie doczekałem się na oddzwonienie i zadzwoniłem raz jeszcze - okazało się ze PIN wysłano ponownie 18.02. Jest 21.02 - juz 4 dzień nie mam dostępu do pieniędzy, nie wiem kiedy dostane PIN. Mam tylko zablokowaną kartę kredytowa, której nie można odblokować ... &lt;br /&gt;Ze spłaceniem jej tez powstał problem - zawsze robiłem to poprzez internet naciskając jeden przycisk. Teraz jednak w systemie ... nie mam już karty. Jej rachunek jeszcze znajdę w historii przelewów - ale po kwotę będę musiał ... już osobiście udać się do banku! Korzystając z internetu papierowe wyciągi traktuje niszczarką jako niepotrzebne, telefonicznie takich informacji nie udzielają... A termin spłaty jak na złość - pierwszy dzień po przenosinach. Szkoda tylko, że razem z kartą nie zniknął mój kredyt hipoteczny - tu akurat bank dba o klienta :) Czy to tak trudno blokować starą kartę dopiero w momencie aktywacji nowej?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3484196310563474979?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3484196310563474979/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3484196310563474979' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3484196310563474979'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3484196310563474979'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/01/mdry-polak-po-szkodzie-ale-nie-w-pekao.html' title='Mądry Polak po szkodzie, ale nie w Pekao ...'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-8884866345087136775</id><published>2008-01-12T23:40:00.000+01:00</published><updated>2008-01-12T23:41:20.330+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='OKO'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Oko 11 stycznia</title><content type='html'>Kolejne OKO zacząłem od przyglądania się Hannibalowi RvC – plansza piękna ale niepraktyczna – czerwone lub niebieskie ramki pół albo się zlewają z tłem (Rzym) albo biją po oczach. Karty piękne, sposób walki ciekawy, ale kilka dziwnych rozwiązań – trzeba w to zagrać :)&lt;br /&gt;Potem Lim-Dul w końcu się zwolnił i zagraliśmy w Colossal Arena. Gra przypadła mi do gustu – obstawiłem w ciemno potwora pozwalającego przesuwać pionki co pozwoliło mi nie ryzykować zbytnio położeniem 3 kolejnych pionów za 4 pkt. Co prawda 2 z nich poległy (tak, nie tylko Lim-Dul był atakowany :) ale jednego zdążyłem jeszcze przesunąć i w sumie miałem 15 pkt. na 4 pionkach. Super gra, wymaga wyczucia innych graczy, duża „ręka” pozwala na trzymanie się opracowanego planu – tylko jakby zbyt szybko się skończyła :(&lt;br /&gt;Kontynuowaliśmy w tym samym gronie Iliadę – z 12 kart na ręku zagrywasz armię mając na względzie że dopiera się potem tylko 3 karty, a pierwszy pasujący ma najlepszego dowódcę. Udało mi się wygrać cudem pierwszą fazę (dwie największe armie tak się nawzajem wykrwawiły że miałem 1 pkt więcej :)) co pozwoliło mi zyskać przychylność Posejdona do końca gry (wartą 2 pkt z 12 koniecznych do wygranej). Drugą turę od razu spasowałem – nie było dużej floty do zdobycia i mój Posejdon nie był zagrożony – niestety w niej wyścig zbrojeń był bardzo ubogi i choć gracze wystawili torcie wojska to bez większych potyczek zaakceptowali status quo. Ciekawą fazą była specjalna wyrocznia (zwykle dająca ujemny punkt lub dwa) która tym razem powodowała że wygrywał tylko jeden gracz który przed swą aktywacją maj najwięcej wojska. A łupem była Helena – najcenniejsza ( 5pkt.) karta. Tylko Lim-Dul nie wygrywał po jej wygraniu – więc po początkowej walce (miałem 2 łuczników i balistę – idealne do utrzymania równowagi na stole siły) Lim-Dul dostał na osłodę Helenę.&lt;br /&gt;Ostatnia runda mi sprzyjała – gracze mieli mało wojska na ręku – ja zaś 2 katapulty i hoplitów za 4 i 2. Katapulty pozwoliły mi zużyć 4 rundy (wystawienie i strzał) na to by trzymać wojsko na ręku i pozwalać innym wzajemnie się wyżynać. I na koniec pojawiła się moja falanga pewnie krocząc do zwycięstwa :) Niestety wadą gry jest spora losowość – 3 karty to mało, trzeba rozsądnie gospodarować ręką. &lt;br /&gt;Pod koniec Iliady pojawiła się moja znajoma, co spowodowało radykalną zmianę podejścia do Shadows over Camelot – to był mój wieczór – nie tylko wygrywałem, ale też decydowałem w co ;) Gra poszła sprawnie, jak to ma w zwyczaju bez zdrajcy i oskarżeń – czarne karty głównie szkodziły meczowi i Graalowi, ale tam mieliśmy akurat mocne ekipy.&lt;br /&gt;8 minut wystarczyło też na partyjkę Blefuja – zagranie Lim-Dula przejdzie do legendy tej gry chyba :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-8884866345087136775?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/8884866345087136775/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=8884866345087136775' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8884866345087136775'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8884866345087136775'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/01/oko-11-stycznia.html' title='Oko 11 stycznia'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-1012800273413782935</id><published>2008-01-05T00:03:00.000+01:00</published><updated>2008-01-05T00:40:03.278+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='OKO'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Oko 4 stycznia</title><content type='html'>Półtora miesiąca przerwy, różne zawirowania ale w końcu znów coś piszę – tradycyjnie relacja z OKO. Najpierw Ca$h 'n Gun$ z dodatkiem Yakuzas – chaotyczne i sympatyczne, ale ponoć wersja podstawowa jest lepsza. Skoro tak, muszę w końcu zagrać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem Beowulf – ładnie wydany, w porównaniu z Kingdoms więcej się dzieje na planszy, jest ciekawiej i w sumie jednak lepiej. Trzy różne plansze, 3 zestawy żetonów – pozycja warta grzechu. Niestety nie mogłem się na niej skupić, bo obok rozkładano Hannibal Barkas. Jak usłyszałem że ktoś chce wcisnąć niewielki rzymski garnizon na Sycylii jako główną armię Syrakuz, musiałem zareagować. Niestety inne sprawy wykazywały podobny poziom znajomości słowa pisanego i musiałem chłopakom wyjaśnić podstawy – potem akcja ruszyła z kopyta – Rzym podporządkował sobie całą Galię przedalpejską korzystając z faktu że Hannibal poczekał turę czekając na hiszpańską piechotę. No ale przejście przez Alpy nie było dlań szczęśliwe, dodatkowo choroby zdziesiątkowały jego armię. Widząc co się dzieje armia południowa Rzymu zawróciła spod Nowej Kartaginy i połączyła się z resztą oddziałów. Widząc co się święci Hannibal chciał uciec z walki przed bitwą, no ale Bogowie uśmiechali się w stronę Rzymu i zza Alp nie wrócił żaden z kartagińskich żołnierzy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obserwując śródziemnomorskie zmagania czekałem na skończenie tłumaczenia Roku Smoka. Gra potwierdziła moją wysoką 10 w ocenie – znów wygrałem :) Co prawda 60% graczy debiutowało, no ale miałem tylko jedną grę przewagi. Postawiłem na tę samą strategie – bycie w czubie akcji, szybkie kupienie reliktu za 2 punkty i zamek z 2 mnichami za 9 pkt i dużo postaci. Wystarczyło choć początek miałem ze sporym błędem – mogłem mieć cztery a nie trzy pagody i kilka punktów więcej. Leo który postawił na początek kupiec + budowniczy popełnił wielki błąd nie biorąc od razu drugiego kupca i całą grę spędził w ogonie. &lt;br /&gt;Na koniec tradycyjne pogaduszki przed OKO w kręgu znajomych – 22 to stanowczo zbyt wcześnie na powrót do domu – tym razem jednak wygrał dziadek Mróz :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-1012800273413782935?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/1012800273413782935/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=1012800273413782935' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1012800273413782935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1012800273413782935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2008/01/oko-4-stycznia.html' title='Oko 4 stycznia'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-8604828334460747948</id><published>2007-11-24T20:03:00.000+01:00</published><updated>2007-11-24T21:19:12.725+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='OKO'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>OKO 23 listopada</title><content type='html'>Zaczęliśmy od Cuby – niestety z trochę błędnymi zasadami, przez 2 rundy limit 2 produktów był łącznie z surowcami, a na koniec gry nie punktowaliśmy budynków. Po początkowym deficycie surowców mechanika zaczęła działać, a gra pokazała że tutaj zamiast planowania liczy się reakcja na to co inni robią (w czym pomaga ogranie) – oprócz napisów po niemiecku i faktu że widziałem plansze do góry nogami to jedyne dla mnie wady tej gry. Wtórności nie zauważyłem, niektórym współgraczom niestety nie pasowało że nie zawsze można użyć z senesem postaci – no ale przecież to się przekłada na zdecydowanie lepsze użycie innych - gracz który załadował statek na 15 pkt. nie powinien narzekać że potem Handlarka nic mu nie dała). Wielość rozmaitych dróg punktowania, konieczność ciągłych modyfikacji planów mogą niektórych graczy spowolnić – ale tak się objawia brak losowości. A nasza wypaczona partia? – mi poszło źle – źle rozstawiłem budynki, zrobiłem dwa spore błędy w rozgrywce  i byłem ostatni – wygrał Szymon kasą przed Sztefanem. Także pałam żądzą rewanżu na grze :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem zagraliśmy w Salamance – takie wtórne Carcassonne ;) Jako jedyny grający po raz pierwszy zapłaciłem frycowe nowicjusza, ale i tak zająłem 3 miejsce :) Dobra gra, ale nie czuję potrzeby zagrania w nią po raz kolejny - choć nie odmówię z „braku laku”. Kilka fajnych rozwiązań, sporo możliwości szkodzenia innym, mechanizm „sojuszu” – solidna pozycja. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny etap – to przemieszczenie się do mnie i długie negocjacje przy pizzie w co gramy ;) Stanęło na El Grande – nie grałem w nią jeszcze i wiedziałem że to błąd. Gra jest rewelacyjna – proste zasady, wiele możliwości. Rewelacyjny mechanizm wieży – drugi desant zrobiłem na rodowe włości Sztefana i szkodząc podwójnie, bo trzeci desant Sztefan profilaktycznie zrobił zabezpieczając swoje włości co nic mu nie dało bo nikt się nań nie pokusił. &lt;br /&gt;Pierwszy zaczął Jax i korzystając z okazji pociągnął kartę dającą mu kilkanaście punktów przewagi nad nami – i to okazało się jego zgubą bo był na naszym wspólnym celowniku – skończył na 3 miejscu. Sztefan dwie akcje zagrał przeciw mnie i to okazało się jego zgubą bo był na moim celowniku – skończył na 4 miejscu ;)&lt;br /&gt;Najlepiej poszło melee – rozbudowywał swoje pozycje przez całą grę i wyprzedził mnie o ok. 10 pkt – co uważam za wielki sukces jak na pierwszą partię. No i prześcignąłem jaxa – sam nie wiem jakim cudem :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-8604828334460747948?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/8604828334460747948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=8604828334460747948' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8604828334460747948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8604828334460747948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/11/oko-23-listopada.html' title='OKO 23 listopada'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-7945068078259043327</id><published>2007-11-14T00:23:00.000+01:00</published><updated>2007-11-14T01:22:30.032+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bitewniaki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='GQ3'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bitwy Morskie'/><title type='text'>Mokotowska - kolejne starcie</title><content type='html'>Tym razem USS New Orleans, USS Helena, i dwa niszczyciele typu Fletcher&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/ragozd/RzoxpoA6m-I/AAAAAAAAAU4/AcXjFwa9--8/s640/uss1a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;stawiło czoła krążownikom Mogami i Tone, w eskorcie 2 niszczycieli typu Fubuki&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/ragozd/RzoxpIA6m9I/AAAAAAAAAUw/NImZYwSN06o/s640/jap3a.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Bitwa rozpoczęła się podczas pełni - obie strony szybko się wykryły i ruszyły na spotkanie. Pierwsze ogień otworzyły krążowniki japońskie, kilka minut później amerykańskie, ale trafienia obie strony uzyskały prawie jednocześnie. Pięknie zgrupowana salwa zdemolowała pomost bojowy New Orleans wraz z całą dziobową nadbudówką - w rewanżu Mogami stracił dziobową wieżę. Mimo straty radaru jankesi kontynuowali wyjątkowo skuteczny ogień przebijając pancerz pod linią wodną tworząc liczne przecieki. &lt;br /&gt;W międzyczasie Helena otworzyła ogień do prowadzącego niszczyciela i na efekt nie trzeba było długo czekać - okręt stanął w płomieniach i wyraźnie zwolnił mimo szalonych zygzaków. Pożar rozprzestrzeniał się systematycznie i widać było wyraźne problemy załogi z jego opanowaniem.&lt;br /&gt;Niszczyciele amerykańskie skupiły się na oświetlaniu okrętów i zajmowaniu pozycji do ataku torpedowego, od czasu do czasu ostrzeliwując japońskie niszczyciele gdy Helena przeniosła ogień na Tone. &lt;br /&gt;To było już za dużo dla japończyków - ich torpedy nie trafiły w cel, Mogami stracił kolejną wieżę i mimo że podobne opały przechodził New Orleans japończycy poświęcili płonący niszczyciel i zagłębili się w mrokach nocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;więcej zdjęć (malowanie i modele Hubert Kłak)&lt;br /&gt;&lt;table style="width:194px;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td align="center" style="height:194px;background:url(http://picasaweb.google.com/f/img/transparent_album_background.gif) no-repeat left"&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/ragozd/GQ320071113"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/ragozd/RzoxrIA6m_I/AAAAAAAAAVA/5iGk4w5O_EA/s160/uss2a.jpg" width="160" height="160" style="margin:1px 0 0 4px;"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="text-align:center;font-family:arial,sans-serif;font-size:11px"&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/ragozd/GQ320071113" style="color:#4D4D4D;font-weight:bold;text-decoration:none;"&gt;GQ3-2007-1&lt;wbr&gt;&lt;/wbr&gt;1-13&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-7945068078259043327?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/7945068078259043327/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=7945068078259043327' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/7945068078259043327'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/7945068078259043327'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/11/mokotowska-kolejne-starcie.html' title='Mokotowska - kolejne starcie'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5970135296111554013</id><published>2007-10-31T23:24:00.000+01:00</published><updated>2007-10-31T23:28:49.884+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>Smocze Gniazdo 30.10</title><content type='html'>Nie czułem się najlepiej i zamiast nocnej imprezy na Świerzym powietrzu po raz pierwszy zjawiłem się w Smoczym Gnieździe – nie bez problemów bo idąc Koszykową w pewnym momencie ulica mi się zgubiła :) A i w bibliotece też ciężko było odnaleźć Gniazdo.&lt;br /&gt;Zacząłem od &lt;b&gt;Betrayal at House on The Hill&lt;/b&gt; – przygodowa penetracja nawiedzonego domu. Ta gra nie przypadła mi do gustu – na początku dłużyzny, takie łażenie bez sensu, a potem największą zabawę ma nawiedzony – reszta gra w grupie i nie każdy może być potrzebny. Gra zdecydowanie nie dla mnie, w przeciwieństwie do &lt;b&gt;Ghost for Sale&lt;/b&gt;. &lt;br /&gt;Rewelacyjna pozycja pod warunkiem wyrównanego, wysokiego poziomu graczy – a z takimi właśnie miałem przyjemność zagrać :) Gra licytacyjna z elementem blefu – gracze najpierw wybierają czy kłamią, następnie licytujemy wizytę u wróżki i odrzucone karty. Wróżka pozwala nam podejrzeć stanowisko jednej osoby (ten kto dał najwięcej nie ma podejrzanej własnej karty, ten kto najmniej – nie wie nic, ale zyskuje z powrotem karty poświęcone na licytacje), zaś odrzucone karty przy odrobinie szczęścia pozwalają precyzyjnie ustalić nastawienia graczy (jaxowi się to udało). &lt;br /&gt;Potem umieszcza się duchy w zamkach – te mają wpływ na ich cenę, ale nie mając pewności kto kłamie (duch takiego gracza oznacza jego brak i na odwrót) jest spora szansa nieświadomego obniżenia wartości zamku. Te mogą mieć jeszcze zdolności specjalne – dodatkowe duchy, zagadki czy otwarta licytacja. &lt;br /&gt;A na koniec licytujemy zamki (i tak 2 x). Karty mają wartość od 1 do 10, rewersy są w dwu rodzajach – duża kasa (6-9 i ... 1) i mała kasa (2-5 i 10) – 1 i 10 to kolejne elementy blefu :) Trzeba właściwie ocenić nastawienie graczy i mieć sporo szczęścia – w drugiej części podejrzałem nastawienie jaxa, jednak rozmieszczenie duchów było takie że jego żetony były przy nieinteresujących mnie zamkach :(&lt;br /&gt;Po pierwszej turze zdobyłem dwa zamki (jeden mogłem wyzerować źle wybierając opcje specjalną) za 9 pkt, drugi był Lim-Dul z 7 pkt. W drugiej turze byłem przekonany że rozgryzłem wszystkich, okazało się że jednak nie ale szczęśliwie w jedynym wylicytowanym przeze mnie zamku wyszło to na zero – obaj pomyleni przeze mnie gracze się uzupełniali. A że wylicytowałem za 8 pkt (bo znów prawidłowo wybrałem opcję specjalną) wygrałem o to właśnie (2 pkt) przed Klosem, bo Lim-dul nie zdobył nic - przegrał morderczą licytację o 10 pkt zamek.&lt;br /&gt;Na koniec Blefuj – w końcu udało mi się nie przegrać :) A po powrocie do domu okazało się że mam prawie 38 stopni gorączki :(&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5970135296111554013?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5970135296111554013/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5970135296111554013' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5970135296111554013'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5970135296111554013'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/smocze-gniazdo-3010.html' title='Smocze Gniazdo 30.10'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5589518328658941893</id><published>2007-10-27T15:53:00.000+02:00</published><updated>2007-10-28T02:23:15.626+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='OKO'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>OKO 26 października</title><content type='html'>Najpierw Lim-dul namówił nas na jakąś japońską karciankę &lt;b&gt;Meikyu Conquest&lt;/b&gt; – nic szczególnego, zwłaszcza że zasady nie do końca były jasne (jedna karta albo praktycznie wygrywała grę, wg interpretacji Lim-dula, albo była normalna – angielskie, pełne błędów tłumaczenie jednoznaczne nie było). Tak czy owak wygrałem mając 10 lub 6 pkt. w zależności od interpretacji tej karty, bo graliśmy albo na 6 albo na 10 pkt. ;) – taki niedoprecyzowany potworek :)&lt;br /&gt;Clue wieczoru to &lt;b&gt;Puerto Rico&lt;/b&gt; – dodatkowe budynki mają kolosalną zaletę – czynią grę nieprzewidywalną – można wybierając te a nie inne budynki zabrać albo utrudnić ulubione strategie. Początek miałem przeciętny, potem popełniłem spory błąd – wybudowałem dużą cukrownię niesłusznie bojąc się że jej zabraknie zamiast małego magazynu lub czarnego rynku – skutkiem tego miałem kubańską gospodarkę marnującą co najmniej połowę zbiorów – bo oczywiście cukrowni nie zabrakło w przeciwieństwie do magazynu. Jax w pewnym momencie starał się namówić mnie bym zagrał przeciw Gigi – wolałem zagrać jednak pod siebie, czyli przeciw Jaxowi, dzięki czemu wyprzedziłem ... Geko :) Kiedy wszyscy sądzili że wygra Adrian, moc kukurydzy pokazał Gigi i wygrał  z 57 pkt.), za nim Adrian (56), potem ja (44), Geko (42) i Jax (35). Gdyby w jednym momencie Geko wysłał cukier na statek blokując go mi, byłby przede mną. Ale tracił na tym chyba 1 pkt więc się nie zdecydował blokować mi 3 :)&lt;br /&gt;Potem był &lt;b&gt;Mykerinos&lt;/b&gt; – dziwnie mi się ta gra ułożyła, Pierwsza tura w plecy – miałem tylko kafelek za 5 pkt bez żadnej postaci, w drugiej turze poszedłem więc na pewniaka w dwa kafelki oszczędzając pracowników, a trzecia to było mistrzostwo fuksa – kładąc tylko 6 robotników i szybko pasując wygrałem 3 kafelki. W czwartej turze zaskoczyłem wszystkich wykładając 14 posiadanych robotników – nawet sam nie wierzyłem że to możliwe – ale pozwoliło mi to zyskać kolejne 3 kafle i niespodziewanie zrównać się z Jaxem. A gdybym lepiej na początku obstawił muzeum ...&lt;br /&gt;Następnie na tapetę wzięliśmy &lt;b&gt;Filou&lt;/b&gt; – licytacja kotów w worku. Bardzo sympatyczna i bardzo kiepsko mi w nią szło – a zagrałem cztery razy – za każdym razem końcówka stawki.&lt;br /&gt;W międzyczasie obejrzałem jeszcze karcianego Wiedźmina – do zagrania przy najbliższej okazji.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5589518328658941893?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5589518328658941893/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5589518328658941893' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5589518328658941893'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5589518328658941893'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/oko-26-padziernika.html' title='OKO 26 października'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5732745164864397680</id><published>2007-10-25T20:39:00.000+02:00</published><updated>2007-10-28T12:51:30.920+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bitewniaki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mein Panzer'/><title type='text'>Pościg za Niemcami</title><content type='html'>Sowieci uzupełnili skład i dokładnie takimi samymi siłami parli naprzód. Na horyzoncie kolejne miasteczko:&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/kapelutek/RyDavY5-EmI/AAAAAAAAAHE/GtR9YjYxiRM/s640/HPIM2944.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Szybkie rozkazy - 9 T-34 atakuje lasem na lewej flance&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/kapelutek/RyDaxo5-EnI/AAAAAAAAAHM/wOMf7DU4z7w/s640/HPIM2945.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;w centrum ISy oraz ISU, a na prawej flance pluton T-34&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDaz45-EoI/AAAAAAAAAHU/h7LVyJR38x8/s640/HPIM2946.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Czołgi przekroczyły linie okopów&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/kapelutek/RyDa4I5-EqI/AAAAAAAAAHk/8YCBqMVlymo/s640/HPIM2948.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemcy uczyli się na błędach, ale nie do końca - pozycje nie były tak wysunięte do przodu, ale dalej widoczne&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/kapelutek/RyDa2Y5-EpI/AAAAAAAAAHc/e40KHUKb2Bo/s640/HPIM2947.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;A to zawsze kończy się zawsze tak&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/kapelutek/RyDa8I5-EsI/AAAAAAAAAH0/H11U3AFYGnQ/s640/HPIM2950.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;jedno działo ogłuszyło, drugie porawiło. ISy nie mając nic lepszego do roboty postanowiły postrzelać do Nashornów - było piekielnie daleko, no ale co to dla weteranów - po samogonie albo się trafia na 1, albo blokuje działo - w sumie oba przypadki razem zadowoliły sowieckich tankistów&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDbL45-E0I/AAAAAAAAAI4/dVcnobu77rs/s640/HPIM2961.JPG" /&gt; (drugi Nashorn poległ w podobnych okolicznościach)&lt;br /&gt;Pierwsze straty zadali sowietom ... własni kierowcy w lesie. Dwa wozy zerwały gąsienice, pozostałe miały spory problem z przebrnięciem lasu&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDa945-EtI/AAAAAAAAAH8/lxid9OJs2yg/s640/HPIM2951.JPG" /&gt; &lt;br /&gt;Dlatego na drugim skrzydle las został ominięty&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/kapelutek/RyDbAI5-EuI/AAAAAAAAAIE/M17_1Ehpq0M/s640/HPIM2952.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Panorama miasteczka zaczęła nabierać właściwych cech - dymy i wozy ewakuacyjne :)&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/kapelutek/RyDbCI5-EvI/AAAAAAAAAIM/Wb2fRwxwMXc/s640/HPIM2953.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Niemcy odgryzali się - Jagdpanzer IV/70 zniszczył 2 T-34 i postanowił wyjechać do przodu by mieć w co strzelać - został więc odznaczenie pośmiernie :)&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/kapelutek/RyDbEI5-EwI/AAAAAAAAAIY/NT4ofvRUx7s/s640/HPIM2954.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Na lewej flance tylko jeden T-34 nie miał problemów w lesie - pełną mocą silnika przeskoczył przed nosem zaskoczonych niemców i wykorzystał inicjatywe by wykończyć panterę - w zapasie były jeszcze 2 kolejne czołgi - tego jak i brawury sowietom nigdy nie brakowało&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDbF45-ExI/AAAAAAAAAIg/8BlbaNVxpH0/s640/HPIM2958.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Pantery i Nashorn strzelały pechowo - unieruchomiły jedno ISU, reszta pocisków poszła po poancerzu spowalniając jednakże atak dział&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/kapelutek/RyDbIY5-EyI/AAAAAAAAAIo/YKAtWU10nXE/s640/HPIM2959.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Prawe skrzydło dało ciała - sprytny plan spłonął wraz z dowódcą, pozostałe wozy nie odegrały już żadnej roli w bitwie - na szczęście nie były potrzebne&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/kapelutek/RyDbKY5-EzI/AAAAAAAAAIw/Gk3Wvzmhlsc/s640/HPIM2960.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;ISy wykonały większość brudnej roboty&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDbP45-E2I/AAAAAAAAAJI/r5-Q6R30SH0/s640/HPIM2964.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Pantery na ich widok postanowiły opuścić miasteczko&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/kapelutek/RyDbWo5-E5I/AAAAAAAAAJg/QV-qBpGKH7U/s640/HPIM2969.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;próbując ewakuować zniszczone wozy&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDbX45-E6I/AAAAAAAAAJo/u0TRjGfYVsY/s640/HPIM2972.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;perspektywy jednak nie rokowały dobrze ;)&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/kapelutek/RyDbZY5-E7I/AAAAAAAAAJw/jH-E8FOdOFg/s640/HPIM2973.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;Armia Czerwona ruszyła w pościg&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/kapelutek/RyDba45-E8I/AAAAAAAAAJ4/IwrDWwulo8U/s640/HPIM2974.JPG" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Podsumowanie Herr Przemka:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Jako dowódca strony niemiedzkiej zdecydowałem się walkę na dalekim dystansie (2 Nashorny i wsparcie panter). Koncepcja słuszna z tym że IS od frontu są nie do ruszenia (24 pancerza na klacie) co pozwoliło im bez problemu atakować centrum. 2 PzJ IV miały wywalczyć dominację w żywopłotach. Moim głównym błędem było czekanie na Ivana na odsłoniętych pozycjach przez co przeciwnik odstrzeliwał moje czołgi jeden po drugim. Taktyka polegająca na podjechaniu, strzele i w nogi jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Po raz kolejny przyroda wygrała z czołgami - tym razem las trwale unieruchomił 2 T-34. Ostanią moją decyzją był ogólny odwót na z góry zaplanowane pozycje :)&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Podsumowanie towarzysza ragozda:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Lasy trzeba omijać, warto strzelać na jedynkach i szarżować Panterę na oczekiwaniu nie czekając na więcej czołgów jednym T-34 :) To co było widać u Niemców, było martwe - po przełamaniu flanki pantery z miasteczka nie mogły już się tam ukrywać i postanowiły się wycofać&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5732745164864397680?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5732745164864397680/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5732745164864397680' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5732745164864397680'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5732745164864397680'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/pocig-za-niemcami.html' title='Pościg za Niemcami'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-2662312350649498481</id><published>2007-10-20T00:11:00.000+02:00</published><updated>2007-10-25T22:34:36.036+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bitewniaki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mein Panzer'/><title type='text'>Szturm na miasteczko</title><content type='html'>Zwiad doniósł o bardzo atrakcyjnych terenach w sąsiedztwie – przedmieścia miasteczka z lotniskiem.&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/ragozd/RxujwIxGCyI/AAAAAAAAASE/iCj2wNh8mg4/s640/zdj07.jpg" /&gt; &lt;br /&gt;W pobliżu był batalion T-34 wzmocniony kompanią czołgów ciężkich i baterią dział samobieżnych. 3 ISU-122, 2 IS-2, KW-85, 6 T-34-85 i 6 T-34-76, weterani ofensywy 44r. Sowieci skupili się na lewym skrzydle, gdzie uderzyło 9 T-34 wzmocnionych ISU, ciężkie czołgi miały zadanie związać środek, a przez las na prawym skrzydle przedzierał się pluton T-34.&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/ragozd/RxujuoxGCwI/AAAAAAAAAR0/z-hu683O6SY/s640/zdj05.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Pozycje obronne zajęło 7 panter osłaniając ewakuację szpitala. Dwie na wzgórzu broniły swego prawego skrzydła, w centrum widać kolejne 3 wozy.&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/ragozd/Rxujt4xGCvI/AAAAAAAAARs/67jeFS4Jf1Q/s640/zdj03.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Dwie pantery na niemieckim lewym skrzydle, dwie w centrum, w tle widać nadciągającego Ivana. &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/ragozd/RxujsYxGCtI/AAAAAAAAARc/z8hBV9-tfCQ/s640/zdj01.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Ewakuacja osłaniana przez pantery:&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/ragozd/RxujvYxGCxI/AAAAAAAAAR8/A8hSB3DZ5j0/s640/zdj06.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Bitwa zaczęła się pomyślnie dla Rosjan – IS z marszu zniszczył panterę na prawym skrzydle.&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/ragozd/RxujxIxGCzI/AAAAAAAAASM/AKIemXgswzk/s640/zdj08.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Niestety potem los się odwrócił – Niemcy zniszczyli ISU a dwa pozostałe wozy do końca bitwy nie odważyły się ruszyć dalej. &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/ragozd/Rxujx4xGC0I/AAAAAAAAASU/XkYBUFaa9v0/s640/zdj10.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;W lesie T-34 miały drobne problemy ale stosunkowo sprawnie go pokonały, &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/ragozd/Rxuj2IxGC6I/AAAAAAAAATE/rztZwpNFvZA/s640/zdj17.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;z lewej strony dwa plutony 34 znalazły sprzyjający teren i pełną mocą silników pognały w stronę wroga.&lt;br /&gt;&lt;mg src="http://lh5.google.pl/ragozd/Rxujy4xGC1I/AAAAAAAAASc/f7UZh_CsJJc/s640/zdj11.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Pzostały mając gorszą drogę prowadził ogień osłonowy bez większego rezultatu - rosjanie stracili dwa wozy. &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/ragozd/Rxuj0IxGC3I/AAAAAAAAASs/SWKWfhIlQWw/s640/zdj13.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Jeder Schuss, Ein Russ!&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/ragozd/RxujzoxGC2I/AAAAAAAAASk/G2aYWRx1AKw/s640/zdj12.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Inicjatywa wciąż należała do Rosjan – IS zniszczył kolejną panterę tym razem w centrum, niestety jego towarzysz zerwał gąsienice na żywopłocie mając zerowe pole ostrzału i przestał się liczyć. &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/ragozd/Rxuj04xGC4I/AAAAAAAAAS0/pEwUyaITYB8/s640/zdj14.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;T-34 tracąc kolejne dwa wozy na lewym skrzydle &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/ragozd/Rxuj1YxGC5I/AAAAAAAAAS8/Ghdq25dDH1Y/s640/zdj16.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;udało się zniszczyć kolejną panterę w centrum (1 i 1) &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh4.google.pl/ragozd/RxujroxGCsI/AAAAAAAAARU/JF-Wv7zIM2Y/s640/zdj15.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;i obejść Niemców z lewej strony - po spirycie morale do ataku było znakomite ;)&lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh5.google.pl/ragozd/Rxuj24xGC7I/AAAAAAAAATM/4GiuMXMJkDk/s640/zdj18.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;– na skrzydle prawym zaś pantera unieruchomiła jedną 34, pozostałe wzięły w krzyżowy ogień pantery z lewego skrzydła, niestety bez efektów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale inicjatywa dalej była w rękach rosyjskich – na lewym skrzydle z bliskiej odległości dwie T-34 z boku zniszczyły tylko jedną panterę – a drugiemu IS-owi pocisk rozerwał się w lufie ... &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh3.google.pl/ragozd/Rxuj3YxGC8I/AAAAAAAAATU/nKLJACC1Tiw/s640/zdj19.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;całe szczęście że KW przygniótł załogę centralnej pantery – ta z lewego skrzydła z nerwów odstrzeliła T-34 tylko zbiornik z paliwem – pusty na szczęście. Kontrujący pluton T-34 tak się przejął faktem wyjścia do strzału w bok Niemców, że dwaj ładowniczy zablokowali działa. &lt;br /&gt;&lt;img src="http://lh6.google.pl/ragozd/Rxuj4IxGC9I/AAAAAAAAATc/Y8RIsVcc8lI/s640/zdj20.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;Na prawym skrzydle pantera zaś znów tylko przygniotła załogę T-34.&lt;br /&gt;W końcu Niemcy ubiegli Rosjan i lewoskrzydłowa pantera poprawiła tym razem w pełny zbiornik i T-34 eksplodował – ale w centrum już był kolejny T-34 który z łatwością przebił boczny pancerz stojącej tam pantery, kolejne wozy przycisnęły załogi pozostałych dwu panter i zaczęły się dożynki. Szpital nie zdążył się ewakuować.&lt;br /&gt;Niestety pod wpływem klęski strona niemiecka ocenzurowała zdjęcia i tylko jedno zdjęcie płonącej pantery nadawało się do publikacji, a i materiał faktograficzny przestał być rejestrowany - ponoć baterie się skończyły ;)&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Podsumowanie Herr Przemka Wieczorka:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Starcie zaczeło się na niekorzystym dla mnie dystansie - do 20 cali. Rozstawiłem czołgi w w linie i czekałem na ruchy przeciwnika. Sam wytrąciłem sobie inicjatywę. &lt;br /&gt;Szczęście w kościach rozkładało się po równo. Na prawym skrzydle Niemcy drogo sprzedali swoją skórę. Na lewym tylko zasygnalizowali swoją obecność. Niemcom pomogły żywopłoty &lt;br /&gt;&lt;b&gt;Podsumowanie towarzysza ragozda:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Sowieckim weteranom sprzyjał teren i brak ruchu przeciwnika - żadna pantera nawet nie drgnęła stawiając na celny ostrzał z miejsca. Niemcy nie wykorzystali sporej głębokości możliwej obrony i tego że w ruchu są tak samo celni jak sowieci z miejsca.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-2662312350649498481?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/2662312350649498481/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=2662312350649498481' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2662312350649498481'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2662312350649498481'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/szturm-na-miasteczko.html' title='Szturm na miasteczko'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-6776061984458163260</id><published>2007-10-14T08:40:00.000+02:00</published><updated>2007-10-16T00:48:41.107+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Polonia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koszykówka'/><title type='text'>Polonia - Prokom</title><content type='html'>Początek sezonu, nowa drużyna – tradycyjnie termin Mazovii mi nie pasował i pierwszy raz w akcji drużynę widziałem na meczu. I potencjał jest. Miller, Richardson i Rivera to trafione transfery, Riley niestety nie zagrał dobrze, ale za wcześnie by go skreślać. Szubarga i Radke również pozytywnie – zapowiada się więc ciekawy sezon. Gdyby udało się jakiegoś sensownego centra załapać, to z Millerem na 4 i Łączyńskim play-off jak najbardziej w zasięgu.&lt;br /&gt;Co do meczu – bardzo dużo ludzi, ale wiele grup zwłaszcza szkolnej młodzieży wstęp miało gratis. Polonia zaczęła rewelacyjnie, siedziały trójki, były wjazdy pod kosz i przy niewysilającym się w obronie Prokomie odjechaliśmy nawet na 10 pkt. Potem niestety sopocianie odrobili straty i końcówka była wyrównana. Niestety kontrowersyjne decyzje sędziów (myślę że z nowymi wytycznymi fauli umyślnych będzie dużo kontrowersji w tym sezonie) i brak doświadczenia przeważył i przegraliśmy 4 pkt. Ale atmosfera i doping rewelacyjne!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-6776061984458163260?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/6776061984458163260/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=6776061984458163260' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/6776061984458163260'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/6776061984458163260'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/polonia-prokom.html' title='Polonia - Prokom'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-173412847990272334</id><published>2007-10-13T07:21:00.000+02:00</published><updated>2007-10-16T00:34:49.837+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='OKO'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><title type='text'>OKO – 12 października</title><content type='html'>Tym razem krótka wizyta – zacząłem dwoma partiami w Blokusa – bardzo sympatyczna, szybka gra, wciąga – nie odmówię kolejnych partii.&lt;br /&gt;Potem Razzia! W mocnym składzie Geko, Ja_n i Gigi. Bardzo nietypowa partia – dwa pierwsze rozdania za wcześnie licytowane, miałem pełną swobodę doboru 7 kart przy 6 policjantach. Osiągnąłem tak wielką przewagę, że trzecie rozdanie, gdzie policjanci wysypali się tak szybko że tylko jeden podział łupów był, było na moją korzyść – wygrałem z sumą punktów pozostałej trójki :)&lt;br /&gt;Potem przypatrywałem się jeszcze rozgrywce Kingdoms – zasady załapałem w lot – ciekawa gra – koniecznie do spróbowania. No i musiałem się zabierać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-173412847990272334?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/173412847990272334/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=173412847990272334' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/173412847990272334'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/173412847990272334'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/oko-12-padziernika.html' title='OKO – 12 października'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-1813081452585475577</id><published>2007-10-08T16:32:00.000+02:00</published><updated>2007-10-16T00:35:50.805+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wyjazd'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rekonstrukcje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='XVIIw'/><title type='text'>Kamieniec Podolski 2007</title><content type='html'>Kolejna z imprez "obowiązkowych". Jako warszawski oddział KBA pojechaliśmy bronić Kamieńca - KBA zapewniało wszystko za wyjątkiem ... butów - te nabyliśmy własne i była to jedna z lepszych inwestycji tego roku. Maszerowania było znacznie więcej niż 2 lata temu i w nieswoich butach skończyłoby się to tragicznie. Na miejscu okazało się że zamek ma odnowioną wieżę, a bitwa nie będzie na moście ale na polach poniżej. Impreza zaczęła się na zamku koncertem zespołów "z epoki", darmowym piwem i mnóstwem lokalnych specjałów. Potem zabawa rozprzestrzeniła się na cały Kamieniec.&lt;br /&gt;W nocy cały czas lało, plac dookoła obozowiska przekształcił się w błoto i każdy zastanawiał się czy na polu bitwy będzie sięgać po kolana czy też po pas. Na szczęście przestało padać jeszcze przed południem, a pola buraków i marchwi zaskoczyło wszystkich i nie chciało zamienić się w błoto.&lt;br /&gt;Zaczęliśmy kilkukilometrowym marszem przez Kamieniec, potem prezentacja oddziałów i zeszliśmy na pole bitwy. Artyleria miała przygotowane szańce a my dodatkową amunicję - buraki cukrowe, marchew i dynie, które całkiem gęsto latały w obie strony.&lt;br /&gt;Dziwnym trafem stanęliśmy po stronie atakującego kozactwa - taki widać los najemnika. Bitwa była wspaniała - szarże husarii, dym unoszący się nad polem i tworzący zgrabne kółka po strzałach - coś wspaniałego. Jako że pole strzału często zasłaniała nasza piechota, było sporo czasu by z piką wspomóc ją w polu - oddaliśmy tylko 4 salwy w sumie 6 strzałów z naszych 5-lufowych organek. To i tak lepiej niż 9-lufowe, które miały problem z ładunkami i ... nie wystrzeliły ani razu. Tyle targania na nic.&lt;br /&gt;Po bitwie i załadunku dział impreza na rynku Polskim i potem w obozowisku. 2KC pokazało swoją moc – nie straszne nam były dowolne kombinacje trunków :). Rano widać było wyraźnie kto nie słyszał o tym specyfiku. Na pokaz na zamku dotarło tylko 2/3 naszego oddziału – inscenizacja była efektowna, niestety bez dział z naszej strony.&lt;br /&gt;Później odwiedziliśmy kolejna z niezłych i tanich ukraińskich knajp, poczekaliśmy półtorej godziny na maruderów i trzeba było wracać.&lt;br /&gt;Zdjęcia i filmy z imprezy&lt;br /&gt;&lt;a href="http://olegbr.io.com.ua/album64057" target="_blank"&gt;http://olegbr.io.com.ua/album64057&lt;/a&gt; &lt;a href="http://www.photo.reenacting.eu/v/1600_1789/th07/" target="_blank"&gt;http://www.photo.reenacting.eu/v/1600_1789/th07/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://youtube.com/watch?v=0IDvGd51NlY" target="_blank"&gt;http://youtube.com/watch?v=0IDvGd51NlY&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-1813081452585475577?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/1813081452585475577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=1813081452585475577' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1813081452585475577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1813081452585475577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/kamieniec-podolski-2007.html' title='Kamieniec Podolski 2007'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-1692930176297572713</id><published>2007-10-01T16:18:00.000+02:00</published><updated>2007-10-16T00:35:20.324+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bitewniaki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='strategiczne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='planszówki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konwent'/><title type='text'>Pola Chwały 2007</title><content type='html'>Świetne zeszłoroczne spowodowały sztywny wpis w kalendarzu - jadę. Wraz z ekipą Wargamera, ludźmi z Grota i Arsenału tłukliśmy się autobusem całą noc objazdami objazdów - furorę zrobił włoski film o niemieckich pancernikach pod el Alamein :)&lt;br /&gt;Na miejscu imponujące wrażenie zrobił zamek w Niepołomicach - szybko rozłożyliśmy zabawki - niestety okazało się że atrakcji jest więcej niż chętnych, i flota którą dysponowałem rozegrała tylko jedną bitwę i szybkie pokazowe starcie - ale też namiary wzięły 4 kolejne osoby.&lt;br /&gt;Złym pomysłem były też stanowiska komputerowe - część osób szła na łatwiznę i zamiast poznać jakoś nowy system czy ludzi młóciła jakiegoś FPSa. Bo największą siłą tego konwentu stanowiła możliwość spotkania i pogadania z ludźmi o których słyszało się lub rozmawiało tylko w necie. Świetna była zwłaszcza wieczorna impreza - F16 i jego piloci przejdą do legendy tak jak śledź w czekoladzie z cynamonem :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-1692930176297572713?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/1692930176297572713/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=1692930176297572713' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1692930176297572713'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1692930176297572713'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/10/pola-chway-2007.html' title='Pola Chwały 2007'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-198956231143840282</id><published>2006-09-29T13:43:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T13:44:37.362+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>2006 - Podsumowanie sezonu</title><content type='html'>To był bardzo wyjątkowy rok. Sezon rozpocząłem od radykalnych zmian – kupiłem nowy rower (mój pierwszy góral), trenażer ... i zostałem ojcem. Trenażer okazał się zdradliwy – te kilkadziesiąt godzin nań spędzonych zostało trochę zjedzone przez miesięczną przerwę kiedy pogoda była na tyle wiosenna że nie chciało się już kręcić w domu, a na tyle zimowa, że nie chciało się kręcić na zewnątrz. A że wysiedzieć można było maksymalnie 2 godziny, już podczas jazdy okazało się że po tym czasie odcinają prąd i tyłek zaczyna dokuczać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LBM miał zacząć się w Otwocku – tłok i płaskie trasy spowodowały, że bez żalu w tym terminie zrobiłem chrzciny. Kolejny maraton – Karpacz – też był spod znaku mojej córki – pierwsza choroba i nici z wyjazdu. Do trzech razy sztuka – Nowin już nie mogłem odpuścić. Niestety, choroba tydzień przed i wielkie błoto na trasie odebrały wiele z przyjemności jazdy, ale za to satysfakcja z dojechania na metę wzrosła.  Gdańsk – kolejny maraton który chciałem zaliczyć – i największy niedosyt z przejechanych. Byłem słaby, a to była idealna trasa na dwie pętle. Nie dałem rady. Poprawiłem się w Wałbrzychu. Mimo bolących pleców, i kiepskiej formy ukończyłem Mistrzostwa Polski. Największa satysfakcja, dodatkowo poznałem kieleckich maratończyków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Murowana – drugi z maratonów który odpuściłem bez żalu. Kościelisko – najcięższa trasa, nie lubię takiej, deszcz, błoto i rozwolnienie. Start największych skrajności i pierwszy gdzie nie dałem wszystkiego z siebie. Całe szczęście że wszystkie problemy ustąpiły na BikeChallenge. Tegoroczna perełka, najlepsza impreza rowerowa w moim życiu. Przez trzy dni było wyśmienicie, piątego dnia dopadł mnie kryzys spotęgowany nawrotem starej kontuzji. Był to na szczęście tylko delikatny sygnał, ale rozwiał rozterki co do startu w Bardo. W Krakowie też nie pojechałem – kolejna choroba, tym razem żony. Istebna – tu musiałem wystartować, niestety z zatruciem. Przez to cała impreza straciła blask. Mimo to warto było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby nie BCh, nie byłbym zadowolony. Ta jedna impreza gdzie w ostatniej chwili zadecydował się mój start, zamieniła cały sezon na udany. Również zmieniła moje podejście – bardziej będę się chciał skupić na startach wielodniowych, maratony zejdą na drugi plan. Mam nadzieję że nie powtórzę też wszystkich błędów okresu przygotowawczego, których skutki odczuwałem aż do Wałbrzycha.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-198956231143840282?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/198956231143840282/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=198956231143840282' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/198956231143840282'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/198956231143840282'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/09/2006-podsumowanie-sezonu.html' title='2006 - Podsumowanie sezonu'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3792061676614550716</id><published>2006-09-22T13:39:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T13:42:21.938+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Istebna</title><content type='html'>Nie mam w tym roku szczęścia do LBM. Tym razem niedyspozycja żołądkowa trwała cały maraton. Czymś się strułem w czwartek, wieczorem przed startem zapowiadało się dobrze, niestety następnego dnia żołądek znów odmówił współpracy. Na dodatek zapomniałem numeru i Palec musiał się wrócić po niego autem – w ostatniej chwili dopiero dopompowałem koła i ustawiłem się na starcie. Nie analizowałem zupełnie trasy – bufetów, profilu, przebiegu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze zaskoczenie – pod Kubalonkę nie jedziemy jak rok temu tylko znacznie węższą drogą. Startowy tłok się utrzymuje, zwłaszcza że nie mogę się zmobilizować do jazdy i ciągnąć do góry. Zdecydowanie zmiana na gorsze – dochodzę do wniosku że przestaje mnie to bawić – dopiero po ponad godzinie zaczyna się rozluźniać. Na pierwszym korku pod górę wyjaśnia się moja dyspozycja fizyczna – nie jestem w stanie również szybko podchodzić. Wlokę się 3-4 km/h zamiast standardowych 4-6. To na pewno więc nie spadek formy, tylko osłabienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście na zjazdach jest dobrze – nie odstaję, ale cały czas hamuję przez tłok. Nie można rozwinąć skrzydeł (w moim wypadku nieopierzonych skrzydełek).  Jak w Kościelisku dogoniłem Agę z Cyclistów, i o dziwo Andy’ego. Potem jednak mi odjechali. Po godzinie pierwszy i ostatni żel – lepiej było bez jedzenia jednak. Zastanawiałem się nawet nad zjechaniem z trasy, ale to była ostateczność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rok temu na kamienistej trasie podjąłem decyzje o kupnie górala, po siedmiu latach jazdy na crossach. Teraz na kamulcach jechałem 2 x szybciej, na tyle dobrze że nie myślałem tym razem o fullu. Na szybkim asfaltowym zjeździe miałem moment nieuwagi gdzie omc nie wylądowałem w rowie, generalnie jechało mi się ciężko – ale chyba jednak lepiej niż w Wałbrzychu. Tam plecy bolały, tu brzuch tylko osłabiał i otępiał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na drugim bufecie musiałem się zatrzymać po wodę – Powerade w bukłaku już nie gasiło pragnienia. Potem korzystałem z wody podawanej przez liczne, wspaniale dopingujące dzieci na trasie – to już firmowy znak tej imprezy. Niestety nie zaryzykowałem kompociku, pewnie nie zaszkodziłby bardziej. Trasa zrobiła się mniej ciekawa, ożywiłem się dopiero jak rozpoznałem ostatni podjazd. Pomogła w tym tabliczka 5 km do mety – niby drobiazg ale jak ciężki niektórym do powieszenia ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ożywił się i mój żołądek – wsparty co jakiś czas napędem odrzutowym kilometr przed metą zacząłem się ścigać. Usłyszałem kogoś za sobą i postanowiłem się nie dać – tuż przed metą minąłem Beatę z Kielc, Mazzich już się nie udało. Ale to nie było istotne – czułem tylko ulgę że to już koniec. I tak jak w Kielcach, okazało się że pojechałem lepiej niż odczucie – przed Mariuszem i Kajmanem. Ale największą satysfakcję miałem kilka dni po, kiedy zobaczyłem że osobnikiem który pobudził mnie do walki był sam DiStefano. Nie wiem czemu tak słabo jechał, ale odbiłem sobie Kościelisko, gdzie przegrałem z nim niewiele na własne życzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mecie wmusiłem w siebie kluchy, zaryzykowałem z piwem i się opłaciło na tyle, że nie było gorzej. Nie miałem siły by popedałować na kwaterę, całe szczęście że mogliśmy poturlać się tam autem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3792061676614550716?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3792061676614550716/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3792061676614550716' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3792061676614550716'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3792061676614550716'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/09/istebna.html' title='Istebna'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-1785617771928591848</id><published>2006-07-21T13:22:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T13:24:13.675+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Nowe Miasto - Z drugiej strony lustra</title><content type='html'>Pierwsze słuchy o 24h wyścigu doszły do mnie wiosną. Nie pociągało mnie, więc odmówiłem jak Crensh robił zaciąg do zespołu. Jak dowiedziałem się ze w 4-osobowym zespole trzeba jeździć ok. 6 godzin tylko, to skład zespołu był już zamknięty. Kolejna czwórka nie powstawała, więc zadeklarowałem się jako rezerwowy i najwyżej pojechać na piknik i obiecanego grilla. Pogoda zapowiadała się super, namówiłem więc duch kolegów na dojazd z Tarchomina do Nowego Miasta rowerkiem, żony z dziećmi wyprawiły się samochodem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na miejsce dojechaliśmy tuż po starcie i przepadł nam sprint do rowerów zaczynający maraton. Pozostali zawodnicy byli podekscytowani i wyraźnie zajęci startem. Zero atmosfery pikniku. Grilla rozpalałem sam, całe szczęście że rodzinka i znajomi byli, to skorzystali. Zawodnicy tylko porównywali czasy, zastanawiali się kto kiedy przyjedzie i kto go zmieni. Po prostu inna bajka. Kusiło mnie by zostać z nimi, ale nie wypadało znajomych zostawić na lodzie wiec wróciłem w sam raz na drugą połowę meczu Francja-Brazylia. Ominęły mnie największe atrakcje – problemy z oświetleniem, obściskiwanie pola ziemniaczanego, walka z minutami by zdążyć na 12.00 z ostatnim kółkiem. Patrząc z boku, widzę że w 4-osobowym zespole niezbędny jest „coach” – ustalający i nadzorujący zmiany, dbający o wypoczynek zawodników a potem odwożący śpiących i zmęczonych kolarzy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-1785617771928591848?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/1785617771928591848/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=1785617771928591848' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1785617771928591848'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/1785617771928591848'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/07/nowe-miasto-z-drugiej-strony-lustra.html' title='Nowe Miasto - Z drugiej strony lustra'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5767700568756859817</id><published>2006-07-08T22:48:00.000+02:00</published><updated>2009-04-15T22:33:14.391+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Kościelisko - Im gorzej, tym lepiej</title><content type='html'>Przebite dętki, rozwolnienia, wymioty, hufnal w oponie, rozbity bark i złamany kciuk i demotywujące "coś" w powietrzu - najbardziej wymagający maraton w którym jechałem &lt;br /&gt;Zacznę tym razem od śniadania, bo miało ono znaczenie na trasie. Było pieczywo z wędliną i pomidorem, biały ser, wyśmienita jajecznica. I ja to wszystko zjadłem. Czułem, że dużo, ale do startu były 3 godziny. Tym razem pojechaliśmy tam autem, na miejscu uzupełnianie picia, tabliczki, regulacja siodełka. Nawet śniadanie przestało ciążyć w żołądku. Pogoda słoneczna, ale na horyzontach chmury zapowiadające burze. Mokro po wczorajszej ulewie zapowiadało błotko na trasie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Start i podjazd pod Butorowy to wymarzony dla mnie początek. 5 km asfaltem pod górę pozwoliło zająć dobre miejsce w peletonie. Zjazd i tłumy z kapciami na poboczach – w tym Palec – jak się go pytałem myślał że tylko jeden flak – a były dwa. Do pierwszego bufetu jechało się świetnie – zjazdy dawałem rade w peletonie, na podjazdach trochę wyprzedzałem. Dogoniłem Agę z cyclistów, jak rozprawiała z kolegą nt. oszczędzania sił na długi dystans. Później na forum okazało się jak modny był to temat w peletonie. Aga była pierwszą ze znanych mi osób które zwyczajowo są na mecie kiedy ja tam wjeżdżam, a którą zostawiłem w Kościelisku z tyłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy bufet zwyczajowo przejechałem, choć liczyłem na wodę w kubku. Było gorąco i nie chciałem ryzykować ze 1,7l wystarczy do drugiego bufetu. Wchłonąłem i popiłem żel a w międzyczasie zebrały się chmury. Zaczęło padać i podjazd pod Magurę nabrał uroku. Stwierdziłem że nie będę zakładał kurtki czy peleryny i była to dobra decyzja. Lało co prawda mocno, ale potem człowiek szybko wysechł i tylko na moment okulary zaczęły parować. Problem zrobił się zaś z przyczepnością. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamiast błotka było Błoto – co prawda nie za dużo i mocny kolarz sam spokojnie by przejechał, ale w peletonie każdy schodzący robi reakcje łańcuchową. Ze względu na plecy i kilka lat chodzenia po górach nie przeszkadza mi to zbytnio, choć w końcu ktoś mnie wyprzedził na piechotę – biegł nadrabiając wcześniejszego flaka. Masa kamieni, korzeni, śliska i grząska trawa, błotko – to nie są moje ulubione warunki – ale chyba tak jak i upały – innym przeszkadzają dużo bardziej. Na podjeździe wyminąłem Wilqa – miał upadek i rozbity bark ale jechał dalej tylko troszkę wolniej niż zwykle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczycie Magury już osiągnąłem swoje miejsce w peletonie i jechało mi się świetnie ... aż śniadanie zaczęło dawać o sobie znać. Na początku nieśmiało, nie zwracałem uwagi zwłaszcza że z przodu zamajaczyła sylwetka Paleciaka. Nie dawałem temu wiary, bo on ma potencjał na walkę o sektor, ale systematycznie zbliżałem się do niego. Przypomniał mi się tekst z podróży, jak w żartach mówiłem że kiedy go prześcignę to dyplom w ramkach powieszę sobie na ścianie. I gdy tak o tych ramkach rozmyślałem żołądek sprowadził mnie na ziemie. Skok w bok połączony z zerwaniem kasku, koszulki, kto wymyślił te p$%&amp;$#^% szelki ... ufff ... zdążyłem. Na szczęście w pobliżu były odpowiednie liście, od następnego razu papier w plecaku być musi. Jak już się zbierałem, minął mnie znów Wilq. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze 2 minuty później ruszyłem dalej, ale jechało mi się już znacznie gorzej. Wydawało mi się że grupka w którą trafiłem była gorsza, ale to raczej zrobiło się po prostu ciężej. Sporo szliśmy, sporo się wywracaliśmy. Na łączce o której było wiadomo że jedziesz po płaskim jak pod górę przede mną upadła koleżanka i powiedziała „ślisko”. Wyminąłem ją, upadłem, i powiedziałem – „bardzo”. Na szczęście upadki groźne nie były, nawet nie odczułem ich na swym nadwerężonym barku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu dojechaliśmy do potoku – ja, zajadły przeciwnik przeprawy w bród marzyłem by jednak była mokrą stopą. Ale nie – jechaliśmy górą do bufetów. Tam spotkałem znów Paleciaka – stracił wenę do jazdy, przekąpał się w potoku i korzystał w pełni z bufetu. Ja tylko uzupełniłem bukłak i jazda dalej. Podjazd po kamieniach bardzo mi nie pasował – noga podawała ale mózg mylony sprzecznościami między mocą na pedałach a szybkością jazdy zniechęcał do pedałowania. Wtedy minął mnie Palec – stracił 40 min na zmianie dwu dętek z poszukiwaniem tej drugiej ale jechał ostro do przodu. Dołożył mi 5 min na podjeździe i zjeździe z Butorowego. Ja trochę animuszu nabrałem jak tuż po tym znów wyprzedziłem Wilqa, ale nie starczyło go na długo i znów podchodziłem tam gdzie spokojnie mogłem jechać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Końcówkę miałem jednak walki – niedługo przed szczytem dogoniłem kogoś kto wyraźnie miał mniej siły ode mnie, ale wyraźnie więcej ochoty do kręcenia pod górę. Minąłem go, ale jak zaczęły się kamieniste zjazdy, ja jak zwykle jadąc asekuracyjnie na koniec kamieni dałem się mu minąć. Jednak niedługo potem był asfalt, sił było aż za dużo więc na blacie i rozpędem minąłem go i z blatu zrzuciłem dopiero kilkadziesiąt m przed metą. Ciężki to był maraton, ale o dziwo, mimo że błota nie lubię wspominam go równie dobrze Danielki czy Istebną rok temu. Niestety inni nie mieli tyle szczęścia – Crensh złamał kciuk i sezon dla niego praktycznie się skończył.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5767700568756859817?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5767700568756859817/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5767700568756859817' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5767700568756859817'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5767700568756859817'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/07/kocielisko-im-gorzej-tym-lepiej.html' title='Kościelisko - Im gorzej, tym lepiej'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5531380557112901559</id><published>2006-06-30T12:36:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T12:46:42.332+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Wałbrzych - Prawdziwy maraton</title><content type='html'>Do Wałbrzycha jechałem z Kielc z mocnym postanowieniem jazdy na długiej trasie. Dojazd organizowałem bardzo naokoło, ostatecznie zabrałem się z sympatyczną ekipa ImageJet. W Szczawnie zakwaterowałem się z Crenschem i Wilqiem, a zmiana ich planów powrotu zagroziła 8 km podjazdem na Książ z torbą bagażu na plecach. Na szczęście znajomy Crenscha podwiózł nam bagaże autem, te od razu ulokowałem w samochodzie Przemka z którym miałem wracać do W-wy i udaliśmy się na start. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W warsztacie spotkałem MiTa – urwał manetkę od przedniej przerzutki i próbował coś kombinować. Tak był tym zaaferowany że potem ustawił się na starcie bez numeru i mocował go minuty przed startem. Ja nasmarowałem łańcuch, dopompowałem koła i ustawiłem się w cieniu na starcie. Tam natknąłem się na Krzyśka i Mariusza w barwach BGŻ, dołączył też Crensch. Wspominałem z rozrzewnieniem chwile gdy przed startem przejmowałem się jak przed matura, teraz, 10 już raz, rutyna brała górę. Niesamowity był moment wciągnięcia flagi i śpiewania hymnu. Mistrzostwa Polski! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na rundzie horrorowej jechałem spokojnie po zapowiedziach orgów że potem będzie gdzie wyprzedzać na podjazdach. Po części nie było to dobre posunięcie, bo później po ostrym starcie od razu zrobił się korek na ostrej zawrotce, a stosunkowo krótki podjazd pod wzgórze Giedymina nie pozwolił na beztłokowy z niego zjazd. Z drugiej strony nie byłem jednak w formie, 5 zarwanych nocy w ostatnie 2 tygodnie nie pozostał bez efektu. Dodatkowo na podjeździe pod Chełmiec przyplątał się ból pleców. Na tyle dotkliwy, że w głowie zaczęły się pojawiać herezje „pojadę na krótki”. Na szczęście podejścia i zjazdy dawały trochę wytchnienia, planowany postój na drugim bufecie trochę wydłużyłem i bez wahania skręciłem na GIGA. W końcu tylko tam wiodła trasa Mistrzostw Polski! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wcześniej miałem ciekawy epizod, na zjeździe ktoś wracał pod górę pytając, czy ktoś nie znalazł ... łańcucha. Za daleko zaszedł, bo minutę później ktoś za mną krzyknął „o, łańcuch”. Spinki bywają zdradliwe. A ile straciłem na rundzie honorowej pokazał Crensh, którego dogoniłem dopiero w połowie podjazdu na Chełmiec. Ile więcej można stracić na zjazdach, przekonał się Crensch zjeżdżając kiedy większość schodziła. Rozwalona noga i tylna tarcza hamulca – lepiej jednak stracić minutę schodząc niż ryzykując zjazd. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dystans GIGA zaczął się gigantycznym podejściem. Moje plecy były szczęśliwe, a ja mam raczej niezłe tempo pieszo i podchodząc kilku zawodników zawsze „biorę”. Na szczycie Trójgarba widoki były na tyle piękne, że po raz pierwszy na maratonach zatrzymałem się na chwile by je podziwiać. W sumie to już przestałem się ścigać a zacząłem jechać do mety. Zrobiło się luźniej i zjechałem kilka fajnych trudniejszych zjazdów, było też bardzo dużo szybkich, długich i łatwiejszych zjazdów. Po łąkach śladami po peletonie przede mną, trawersami leśnych drużek – trasa była rewelacyjnie wytyczona i jeszcze się tyle nie nazjeżdżałem w życiu. Niestety nie zawsze mogłem dokręcać bo plecy upominały się o chwile dla siebie – pozycja „na galion” okazała się dlań najlepsza. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W połowie długiej pętli zrobiłem sobie też dwie przerwy na dłuższych choć mało stromych podjazdach na konsumpcje i ćwiczenia dla biednych pleców. Przed trzecim bufetem na stromym zjeździe minęła mnie jakaś bikerka, by potem niewiele dalej już na trawiastej łące polec na niewielkim zagłębieniu. Tuż za był bufet, i tam ona zrezygnowała z podejrzeniami złamanego obojczyka. Na tym bufecie też się nie spieszyłem – dogonili mnie państwo „Mazzi” z którymi jechałem do Wałbrzycha – Mirka jechała bez przedniego hamulca. Wcześniej wybyli z bufetu i nie dali się już dogonić. Na bufecie dowiedziałem się że trasa będzie 4 km krótsza – zwłaszcza moje plecy nie miały nic przeciw. Próbowałem gonić Mazzich, ale zawsze te 200m przewagi trzymali. W międzyczasie przegonił mnie gość w koszulce Transcarpatii z okrzykiem – „meta niedaleko, mam nowe siły”. Doszedłem go na ostatnim podjeździe przed metą – orgowie złośliwie na wzgórzu zamkowym poprowadzili agrafki w górę i w dół tak ze trzy razy. To było za dużo dla niego – nawet nie walczył. Ostatni podjazd, meta, ukończyłem prawdziwe GIGA. Czas nie był rewelacyjny, ale w końcu biesiadowanie na bufetach i plecy nie pozwalały się spodziewać nic więcej. Satysfakcja jednak ogromna, zwłaszcza że były to Mistrzostwa Polski!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5531380557112901559?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5531380557112901559/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5531380557112901559' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5531380557112901559'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5531380557112901559'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/06/wabrzych-prawdziwy-maraton.html' title='Wałbrzych - Prawdziwy maraton'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5056331352071344464</id><published>2006-06-13T22:29:00.001+02:00</published><updated>2009-04-15T22:31:24.214+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Gdańsk - 20 minut generałem.</title><content type='html'>Tydzień przed maratonem był u mnie pod znakiem prognoz pogody. W poniedziałek twierdziły one że od czwartku będzie lało nad Gdańskiem, więc chciałem zrezygnować z startu. Na szczęście prognozy się nie sprawdziły i mimo zmian obsady auta co parę minut, w czterech udaliśmy się do Gdańska. Na miejscu schronisko przywróciło wspomnienia z PRLu – „ostre” regulaminy, zamknięte od północy do szóstej rano, stołówka a głównie panie tam pracujące jak sprzed 20 lat. Kupa dzieciaków które później szły spać niż rano wstawały, rwetes, ale spało mi się dobrze, tylko że do szóstej rano. A do ósmej tylko drzemanie. &lt;br /&gt;Rano przygotowania przebiegły wyjątkowo spokojnie, można powiedzieć że rutynowo – zero stresu. Na starcie ustawiliśmy się bardzo blisko sektorów, niestety nic to mi nie dało bo jazda w peletonie nie służy mi do przesuwania się na czoło tylko w drugim kierunku. Runda horrorowa to ciągłe pilnowanie hamulców, oczy dookoła głowy i jeden incydent,.Gdy Crensch znalazł się z przodu, to pragnąc do niego dołączyć ruszyłem w lukę która powstała między parą – ci zaś postanowili ją zlikwidować mimo mego „środek wolny” – otarcie rogów na szczęście nie było groźne, męska cześć pary użyła sobie kilkoma wiązankami i tyle. Na starówce zaczęły mi cierpnąc dłonie, ale jakoś dało rade. W sumie myślałem że będzie gorzej. &lt;br /&gt;Przy wjeździe do lasu na pierwszym podjeździe zgubiłem Crenscha, minąłem Krzyśka, potasowałem się trochę z Naparzatorem i wtedy wyprzedziła mnie Kasia Marszałek. Pierwsze miejsce kobiet,  i poziom który chciałem osiągnąć na trenarzeże. Kilka lat temu na zlocie precla odjeżdżała z kosmiczną dla mnie prędkością, w Bydgoszczy po minucie, a teraz usiadłem jej na koło i zaczęło się wyprzedzanie. Pierwsze zdziwienie – podchodzi jak ja, schodzi jak ja, na rower także nie wskakuje – generalnie jeździ asekuracyjnie. A ja daję rade. Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Poczułem się jak generał, wyprzedziliśmy kilkanaście osób i w końcu na którymś zjeździe odjechała. Trudno, jadę dalej, ale pozycja w peletonie jakby lepsza niż w Kielcach, a i jechało mi się zdecydowanie lepiej. Na bufetach standardowo wyciąłem kilkadziesiąt osób, w tym Mariusza i Michała. Po serwisie Marcelego w końcu byłem zadowolony z amorka, i na zjazdach jakoś mniej osób mnie mijało, niestety lewe kolano sygnalizowało coraz bardziej że siodełko odrobinę za nisko. Na szczęście plecy po przesunięciu siodełka przestały dokuczać (dzięki radom Marcelego) a i ręce w lesie odpoczęły od horrorowego hamowania. Na drugim bufecie kubek wody pomógł odsłodzić się od żelowo – poweradowego koncentratu, jednak powoli wkradało się zmęczenie. W pewnym momencie dogonił mnie na zjeździe Marceli – kilkanaście minut tasowaliśmy się razem – miał skurcze i jechał na jednej nodze. W końcu na podjeździe 5 km przed metą skapitulowałem i podszedłem a on uciekł. Meta okazała się być bliżej, trasa 8 km krótsza, a do Marcelego straciłem 20 sekund. Szkoda, bo byłem w stanie zmobilizować się bardziej na końcówce – stadion lekko mnie zaskoczył. Na mecie uczucie niespełnienia – to była idealna trasa na dwa kółka – niestety sił brakło. Dało o sobie znać marcowe lenistwo. Wilqowi nie dałem rady o osiem minut, i to musze poprawić, ale obroniłem swój „stan posiadania”. Może poza Michałem, który pojechał długi dystans, choć jego czas daje mi nadzieje na przyszłość.&lt;br /&gt;Najważniejsze jednak że obyło się bez przygód, w przeciwieństwie do Marcina i Konrada którzy w tym samym miejscu koło kościoła leżeli przez ingerencje blachosmrodów. Marcin stracił przez to tylni hamulec i nie pojechał drugiego koła. No i wróciła cykloza, miałem nie jechać do Wałbrzycha, a wszystko wskazuje na to, że jednak pojadę. Zupełnie tak jak Paleciak.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5056331352071344464?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5056331352071344464/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5056331352071344464' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5056331352071344464'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5056331352071344464'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/06/gdansk-20-minut-generaem.html' title='Gdańsk - 20 minut generałem.'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-8059238917675372372</id><published>2006-05-26T12:11:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T12:16:51.891+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Kielce - Pierwsze koty za płoty</title><content type='html'>Kielce – rodzinne strony, rok temu nie jechałem – ten maraton to było podwójne wyzwanie. Niestety, tydzień przed przyplątało się choróbsko. Niby w czwartek czułem się już prawie znakomicie, ale prawie robi różnice. Dodatkowo – Kielce w piątek przywitały nas deszczem od rana, a wieczorem szalały ulewne burze. Nie zapowiadało się dobrze. W międzyczasie pogoda się jednak poprawiła, zarejestrowałem zespół i na 6 kończyn dokonałem pieszego obchodu startu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sobotę rano okazało się że wziąłem puste pudełko bez soczewek – potraktowałem to jako dobry omen. Po szybkim wypadzie do Tesco dołączyłem do chłopaków w Nowinach, wykorzystałem perfidnie pompkę z manometrem i smar do łańcucha – miałem to zrobić w warsztacie, ale nie oparłem się pokusie skorzystania na miejscu. Na szczęście pogoda zapowiadała się dobrze, i humor zdecydowanie mi się poprawiał, mimo że błotne trasy nie są tym o czym marzę. A błoto było pewne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Start opóźnił się trochę i zaczął korkiem już na wyjeździe z stadionu – malownicza kałuża błota prawie na całą szerokość wyjazdu. I pierwsza skucha – musiałem zsiąść i nadłamałem tylni błotnik. Miałem go zdjąć, ale widząc też błotniki u Konrada zrezygnowałem – i nie była to dobra decyzja. Błotnik odpadł na dobre przed pierwszym chodzonym podjeździe. Trudno, trzeba było kręcić dalej. A tu noga nie podaje. Tydzień temu jeździło mi się wyśmienicie, jednak start tuż po chorobie pokazał swoje minusy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku kilometrach asfaltu wyprzedziła mnie główna ekipa która ustawiła się sporo dalej na starcie, a ja nie byłem w stanie wsiąść im na koło niestety. Ale jakoś szło do przodu. Pod Dominami minąłem Wilqa – miał problem z łańcuchem, ale szybko go skuł i jeszcze przed Skocznią mnie wyprzedził, tym razem na dobre. Na moim ulubionym asfalcie koło Posłowic nabrałem animuszu, by zdecydowanie stracić humor na podjeździe pod skocznie – nie dość że nie mam mocy, to nie wchodzą mi dwa ostatnie biegi – łańcuch tańczył na zębatkach jakby był gwiazdą w TVN. Był to znakomity pretekst by połowę tego podjazdu i sporo następnych pokonać „z buta”. Z drugiej strony krew mnie zalewała na single-tracku jak przede mną ktoś mielił na „żółwiu” a ja ledwo co przebierałem nogami nie mając gdzie wyprzedzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dałem się nieść peletonowi, jechałem w stawce nie starając się zbytnio wyprzedzać. Przejazd wiaduktem po kamienistych muldach na góralu okazał się znacznie przyjemniejszy i szybszy niż na crossie, potem zarobiłem kilkadziesiąt miejsc wymijając pierwszy bufet. Plecak sprawował się rewelacyjne – już nie wyobrażam sobie startów bez niego. Pasmo Zgórskie okazało się znacznie bardziej błotniste od Posłowickiego – dodatkowo nie znałem go rowerowo, a pieszo ostatni raz byłem tam 15 lat temu. Z ciekawostek to WC w szczerym polu tuż przy trasie, i Grzegorz Golonko pracowicie spisujący numerki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tej pory byłem zdecydowany mimo wszystko jechać duży dystans – ale notoryczne błoto szybko wybiło mi ten pomysł z głowy, choć rower spisywał się dzielnie – odczułem to zdecydowanie gdy minąłem zawodnika który nie dawał rady na 28” semi-slickach jak ja rok temu. Miałem kilka momentów gdy sprawny, techniczny (jak dla mnie) przejazd pozwolił mi minąć kilku zawodników, na kolejnym bufecie minąłem kilkudziesięciu, w tym jak się okazało Michała, ale nie obyło się bez asekuranckich zejść z roweru i największej wpadki – chcąc pokonać „siodło” z góry utwardziłem przełożenie by rozpędem wziąć krótki podjazd – niestety zawodnik przede mną postanowił się zatrzymać a ja zamiast zredukować to wrzuciłem blat i stanąłem również – straciłem tam dobre kilkadziesiąt sekund i kilkoro zawodników których tak pracowicie wymijałem przemknęło koło mnie. Na szczeście niedaleko dalej stał dopingując Mariusz z rodziną i dodali energii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem było już tylko z górki, na mecie wyżarłem wszystkie pomarańcze, następnie kolejka z chipami, fotki z córeczką, karcher, makaron. Nowe spodnie pampersy sprawdziły się rewelacyjnie – o ile plecy czułem zdecydowanie, to poniżej było spoko. Ale największe zdziwienie przeżyłem sprawdzając czasy – tylko 4 min za Wilkiem, sporo przed Michałem i 4 miejsce w zespole. Przy tak fatalnym samopoczuciu jazdy zaskoczenie totalne, i chyba niezły prognostyk na Gdańsk :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-8059238917675372372?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/8059238917675372372/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=8059238917675372372' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8059238917675372372'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/8059238917675372372'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2006/05/kielce-pierwsze-koty-za-poty.html' title='Kielce - Pierwsze koty za płoty'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5008466224856048828</id><published>2005-09-30T00:46:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T12:18:59.085+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>I po sezonie - kolory motyla</title><content type='html'>Na początku był rower. Zawsze dużo jeździłem, choć ostatnimi laty coraz mniej. Potem był Piotrek, którego namowy na starty w maratonach  postanowiłem wykorzystać by odwrócić tą tendencję. Na pierwszy maraton w Łomiankach udałem się z marszu – wsiadłem na rower tydzień wcześniej i łącznie przejechałem mniejszy dystans niż 45 km na maratonie. Ale nie przejmowałem się tym bo miałem jechać turystycznie. Tuż po starcie zmieniłem zdanie – jadę na maxa! Poszło aż za dobrze, brak przygotowania zaowocował odnowioną kontuzją. Następne 5 maratonów musiałem odpuścić. Byłem na dwu jako kibic, bez startów, i głód rowerowania narastał. Byłem już uzależniony. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny start – Istebna. Pierwsze góry, radość z samego faktu że mogę już jeździć, że dojechałem, że nie dałem się błotu i ciężkiej trasie. Następne maratony – Olsztynek i Danielki – pierwsze drobne problemy techniczne, złe rozłożenie sił lub niedocenienie warunków w górach i mimo wszystko dobre wyniki pokazały, że trzeba zmienić podejście. Z żółtodzioba stałem się amatorem. Przez siedem lat się zastanawiałem, w końcu podjąłem decyzje o zakupie butów SPD (system pozwalający na wpięcie się w pedały, pozwalający na bardziej efektywne pedałowanie), kolejny lekarz w końcu pozwolił upewnić się że kontuzja należy do przeszłości. Z poczwarki stałem się motylem, a raczej czarno-białą ćmą, bo siły i umiejętności nie te. Ale mogłem przycisnąć na pedał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejne maratony – Kraków, Przesieka, Bydgoszcz – to coraz większa przyjemność z jazdy, odkrywanie nowych możliwości i ograniczeń jakie dają SPD, pierwsze wyzwanie dłuższego dystansu, pierwsze poważniejsze awarie roweru który coraz bardziej odstawał od wyzwań jakim musiał sprostać. Wpadłem już bez reszty. I nagle koniec sezonu, który dla mnie zaczął się tak naprawdę dopiero w połowie. Mieszane uczucia – ulga, że już koniec, że można odpocząć, i trochę niedosytu, że brak przygotowania, praktycznie ominięcie pierwszej połowy sezonu. Ale przede wszystkim – nowe wyzwanie – kolejny rok, kolejne maratony. Dbać o kondycje, przygotować się do startów już zawsze na długim dystansie. Nabrać kolorów motyla. Już nie mogę się doczekać :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5008466224856048828?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5008466224856048828/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5008466224856048828' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5008466224856048828'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5008466224856048828'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/09/i-po-sezonie-kolory-motyla.html' title='I po sezonie - kolory motyla'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5112048091385187418</id><published>2005-09-27T00:45:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T12:24:43.425+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Bydgoszcz - Własna klątwa</title><content type='html'>Po Przesiece obiecałem sobie że w Bydgoszczy pojadę dystans PRO. Wieść o jego skróceniu o 50 km o dziwo nie wprawiła mnie w dobry nastrój, a wręcz przeciwnie. Miałem już rozpisane dwie treningowe jazdy powyżej 100 km – drugą skróciłem więc do 75 km. Resztę urlopu poświęciłem na odpoczynek i wypoczęty a na pewno wyspany udałem się z Kielc przez Warszawę do Bydgoszczy. W stolicy dołączyli Palec i Łasica, a dając odpocząć krzyżowi pozwoliłem Palcowi poszaleć za kołkiem. Na miejscu, pięknym Starym Rynku rejestracja, spaghetti i oglądanie nowych strojów rowerowych. Przez to u gościnnego Roberta zjawiliśmy się dopiero po 23 – a i wtedy przed snem obejrzeliśmy filmy z Przesieki i Transcarpatii niepomni przestrogi, ze o 7 rano zjawia się ekipa remontowa ocieplająca budynek. I faktycznie – pobudka była jak z filmu Dzień Świra, mimo najszczerszych chęci dospania do planowanej ósmej, z wiertarką udarową nie wygrasz :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert z dziewczyną postanowili nam towarzyszyć i pilotowali na miejsce startu. Tam dokończyliśmy przygotowania, w punkcie serwisowym pompowanie opon i smarowanie i na start. Runda honorowa rozlała się z jezdni na chodniki, potem w lesie minąłem MiTa czekającego na dętkę od Crenscha, by natknąć się na korek przed zamkniętym szlabanem. Potem już bez przeszkód jechało się bardzo dobrze aż do 34 km gdzie musiałem zawrócić kilkadziesiąt metrów bo okazało się że skręciłem na Amatora. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga na Pro wiodła pod wiatr na asfalcie. Przez pierwsze km dałem innym poznać przewagę 28” kół, potem stwierdziłem że nie warto się samemu męczyć i podczepiłem się do peletonu prowadzonego przez tą samą parę z WSÓŁ na koszulce co w Olsztynku. Z nimi przejechałem resztę pętelki Pro, i po bufecie niestety odpadłem – spełniła się moja klątwa z Przesieki. Tam nie pojechałem na Pro bo stwierdziłem że nie wytrzyma tego rower – i oczywiście 2 km powyżej dystansu Amator nie wytrzymała dętka w Bydgoszczy. Na szczęście – tyle mogę powiedzieć z perspektywy czasu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja straciłem 13 min, inni łamali wtedy obojczyki – okazało się że kilkaset metrów dalej było bardzo niebezpieczne, nie oznakowane miejsce. Jak już tam dojechałem, to nie zdążyłem nabrać pędu no i jeden z zawodników ostrzegał wcześniej by ostrożnie jechać. W międzyczasie minął mnie MiT którego nie zauważyłem i Crensch którego nie zauważyć ciężko. Tego drugiego po kilkunastu minutach dogoniłem i przegoniłem na górkach fordońskich – po szybkich odcinkach okazało się że podjazdy grożą skurczem i lepiej podchodzić. Na dodatek na brukowym zjeździe okazało się że klekocze mi przedni hamulec – do mety nie było już daleko więc postanowiłem zobaczyć dopiero na mecie co jest grane. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze na przeprawie przez tory wyprzedziłem kilkunastu bikerów czekających za zamkniętym szlabanem – ja wybrałem kładkę nad torami, dzięki informacjom z forum że to przejście jest zamknięte 45 min  na godzinę. Za mną jechał Crensch – i jakimś cudem na metę dojechał pierwszy, mimo że mnie nie wyprzedził. On jechał wg strzałek, ja wg. wskazań policjantów kierujących ruchem. Tak – ruchem – ostatnie km to był wyścig w ruchu ulicznym, meta zaś była ... kilka km przed meta na Starym Rynku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te miejskie fragmenty to totalna porażka organizatorów. Na mecie nie było picia, jedzenia więc po paru fotkach z Cyklistami pojechaliśmy na tą drugą metę. Wcześniej dokręciłem hamulec tylko jedną śrubę – druga wyparowała. No i stwierdziłem że z tego ambarasu założyłem oponę kierunkową ... w drugą stronę. Tak to bywa kiedy łączna liczba zmiany opon w ostatnich 5 latach jest mniejsza niż 1 :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już po wszystkim okazało się, że dzięki kategorii mimo wszystko miałem więcej punktów niż Mit i Crensch, wyprzedziłem Paleciaka w generalce i brakło mi solidniejszej sztycy lub pewniejszej opony do pięknej sumy 2000 pkt. Za rok plany mam ambitne – tylko dystanse PRO i jeszcze piękniejsza suma 3000 pkt. w 7 startach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5112048091385187418?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5112048091385187418/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5112048091385187418' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5112048091385187418'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5112048091385187418'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/09/bydgoszcz-wasna-kltwa.html' title='Bydgoszcz - Własna klątwa'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-930968053072051296</id><published>2005-09-14T00:43:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T12:36:15.153+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Przesieka - Mocniejszy od roweru</title><content type='html'>We wtorek przed maratonem kumpel namówił mnie na rowerowanie – efekt to 96 km, z czego większość w nocy po lesie, popuszczająca dętka z tylu i dzwoniące przednie koło. Dętkę wymieniam z definicji, oględziny tylnej opony zaowocowały decyzją o jej wymianie. Kupiłem najszerszą, 4,5 cm – koło ma już bliżej 29” niż 28”, a przy przedniej przerzutce luzu na milimetry, za to wg oznaczeń MTB 1.75” opona to już prawie góral. Dodatkowo Palec uświadomił mnie że jest to opona kierunkowa a takie zakłada się na przód ;) a nie tył. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gorzej było z przednim kołem – tutaj niby wszystko wyglądało OK a dzwoniło czasem – dopiero po maratonie odkryłem ze to nie hamulec o szprychy, a najniższa jego część o tarcze lekko zawadzała, wydając hałasy dopiero po przekroczeniu 25 km/h. Tak więc po małej rewolucji, którą na szczęście dokonałem przed, a nie w trakcie maratonu, wstaję o 4 rano tylko po to by odebrać SMSa od Crenscha ze jedziemy nie o 6, a o 9 lub i później. Ubezpieczenie na auto się skończyło i musiał je zapłacić przed wyjazdem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez to wszystko wyjechaliśmy po 11 – droga przez Częstochowę nie była na tyle szybka by nadrobić dłuższą trasę, a zostawiła tylko większą dziurę w kieszeni po tankowaniu. Przed Jelenią Górą Crenscha upolowali niebiescy i podarowali mu 10 pkt i kredytowy na 500 zł, informując również ze jutro koniec ważności przeglądu technicznego. A schowani byli tak, że strzelając z samochodu przez okno nie do wypatrzenia z obu stron. Na pocieszenie dodali ze będą jutro obstawiać maraton :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Przesiece zameldowaliśmy się niedługo przed ekipą z drugiego auta, pokoje nie były rewelacyjne, za to stołówka przyzwoita a i sklep zacnie wyposażony w chmielowe płyny. Po sutej kolacji gdzie przyprawiliśmy o ból głowy sympatyczną kelnerkę różnorodnością zamówień, przetestowaliśmy jakość lokalnych browarów i zadowoleni z wyniku udaliśmy się na spoczynek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano pogoda zapowiadała się wyśmienicie, pełni sił przygotowaliśmy rowery i siebie. Mnie podkusiło jeszcze by iść do serwisu – tam sprawdzili że z przodu hamulec na pewno o szprychy nie uderza – ale że dzwoniło dalej – nie uwierzyłem. Doregulowali, a raczej przeregulowali mi też tylna przerzutkę. Jak wcześniej nie chciało mi wchodzić na przedostatnia tarczę, to po regulacji z tej tarczy chciało samo piąć się na największą z tyłu – nie przeszkadzało to jednak bo jazda na 2 czy 3 tarczy nie różni się u mnie zbytnio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Minutę przed startem MiT zorientował się ze nie założył chipa – i tak lepiej wtedy niż w ogóle. Start ostry był na dole więc wiele nie stracił. Zjazd asfaltem w dół korkował się co jakiś czas przez samochody, potem zaczął się podjazd. Na nim jakoś dziwnie wszystkich wyprzedzałem – Mariusza, MiTa, nawet Palca. Tylko dziwiłem się trochę później ze jestem strasznie zmachany a podjazd był połową tego co Harkabuz na który co prawda wolniej, ale wjechałem bez problemów. Sprawa się wyjaśniła jak już wyczerpany zatrzymałem się na łyk wzmocnionego Powerade – jechałem cały czas na środkowej tarczy z przodu :) Zredukowałem i resztę podjazdu jechałem razem z peletonem, trochę jakby tylko mocniejszym niż zwykle ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zjazdy okazały się bardzo kamieniste, tak jak w Krakowie, a ja i mój rower nie przepadamy za czymś takim. Dodatkowo, jakoś dziwnie chodziła mi kierownica – na mecie okazało się ze poluzowała się śruba od dołu – nawet nie wiedziałem że taką mam ;). Na boku co chwila ktoś z laczkiem był więc zjazdy miałem bardzo ostrożne, praktycznie w tempie podjazdu. Odbijałem to sobie na podjazdach gdzie wyprzedzałem z powrotem co najmniej połowę ludzi którzy na zjeździe mnie wyczesali. Czyli standard.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bufety znów szybko jeden po drugim były, zapas w bidonie pozwolił nie zatrzymać się na żadnym. Nie forsowałem też tempa zbytnio i w sumie mogłem jechać na Pro, ale nie chciałem kusić losu i wjechać na „krakowski 58 km”, więc udałem się na metę, zmęczony, ale nie padnięty. Okazało się że z zespołu jestem pierwszy, a tylko Palec był przede mną. Zdziwiłem się ze MiTa jeszcze nie było – wyprzedził mnie na jednym z pierwszych zjazdów – okazało się ze na bufecie go minąłem. Mariusz zaś mimo że zjeżdża jak szatan nie doszedł mnie  - maksyma że wygrywa się na podjazdach nie na zjazdach okazała się słuszna. Co prawda chłopaki jechali na Pro i inaczej rozkładali siły, ale mimo wszystko czułem się silniejszy :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mecie uzupełniłem płyny i kalorie – najlepszy posiłek regeneracyjny w tej edycji – nie dość że najwięcej to smaczne kluchy z mięsem i wziąłem się za obserwacje zawodników. Słodkie lenistwo z dobrym piwem – najlepsza rzecz pod słońcem po maratonie. Po dekoracji zawodników szczęście się do nas nie uśmiechnęło i nic nie wylosowaliśmy, dodatkowo w końcu się rozpadało i pokrzyżowało to moje plany rowerowego dojechania na nowe miejsce noclegowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia we dwóch z Łasicą udaliśmy się rowerami do Przesieki podziwiać wodospady 500m od naszego poprzedniego noclegu, następnie pojechaliśmy na przełęcz Karkonoską – 1182 mnp – a startowaliśmy poniżej 600 – podjazd z maratonu stanowił może 1/3 tego na przełęcz – i to tę najłatwiejsza. Nie dałem rady – brakło mi mocy albo jeszcze jednego przełożenia. Na szczęście odpocząć można było przy jagodach. Z przełęczy pojechaliśmy na około doliny do miasta jakiś Młyn :). Najpierw postraszyło deszczem, potem chmury zakryły całą dolinę by na koniec ją na moment odsłonić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trasa wiodła w dół po wielkich głazach gdzie trzeba było prowadzić rower, potem szutrem. Rewelacyjne widoki zza chmur, świetna trasa.  Z powrotem na przełęcz kolejne 600 przewyższenia pokonaliśmy już drogą z mniejszymi nachyleniami więc żółwia włączyłem dopiero na ostatnie 5 min z 45 minutowego podjazdu. Na przełęczy chwila oddechu i ostrożny zjazd asfaltem z nierównościami i głębszymi pułapkami do Przesieki i potem ścieżką ER-2 do Jagniątkowa. Tam spotkaliśmy chłopaków jadących do Czech wiec był jeszcze czas by podjechać parę km by zobaczyć świetny tunel nad drogą do Szklarskiej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-930968053072051296?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/930968053072051296/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=930968053072051296' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/930968053072051296'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/930968053072051296'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/09/przesieka-mocniejszy-od-roweru.html' title='Przesieka - Mocniejszy od roweru'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5088267872906752709</id><published>2005-09-01T00:27:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T00:33:49.913+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Kraków - Punkt siedzenia a punkt widzenia</title><content type='html'>Pogoda zapowiadała się świetna. Popedałowałem niecałe 5 km na Błonia, tam dosmarowałem i dopompowałem rower i razem z innymi członkami zespołu ustawiłem się na starcie. W ostatnich sekundach dostawił się Palec z Mariuszem i dosłownie tuż potem ruszyliśmy. Trawa nie jest tym co uwielbiam – czułem jakby rower stał w miejscu i oczywiście zostałem z tyłu. Na asfalcie podjeżdżając po pewnym czasie ujrzałem sylwetce Crensha, która przybliżała się z każdą minutą. Jak byłem 10 metrów za nim – zaczęły się terenowe zjazdy i tyle go widziałem. Pierwszy bufet tak jakoś nagle się pojawił – za szybko. Bidon w połowie pełny, pije nie uzupełniając go. Dalej cały czas coś nie tak – 30 km się zbliża a ja jeszcze nie szedłem. O ile potem w terenie zjazdy i śliskie podjazdy były jeszcze zbyt wymagające – to wzniesienia jako takie były już nijakie;) Dwa tygodnie ostrzejszej jazdy zrobiło swoje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z nowinek technicznych – pulsometr zapomniałem przełączać i straciłem 200 min średniego tętna – z pozostałych 55 min środka i końcówki wyszła średnia 168. Patrząc na wskazania, powyżej 175 to była norma raczej z całego dystansu. Teraz trzeba więc popracować by jedno bicie dawało więcej poweru. Geogre Podwójny Bush ma 47 spoczynkowe tętno jak przeczytałem wracając z Krakowa – a ma prawie 2x więcej lat. Czas zakasać rękawy, tfu, spodnie. SPD – nie było tragicznie. Nie wypiąłem się 2x – raz tworząc przekomiczną figurę wypiętą lewą nogą wspierając się z ... prawej strony roweru – osiągnąłem stabilność doskonałą i układ ten mogła zmienić tylko obca siła życzliwie przytrzymując rower. No i 2x zrezygnowałem ze zjazdu mając przed oczami wizje nie wypięcia się przy upadku. Bez unii z rowerem pojechałbym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak jak w Olsztynku, od 30 km zacząłem się mijać z bikerką. Ja byłem lepszy na podjazdach i zjazdach asfaltowych – ona nadrabiała na zjazdach w terenie. Nasza grupka była trochę liczniejsza, ale kojarzę jeszcze tylko gościa na fullu w ochraniaczach który podczas zjazdów dziwnie majtał nogami jakby była to oceniana artystycznie konkurencja. A może po prostu chciał dać nam do zrozumienia ze te zjazdy to banał. A wracając do mojej rowerzystki, już zacząłem zbierać siły na finisz by przynajmniej jednej babie nie dać się wyprzedzić i wyrobić się w 4h, a tu jak coś nie trzaśnie, patrzę w dół a tam coś srebrnego rozpirzga się we wszystkie strony, rowerem zarzuciło i leżę. Jeszcze tylko ktoś mnie wyminął  muskając nogą kask i kurz opadł ... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstaję, kask cały, siodełko całe tylko mocowania nie ma. Trudno, będę szedł, to tylko 10 km. Po minucie-dwu ochłonąłem trochę – przecież mogę jechać! Obniżam sztycę, siodełko za pomocą sakwy przypinam do kierownicy i jadę. Na płaskim da się wytrzymać, po górę stwierdzam że nie będę się zarzynał i idę, ale o ironio najgorsze są zjazdy – zwłaszcza te terenowe. Na asfalcie można jechać raz na jednej raz na drugiej nodze, w terenie jednak zaczęły łydki sygnalizować że niedługo odmówią posłuszeństwa i zaskurczują. Ale jakoś daję radę, mimo że znaki odległościowe mówią ze Orgowie 3 km dodali do tych obiecanych 65 – nic to, jadę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W międzyczasie mija mnie motocykl spychając maruderów na prawo – jednemu się to nie spodobało i wyraził zdziwienie co na maratonie rowerowym robi motocykl. Został uświadomiony że zaraz będzie zdublowany i chyba głupio mu się zrobiło bo zamilkł. Niestety, więcej dublerów, zwłaszcza Bieniasza nie przyczaiłem – mimo że punkt widzenia miałem wyżej, to obserwacja innych nie była wtedy najlepszym pomysłem. Na szczęście kilka km przed metą stała Kasia której z ulgą oddałem siodełko, odmówiłem demonstracji jazdy bez i poszedłem dalej pod górkę. Na metę jak zwykle wpadłem z dużą prędkością – stojąc przełożenie jest większe, ale nogi wtedy jakoś same się kręcą zawsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tam okazało się że trochę krwawię z łokcia który zdążył też troszeczkę spuchnąć, odkręcił się też jeden kolec z buta, no ale inni mieli gorzej. Nabrałem właściwego dystansu do sprawy i odebrałem kaucję przeznaczając ją od razu na wpisowe do Przesieki :)  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A "moja" bikerka dała radę – 3 min przed limitem czterech godzin wjechała na metę...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5088267872906752709?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5088267872906752709/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5088267872906752709' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5088267872906752709'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5088267872906752709'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/09/krakw-punkt-siedzenia-punkt-widzenia.html' title='Kraków - Punkt siedzenia a punkt widzenia'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-5653567883792125922</id><published>2005-08-07T00:34:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T00:47:57.504+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Danielki - Boso, ale w ostrogach</title><content type='html'>Wyjechaliśmy ok 15, po drodze lało, jak nie wypadek to remont i korek za korkiem. W Szydłowcu nawet omijaliśmy go jakimś lasami - dobre 10 min zyskując, drugie tyle straciliśmy zanim zdecydowaliśmy sie na objazd. W Kielcach małe „machniom” - jeden rower „out”, jakiś posiłek - i zeszło ponad godzinę. Na szczęście przestało padać i korki się skończyły - niestety na 22 nie zdążyliśmy :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedługo po nas zjawił się Crensh i Paleciak - jechali katowicką i mimo ze wyjechali 2-3 h później to nie mieli deszczu i korków. Na miejscu prawie godzinę szukanie lokum - w końcu babcia odbiera telefon i wysyła posłańca - ten zaś prowadzi w jakieś zakamarki Raby. Pod górę oczywiście - aż z przejęcia nieźle sprzęgło przyjarałem :).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ranek przywitał nas słonecznie - chciałem się wyspać wiec jako odstani wstajemy. Stwierdzam że na słońce najlepsze będą sandały – niestety nie sprawdziłem pogody jaka była przez ostatni tydzień ...&lt;br /&gt;Roweru już nasmarować nie zdążyłem, a kumple nie zaczekali z wyjazdem na mnie myśląc ze ich dogonię bo już na rower wsiadałem – a tu drobnostka - nosek spadł. Dokręcam szybko i gonie na start. Tam smaruje rower, moja "ekipa techniczna" dociera dopiero 5 min przed startem więc w ostatniej chwili dopijam Powerade z żelkiem i węgielkiem i ruszamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czoło wyścigu było już daleko kiedy przekroczyliśmy start – najpierw Crenshowi coś rower zaczął stukać – Mit był z nim a że mogłem pomóc jedynie łyżkami do zmiany opony to pojechałem dalej. Ładny asfalt szybko przeszedł w bruk, a zerkając w tył za Crenshem zobaczyłem wykrzyknik. Pięknie – trasa będzie tędy wracać ma moje cienkie opony przejdą drogę krzyżową. No, ale dopiero za 40 km – więc pedałuje dalej, wyprzedzam Stolicę, potem Mit mnie i szybko znika z przodu. W międzyczasie rzucił klątwę na noski – że się urywają i dlatego nań nie jeździ – no i na 10 km nosek spadł. Na nieszczęście prawy, z nogi którą startuje. I od tej pory każdy miał polewkę obserwując jak chce ruszyć na rowerze próbując podciągnąć pedał na nieistniejącym nosku :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Druga zagwozdka – tu jest mokro. Nawet bardziej niż mokro. Ale sandały wytrzymały i nie były nawet takie najgorsze – szybko noga schła i nie miałem oporów podczas wędrówki po rzekach. A te były dwie. Pierwsza, w poprzek, gdzie ktoś złośliwie zamknął mostek. Zobaczyłem Kasie robiącą zdjęcia i postanowiłem dać piękne ujęcia – szybka decyzja – o, ktoś się wywalił do wody – taranujemy! Szczęśliwie staranowanemu niewiele się stało - ja jednak ucierpiałem bardziej – moje przednie koło tak zakleszczyło się na jego pedale, że trzeba je było zdjąć. Co najgorsze, okazało się że potem Crensh miał jeszcze lepszy pomysł na super ujęcie i tą rywalizacje przegrałem z kretesem :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Druga rzeka była już... wzdłuż, przez kilka km. Kilkanaście cm tylko wody, ale wystarczyło by nie było widać na dnie kamieni. I tu dowiedziałem się czemu większość zawodników godzinami debatuje jaka oponę wybrać. Moja się nie nadawała do takiego zjazdu. Nawet z zejściem miałem problem – na szczęście tu akurat sandały zdały świetnie egzamin. Całe szczęście że nowe siodełko pozwalało przyjąć lepszą pozycję podczas zjazdów i sam siebie zaskakiwałem gdzie mogłem zjechać. Reszta by się uśmiała, no ale oni mają 2x szersze opony i amor wybierający 2x więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy bufet to tylko kilka sekund – wypijam dwa kubki i nawet nie napełniam bidonu –  odrabiam straty z taranowania. Koło na szczęście bije leciutko, ale z duszą na ramieniu czy wszystkie szprychy całe – jedziemy czy też często idziemy dalej.  Po 35 km zaczynam czuć w kościach zmęczenie, i o dziwo zaczyna mnie boleć ... drugie kolano. Na szczęście niedługo potem widzę z daleka swojego psa przy żółtym pagórku – na odgłos paszczą pagórek staje się małżonką z aparatem – znów mnie nie doceniła i myślała że będę później ;) Kilka fotek udało się jej jednak zrobić, i z nową motywacją zegnany narzekaniem psa który za Chiny nie mógł zrozumieć czemu tym razem nie może za mną pobiec – pojechałem na drogę krzyżową, tfu, brukową. Dbając o całość szprych starałem się nie przekroczyć 20 km/h, a mimo to dostałem nieźle w kość. Najbardziej dołujące były fulle mknące kilkadziesiąt km/h, no ale po nieskończenie wielu sekundach nadszedł asfalt, a tam skończyła mi się zębatka – więc odpoczywałem jadąc 70 km/h, aż jakiś sadysta stwierdził że wystarczy i skierował .. na kamienie luzem. Na szczęście nie było tego dużo, i nie przejmując się już taką drobnostką jak schody, chyłkiem dotarłem na metę. I ktoś się dziwi że w W-wie ścieżki rowerowe prowadzą po schodach?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na sam koniec Grzesiek zaprezentował mi swój firmowy manewr na nowym rowerze czyli pad na prawy bok w krzaki w SPD, by było efektowniej – mając w kieszeni jogurt, jak się okazało – fioletowy ;) A na drugi dzień cała ekipa lamersko postanowiła wracać od razu do W-wy, nie korzystając z uroku gór. A te z pieszej perspektywy były już dużo o bardziej przyjazne.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-5653567883792125922?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/5653567883792125922/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=5653567883792125922' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5653567883792125922'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/5653567883792125922'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/08/danielki-boso-ale-w-ostrogach.html' title='Danielki - Boso, ale w ostrogach'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-4393464302399160807</id><published>2005-07-28T00:12:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T00:18:11.851+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Olsztynek - Czasoprzestrzeń czyli odmienne stany świadomości</title><content type='html'>Tym razem jechaliśmy tego samego dnia na maraton. Ma to jedną zaletę – można się nieźle muzyką podkręcić. Na miejscu byliśmy przed dziesiątą, i w komfortowych warunkach dołączyliśmy do połowy ekipy. Drugą połowę spotkaliśmy na starcie. Tam kilkanaście fotek, profilaktyczny węgiel przed startem – okazało się ze ustawiliśmy się w środku stawki. Niestety w dwu grupach – część osób postanowiła o dwa metry mieć przewagę ustawienia ;) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osiem lat jeździłem na rowerze, zrobiło się tego kilkanaście tysięcy km – i zawsze, powtarzam zawsze widziałem jaką mam prędkość i ile km przejechałem. Poczułem się więc trochę nieswojo, jak po starcie spoglądam na licznik i widzę zero. Testuje hamulce stając w miejscu i patrzę – magnes OK, niestety ale kabel licznika przerwany. Próbuję go skręcić – 2 min stracone. Trudno – zaczynam kalkulacje – przestrzeń zamieniam w czas – do bufetu 25 km, czyli myślę sobie jakoś ok. 12:20 będę na miejscu. Ustawiam licznik na jedyny sensowny wskaźnik czyli godzinę i okazuje się że za mną już prawie nikt nie jedzie. Na szczęście było szeroko i bez problemów można było wyprzedzać. Plan na dziś – dojechać i nie dać nowicjuszom powodów do satysfakcji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku minutach doganiam Roberta – znaczy się nie jest źle. Trochę później mijam przed pierwszym podjazdem który trzeba przejść Marcina – prowadzenie roweru pod górę idzie mi lepiej niż podjazd. Około dwunastej dojeżdżam do Kasi, która była chyba zdziwiona ze ktoś z zespołu był za nią. Powiedziałem że jeszcze dwóch za nami jedzie, spytałem się który km i pojechałem dalej. Niedługo potem na bufecie uzupełniłem płyny – w przeciwieństwie do Istebnej, gdzie kazano mi samemu odkręcać i nalewać – tu miła pani zrobiła to sama w czasie który potrzebowałem na osuszenie 2 kubków Powerade. No ale ona była tam społecznie, jak powiedziała. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po bufecie o mało co nie wpadłem na jakiegoś idiotę w Toyocie co zakopała się w błocie. Pryskała błotem z pod kół a wokół kręciło się kilku amatorów błotnych prysznicy, próbując wypchnąć nieboraka. Tam spotkałem Krystiana, który postanowił znaleźć świetne usprawiedliwienie faktu ze go wyprzedzam ;) Ja postanowiłem jednak pozwolić swym kolanom decydować czy i kiedy przerwa będzie potrzebna. Te jednak trzymały się dzielnie, i po dwu godzinach jazdy to nie one wymiękły, ale ja straciłem moc. Piasek lepił się do kół, które osiągnęły szerokość opon górali, i nawet z góry nie miałem siły jechać :( &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wtedy nadciągnął mini-peleton. Dwu kolarzy w koszulce Wsół ciągnęło kogoś, a na podczepce jechało kolejnych 3-4 zawodników – to dołączyłem i ja. Droga była twarda, czasem asfalt to stwierdziłem że nie będzie 26” pluł błotem memu krossowi w twarz. Piętnaście minut trzymałem tempo, potem na gorszej drodze stwierdziłem że nie dam rady. Podobnie stwierdziła dziewczyna z numerem 2704 i przez następne pół godziny ją goniłem – a to wszystko w żółwim tempem jak na wyścig rowerowy. Tylko myśl żeby nie być gorszym od dziewczyny trzymał mnie przy życiu. Inni chyba byli równie zmęczeni bo mało kto nas minął. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na drugim bufecie dopadł mnie koleś ze Stolicy – trochę się wcześniej wymijaliśmy – on się pyta jak mi się jedzie. Daje radę – skłamałem i pojechałem – na szczęście on jeszcze na bufecie został bo przekonałby się że na prostej pod wiatr asfaltem można jechać na najmniejszym przełożeniu z przodu i trzecim z tyłu. Mając licznik to może 13-14 km/h by było. Żenada, ale wiedziałem że z bufetu tylko 11 km do mety – przeliczyłem to na 35 minut i wyszło ze dokładnie o drugiej powinienem być na mecie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle okazało się ze czas jest względny. Pół godziny do mety. Kręcę z dziesięć minut, patrzę – 25 minut do mety. Czas stanął w miejscu. Minuty płynęły jak godziny, a ja byłem tak słaby że już na najmniejszym podjeździe redukowałem strasznie przełożenia. 10 minut przed końcem stwierdziłem że tak dalej być nie może, i zacząłem jechać tempem które normalnie określam jako rekreacyjne. Czyli znacznie przyspieszyłem ;) Wyminąłem koleżankę 2704 (jak się okazało, Agata z Piaseczna) i potem już było z górki – nawet dosłownie. Pod koniec adrenalina pozwoliła nawet wrzucić środkową tarczę z przodu. Ostatnie kilkaset metrów rozpędziłem się tak że jadąc z taką prędkością byłbym na podium. I tak efekciarsko wjechałem na metę ... 45 sekund po czternastej. Niestety nie dałem rady zmieścić się 3 godzinach :(&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-4393464302399160807?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/4393464302399160807/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=4393464302399160807' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4393464302399160807'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/4393464302399160807'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/07/czasoprzestrze-czyli-odmienne-stany.html' title='Olsztynek - Czasoprzestrzeń czyli odmienne stany świadomości'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-2235137997370789120</id><published>2005-07-04T00:20:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T00:26:11.075+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Istebna - Smak Ziemi Beskidzkiej</title><content type='html'>Na trasie Krystian zaprzeczył opinii że z rowerami na dachu można jechać tylko 130 km/h, oraz że nowoczesny diesel na trasie nie spala 10l na 100 km :) W górach przywitał nas deszcz. Krystian z Mariuszem byli wniebowzięci, ja wręcz przeciwnie, a im bliżej Istebnej, to lało coraz bardziej. Podczas rejestracji na aucie Krystiana oparł się jakiś warszawiak swoja Corsą – po ciemku straty nie były widoczne więc tylko namiary na miszcza kierownicy zostały wzięte. Jadąc na kwaterę jechaliśmy wzdłuż znaków BM – okazało się ze nocujemy na ok. 10-12 km trasy. Gospodarze byli bardzo gościnni – po 22 wyjechali po nas 2 km by poprowadzić leśnym labiryntem dróżek, przygotowali wielka michę makaronu, biały ser, roztopione masełko i michę naleśników z serem oraz słodki mus owocowy do smaku. Jakby komuś było mało – były jeszcze wędliny i chleb – tym już nie daliśmy rady. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całą noc lało i przeszkadzało mi to spać – nie hałas, tylko wizja jazdy w strugach deszczu po błocie. Na szczęście rano przestało padać i kompromis zadowolił wszystkich – ja nie miałem deszczu – pozostali mieli błoto. Na śniadanie zamówiliśmy mleczną z ryżem, jajecznicę, standardowo było pieczywo z wędlinami – i znów nie daliśmy rady zjeść wszystkiego. Smarowanie rowerów, mocowanie tabliczek, pompek, woń Ben-Gaya – jeszcze pamiątkowe zdjęcie wraz z Sebastianem który rano przyjechał z Bielska – i po 10 jedziemy. 5 km z górki w większości po bardzo dobrym asfalcie wprawił nas w doskonałe humory. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnie korekty przełożeń w serwisie i ustawiamy się na samym końcu peletonu. Dołącza do nas Krzysiek i ruszamy 3 min po starcie całą piątką. Po pierwszym kilometrze podjazdu zostaje z Krystianem trochę z tyłu, ja mijam parę ze Stolicy, Krystian już nie i dalej jadę sam. Podjazd na Kubalonkę mija szybko, potem zaczynają się zjazdy po asfalcie, podchody w terenie – tu bryluje – 28” rower i kilkuletnie piesze chodzenie po górach robi swoje. Gorzej jest na zjazdach terenowych – tu ci których wyprzedziłem mijają mnie by potem dać się przegonić na podchodach czy asfaltowych zjazdach. A podjazdy asfaltowe są na remis – oni jadą 5 km/h a ja tak idę – mógłbym jechać ale wolę iść by oszczędzać kolano. A ono na szczęście wytrzymało. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powoli nabieram wprawy – pierwszy zjazd po błocie pozwolił zasmakować w ziemi beskidzkiej (dosłownie), Powerade z żelem zapobiegło kryzysowi jaki miałem w Łomiankach. Na bufetach się jednak zatrzymuję na parę minut – by dać odpocząć kolanu, uzupełnić płyny i napchać bananami. Z ciekawszych fragmentów to ponadkilometrowy zjazd kiedyś opisywany jako szutrowy, który zamienił się na błoto na niewidocznych kamieniach. Nie chcąc ryzykować delikatnych opon i kół korzystałem z dobrodziejstw tarczówek – sprawdziły się rewelacyjnie – dwoma palcami można było jechać na heblach kilkanaście minut. Wtedy obiecałem sobie że kupie górala z ponad 2” oponami i 10 cm skokiem amora – kilkadziesiąt takich wyminęło mnie wtedy. Odbiłem sobie potem na asfalcie 60 km/h czesząc połowę tych huczących jak czołgi terenowców :) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za przejściem granicznym lekki podjazd leśny zamienił się w drogę krzyżową po błocie, z rowerem w roli krzyża. Chyba 15 min podchodów, potem przecięcie asfaltu którym sadystyczni organizatorzy nie pozwolili jechać tylko skierowali na kolejne podejście – na szczęście trochę krótsze. Potem trochę zjazdów i ostatnie podejście – ale najbardziej strome i tam już roweru nie dało się prowadzić – trzeba było go podnosić – a wraz z nim kilka kg błota! Na ostatnich 2 km zacząłem się ścigać i miałem satysfakcję sprintem na mecie wyprzedzić o koło kogoś bardziej zmęczonego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapomniałem napisać o kibicach – a byli rewelacyjni. Przy każdych zabudowaniach dużo dzieci, dorosłych, przybijanie piątki, oferowanie wody, doping oczywiście. Na 30 km dzieci w wiosce już miały na rowerach ... białe kartki naśladujące numery! Coś niesamowitego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mecie wykazałem się naiwnością i stanąłem w krótkiej niby kolejce by zrobić zdjęcie i wysłać je mailem u Intela. Wspaniała organizacja pozwoliła na zrobienie 20 zdjęć w ... 45 minut. Pani szefowa uznała że obiad jej pracowników jest ważniejszy niż obiad kogoś kto ma 45 km i 4h w nogach, a i dzieci mają pierwszeństwo bo je ładnie umalowano. Na szczęście Krystian kierując się właściwym priorytetem najpierw wziął dwa piwa i dopiero później dołączył do kolejki zdjęciowej czyniąc oczekiwanie dużo raźniejszym:) No ale w końcu uwiecznieni cyfrowo i z wydrukowanym zdjęciem udaliśmy się na michę makaronu – Krystian zaczarował panie i dostał dwie – było go dużo, był niezły i sycący. Po kolejnym piwie i dłuższym odpoczynku udaliśmy się na kwatery – tym razem pod górę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rezultat – 46 km maratonu i 57 km w sumie. Mycie rowerów, potem rewelacyjny żur gdzie mięsa, kiełbasy i ziemniaków było w stosunku 1:1:1. Gospodarz wraz ze szwagrem uznał że cepry wymagają wzmocnienia z jego strony również, i przysiedliśmy się do butelki przepalanki i butelki miodówki. Wtedy dowiedzieliśmy się co to jest przepojka „po góralsku”. Na stole stała butelka wody, zakręcona oczywiście, i po każdej kolejce można było ... popatrzeć na nią ;) Po trzech kolejkach w 2 minuty stwierdziliśmy że musimy już iść na stadion na imprezę. Wracając po 22 zaskoczyły nas ciemności – kto to widział że w lesie nie ma latarni? Farciarsko trafił nam się stop na pace pick-upa ... sąsiadów gospodarza i jak królowie 4 km lasem po ciemku przejechaliśmy :) Gospodarz czekał na nas z resztkami w butelkach i jeszcze 2 kolejki obaliliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano Krystian stwierdził że za gorąco jest na rowerowanie i po śniadaniu udał się na odpoczynek – ja zaś pojechałem na objazd trasy od drugiej strony i po asfalcie. Świetna sprawa – pozwoliła umiejscowić w terenie poszczególne fragmenty maratonu, na spokojnie obejrzeć okolice i podziwiać jej piękno. Idealna okolica na rekreacyjną jazdę po górach – osady domów co dwa-trzy kilometry, do każdych prowadzą malownicze asfaltowe drogi na szerokość jednego auta – moje 28” czuły się jak ryba w wodzie :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-2235137997370789120?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/2235137997370789120/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=2235137997370789120' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2235137997370789120'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/2235137997370789120'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/07/istebna-smak-ziemi-beskidzkiej.html' title='Istebna - Smak Ziemi Beskidzkiej'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-6602117827678447212</id><published>2005-05-30T00:08:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T00:19:36.573+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Kielce - Lotny Bufet</title><content type='html'>Tym razem zacznę do końca - byłem wściekły jak dowiedziałem się, że dystans IT to 26 km a nie 34. Tyle moje kolano byłoby w stanie przejechać, no ale dystans został poznany dopiero po jego ukończeniu... Nie była to jedyna wpadka organizatorów, o czym później. Robiłem więc za lotny bufet na podjeździe przy Skoczni, a potem kondycyjnie sprawdziłem się na 10 km fragmencie trasy miedzy Skocznią a metą IT. Było nieźle, kolano nie protestowało, co dobrze rokuje za 2 tygodnie - no ale dziś mam wizytę kontrolna u lekarza ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do początku - przed jedenasta wziąłem psa i pojechaliśmy z zaopatrzeniem pod Skocznie - najpierw urwałem lewy nosek przy pedale, potem w pół godziny na słońcu batoniki dla Sebastiana przybrały płynną postać co ewidentnie mu nie odpowiadało - sam sobie winien że tak późno przyjechał ;) Daniel jadąc przed Krystianem poratował się łykami jego Powerade, ale i dla właściciela też starczyło :) Peleton wyglądał imponująco - czołówka 16 km do Skoczni zrobiła w 31 minut (!), potem równomiernie kolejni maratończycy nadciągali - przez ponad 40 minut - widać było że upał wykańcza zwłaszcza tych co nie zadbali o odpowiednie zapasy napojów. Nie chcąc wykończyć też psa wróciłem do domu i już sam sprawdziłem trasę i samego siebie z uwzględnieniem kolana - dziękowałem Bogu że jadę sam bo tych zjazdów w peletonie jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wpadając na metę pełne zaskoczenie - już 5 Schenkerowcow jest – okazało się że dystans IT jechali, i już są po wyścigu z rewelacyjnymi wynikami - 3,6,18 i 34 miejsce w kategorii Open. Jako jedyna drużyna mieliśmy tylu zawodników i szkoda że nie było zespołowej klasyfikacji - pozostało się cieszyć 2 miejscem Piotrka w swej kategorii, któremu skręcona kostka nie przeszkodziła w świetnym wyniku i cennej nagrodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Także na pełnym dystansie 4 Schenkerowcow skończyło wyścig w pełni punktując do klasyfikacji drużynowej – a co ważniejsze, powiększając przewagę nad zespołem Stolicy – i to mimo absencji najlepszego zawodnika (kontuzja zmusiła Piotra do udziału w krótszym dystansie)! Na uznanie zasługują zwłaszcza Sebastian z Danielem, którzy mimo pierwszego ścigania w górach i palącego słońca ukończyli wyścig z świetnymi rezultatami! A nie było to normą – prawie 200 uczestników przegrało ze słońcem, komarami, defektami i bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z podłożem. A walczono do końca – finisze na gumie z tyłu albo bez opony na przednim kole też miały miejsce. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później wzmocnieni karkówką i napojami pojechaliśmy na kwaterę odświeżyć się przed wręczaniem wyników – mieliśmy w końcu reprezentanta na podium. Piotr miał chyba niedosyt przejechanych km bo wracał naokoło po asfalcie dwa razy dłuższą trasą niż ja z Michałem przez las i góry na skróty. No i opłaciło się miłym akcentem na sam koniec – napotkaniem dwóch miłych nieznajomych blondynek na rowerach, które nie mogły trafić na Ślichowice, gdzie jechaliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A kolejna wpadka organizatorów to ...  dekoracja zwycięzców już o 16. Mimo 18 w regulaminie. Pól godziny przed 16 opuściliśmy imprezę, wracając tam już po 17  - no i Piotrowi pozostało tylko odebranie nagrody na zapleczu ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Generalnie jednak impreza bardzo udana, wyniki świetne, humory znakomite.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-6602117827678447212?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/6602117827678447212/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=6602117827678447212' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/6602117827678447212'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/6602117827678447212'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2005/05/kielce-lotny-bufet.html' title='Kielce - Lotny Bufet'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7886673460166119616.post-3768023880015585224</id><published>2005-04-20T00:01:00.000+02:00</published><updated>2007-11-13T00:18:44.393+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Maraton'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rower'/><title type='text'>Łomianki - Pierwszy Maraton</title><content type='html'>Pogoda na niedzielę zapowiadała się idealnie - więc pełen optymizmu załadowałem się do samochodu Piotrka by dotrzeć do Łomianek. Tam razem z Danielem dosiedliśmy naszych dwukołowych rumaków i pełni werwy ruszyliśmy na miejsce startu. Wśród tłumu rowerzystów odnaleźliśmy resztę zespołu. Teraz czas na zdjęcia, wymianę uwag i złośliwości ;). Ósemka kolarzy w jednolitych barwach Schenkera wyglądała imponująco - Piotrek zrobił kawał dobrej roboty organizując drużynę, stroje i motywując nas do startu! W końcu zajęliśmy miejsce w tłumie czekającym na start, który opóźnił się o 45 min. Liczba chętnych była tak duża, że mimo dodatkowego czasu nie wszyscy zdążyli się zapisać!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu ruszyliśmy - pierwszy raz jechałem w peletonie i to liczącym ok. 1,5 tys. kolarzy - wrażenie niesamowite! Po kilkuset metrach kurz, pył, oczy dookoła głowy, bo część rowerzystów za wszelką cenę usiłuje się przebić do przodu ... I te gumy - co kilkaset metrów pechowcy wymieniający dętkę czy pompujący koło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Planowaliśmy z Danielem jechać razem, z tyłu, robić zdjęcia itp, ale zadziałał andrenalina i ruszyłem do przodu - w tym tłumie szybko zgubiłem Daniela, nie wiedząc nawet czy z przodu czy z tyłu - postanowiłem więc gonić naszą czołówkę z Piotrami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku kilometrach trochę się rozluźniło, uspokoiło, choć na przewężeniach jeszcze robiły się zatory. Największa niespodzianka czekała po ok. 1/3 trasy - rozlewisko i półmetrowej szerokości struga do przebycia - a setki rowerzystów przed nami rozjeździło niezłe błotko na dystansie kilkuset metrów. Zator spory, niektórzy desperaci obchodzący bokiem korek zanurzali się i po szyję w wodzie! Ja bezstresowo zrobiłem kilka zdjęć Sebastianowi, poprawiłem ściągacze i dopiero wtedy wykonałem skok o rowerze do błota - rewelacyjne wrażenie! Szczęśliwy że nie przemoczyłem butów popedałowałem w stronę pierwszego bufetu. Tam chwila przerwy na opanowanie nowej techniki jedzenia pomarańczy, i pełen energii stwierdziłem że można bardziej przycisnąć na pedały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trasa okazała się mniej piaszczysta niż wynikało to z sobotnich doświadczeń kolegów - większym problemem były korzenie - ale nowy rower jakoś sobie radził z nimi, więc zacząłem powoli wyprzedzać uczestników. Kilka kilometrów przed metą dopadłem Sebastiana, który zahipnotyzowany poprzedzającym go rowerzystą jechał w tempie iście spacerowym. Gdy zobaczył, że wyprzedza go kolega z drużyny, z nową motywacją siadł mi na kole i razem pociągnęliśmy ładny kawałek. Niestety 2 kilometry przed metą odezwała się stara kontuzja i musiałem zwolnić, co wykorzystał Sebastian mknąc do mety jako czwarty zamykający wynik drużyny Schenkera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wyścigu chwila oddechu, mycie przy wozie strażackim, symboliczny posiłek regeneracyjny, zdjęcia i mój pierwszy w życiu wyścig kolarski dobiegł końca. Kto nie był - niech żałuje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7886673460166119616-3768023880015585224?l=ragozd.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ragozd.blogspot.com/feeds/3768023880015585224/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=7886673460166119616&amp;postID=3768023880015585224' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3768023880015585224'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7886673460166119616/posts/default/3768023880015585224'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ragozd.blogspot.com/2007/11/pierwszy-maraton.html' title='Łomianki - Pierwszy Maraton'/><author><name>Ragozd</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17142581762985937694</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_T0Uo1ABFBnQ/SrgOfPl5V-I/AAAAAAAABEo/JqYrFTi_sdQ/S220/gan01.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
